Dziś rano siedziałam w kuchni, trzymając w dłoniach ciepły kubek herbaty. Słyszałam za oknem śmiech dzieci bawiących się na podwórku, kiedy zadzwonił telefon. Nieznany numer, ale już po pierwszym długim sygnale, natarczywym jak krople deszczu w marcowy dzień, poczułam, iż to on Marek. Mój były mąż, który pięć lat temu odszedł do innej, zostawiając naszą rodzinę dla nowej kobiety i nowego dziecka.
Nie odebrałam od razu. Patrzyłam przez okno na mokrą, warszawską ulicę i zastanawiałam się: po co on znowu dzwoni? Po co wraca do mnie, gdy dawno powinnam o nim zapomnieć?
Telefon ucichł, ale po chwili zadzwonił ponownie. W końcu westchnęłam i odebrałam.
Anita, cześć jego głos był zaskakująco miękki, jakby skruszony. Muszę z tobą porozmawiać. To naprawdę pilne.
Przysiadłam na brzegu parapetu, ściskając słuchawkę. Byłam gotowa na kolejną prośbę. Marek zawsze potrafił prosić w taki sposób, iż człowiek czuł się winny, gdy odmawiał.
O czym? zapytałam oschle.
Spotkajmy się? Wiesz, wolałbym nie przez telefon…
Ale ja nie rozumiem, o czym chcesz mówić. Zacznij teraz albo wcale odparłam twardo.
Zamilkł na chwilę, potem odezwał się z ciężkim westchnieniem.
U Agaty… urwał na moment. U mojej żony… wykryli raka. Czwarty stopień. Lekarze nie dają jej więcej niż dwa, może trzy miesiące.
Agata ta kobieta, dla której mnie zostawił. Urodziła mu syna. Poczułam lodowaty powiew gdzieś od środka. Wiedziałam, iż zaraz poprosi o coś, co zwali mnie z nóg.
Przykro mi powiedziałam chłodno. Ale dlaczego do mnie z tym dzwonisz?
Anita, potrzebuję pomocy. Nie wiem, do kogo innego mam się zwrócić.
Za oknem przysiadła sroka na gałęzi starego kasztanowca. Przypomniała mi babcine przestrogi: sroki zwiastują nieszczęście.
Anita, proszę, spotkajmy się. To ważne. Chodzi o Jasia… mojego syna.
Twojego syna, pomyślałam. Nigdy nie mojego.
Dobrze, jutro powiedziałam. W Syrenie na Nowym Świecie, o piętnastej.
Odłożyłam słuchawkę i długo siedziałam bez ruchu. Herbatę dopiłam już zimną, na desce zwiędły plasterki rzodkiewki. Na lodówce wisiało zdjęcie: ja i Marek na Mazurach, jeszcze szczęśliwi. Często planowałam je zerwać, ale stale brakowało mi odwagi. Może dlatego, iż bałam się przyznać, iż ta kobieta z fotografii przestała istnieć.
Nazajutrz w kawiarni byłam wcześniej. Ze szklanką herbaty wyglądałam przez okno, gdy Marek wszedł postarzały, poszarzały, włosy jakby rzadsze. Usiadł naprzeciwko, patrząc na mnie wzrokiem przepraszającego chłopca.
Dziękuję, iż przyszłaś wyszeptał.
Mów powiedziałam, grzejąc dłonie o filiżankę. Nie mam za dużo czasu.
Nie wiem, od czego zacząć…
Zacznij od tego, po co tu jestem.
Otarł twarz dłońmi.
Agata umiera na pewno. Chemioterapia już nie działa, operować za późno. Nie ma nikogo matka umarła, ojca nie znała. A Jasiu zostanie sam. Ma pięć lat.
Milczałam, nie dopuszczając do siebie emocji.
Chciałem cię prosić… zająknął się, spuścił oczy. Czy mogłabyś nam pomóc finansowo? Na leczenie, na opiekę. Oddam wszystko, przysięgam, ale teraz nie mam nic.
Ile?
Około trzysta tysięcy złotych… może więcej.
Postawiłam filiżankę. Jedna kropla herbaty spadła na biały obrus, rozpłynęła się brunatną plamą.
Skąd mam wziąć tyle pieniędzy, Marek?
Mogłabyś sprzedać mieszkanie na Wileńskiej. Sama mówiłaś, iż nie jest ci potrzebne, iż nie mieszkasz tam.
Mieszkanie na Wileńskiej kawalerka, którą dostałam od rodziców przed ślubem. Potem podarowałam ją Markowi, gdy nasza przyszłość miała być wspólna. Wynajmował ją, czerpał zyski. A teraz żąda sprzedaży.
Jesteś poważny? spojrzałam mu w oczy. Chcesz, żebym sprzedała coś, co ci kiedyś dałam?
Anita, wiem, jak to brzmi, ale…
Nie przerwałam. To prezent, nie obowiązek.
Pobladł.
Ale Agata umiera! Jaś zostanie sam!
Jaś ma ojca powiedziałam, biorąc torebkę. To twoja odpowiedzialność.
Zaczekaj, proszę…
Nie zaczekałam. Wyszłam, ściskając telefon tak mocno, iż aż bolały mnie palce. Przejrzałam się w witrynie sklepu: czy jestem okrutna? Czy czuję się przez to lepiej?
W domu zadzwoniłam do Moniki przyjaciółki od studiów. Jako jedyna nie oceniała mnie po rozwodzie, nie powtarzała frazesów o trwaniu w rodzinie.
Chce, żebyś sprzedała mieszkanie? zdziwiła się. Anita, zwariował?
Monik, ta kobieta umiera. Dziecko jest małe.
Ale to nie twoja sprawa. Nic mu nie jesteś winna. Absolutnie nic.
A jednak mam wyrzuty… wyszeptałam. Jakbym odmawiała umierającej.
Masz prawo odmówić, choćby jeżeli jest ci z tym ciężko powiedziała stanowczo. Nie musisz ponosić konsekwencji jego decyzji.
Położyłam się na kanapie, zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie Agatę: raz minęłyśmy się przypadkiem na placu Zbawiciela. Złote włosy, ciepły uśmiech. Wtedy myślałam: ona mi ukradła męża. Teraz ma zniknąć, a ja powinnam jej pomóc?
Nie. Nie powinnam.
Po dwóch dniach znowu zadzwonił Marek. Tym razem mówił szybko, z rozpaczą:
Anita, wiem, iż masz do mnie żal. Ale pomyśl o Jasiu. On nie zawinił.
Nie mam żalu odpowiedziałam spokojnie. Nie chcę się w to mieszać.
Więc mam jeszcze jedną prośbę… jeżeli Agata umrze, mogłabyś zostać opiekunem Jasia? Tymczasowo. Dopóki nie stanę na nogi.
Chyba nie dowierzałam.
Co?
Jesteś kobietą, masz doświadczenie, wychowałaś Paulinę. Jaś potrzebuje matki, sam sobie nie poradzę…
Marek weszłam mu w słowo. Głos miałam zimny jak lód. Chcesz, żebym została matką twojego dziecka? Dziecka zrodzonego ze zdrady?
Anita, wiem, jak to brzmi…
Nie przerwałam. Zapomnij o tym. Nie jestem częścią twojego nowego życia.
Odłożyłam słuchawkę i osunęłam się na podłogę. Serce waliło mi w piersi, głowa pulsowała z rozżalenia. Jak on śmiał o coś takiego prosić?
Wieczorem przyszła Paulina moja córka, już dorosła, dwadzieścia osiem lat, pracuje w reklamie, wynajmuje mieszkanie na Mokotowie, żyje własnym życiem.
Mamo, dzwonił do mnie tata powiedziała po wejściu. Opowiedział o Agacie i Jasiu.
Postawiłam czajnik na kuchence.
I co mówił?
Że jesteś zimna, bo odmówiłaś pomocy.
Odwróciłam się. Stała w korytarzu ze skrzyżowanymi rękami, patrzyła na mnie jak na obcą.
Zimna? interesujące określenie.
Mamo, jak możesz taka być? To przecież dziecko. On jest niewinny.
Masz rację postawiłam kubki na stole. Ale nie ponoszę za niego odpowiedzialności.
Przecież mogłabyś pomóc! Chociaż trochę.
Paulinko, nie sprzedam mieszkania i nie zostanę opiekunką czyjegoś dziecka. To nie moja historia to historia twojego ojca.
Jesteś egoistką powiedziała cicho, rozczarowana.
Zabolało, skoro powiedziała to ona. Ale nie tłumaczyłam się.
Może tak przyznałam. Ale to moje prawo.
Paulina wyszła, nie dopiwszy herbaty. Zostałam sama, a cisza w mieszkaniu była niemal namacalna.
Następne dni to był koszmar. Marek dzwonił wciąż, pisał SMS-y, raz błagał, raz groził, iż pójdzie z tym do sądu, iż Paulina mnie znienawidzi.
Nie odpowiadałam. Po prostu kasowałam wiadomości.
Pewnego wieczora przyszła Agata blada, osłabiona, z chustką na głowie. Usiadła cicho w kuchni, patrzyła na szklankę wody.
Nie proszę, żeby pani pokochała Jasia powiedziała w końcu. Proszę tylko, żeby dała mu pani szansę. Jest mały. Potrzebuje kogoś, kto się nim zaopiekuje, kiedy mnie już nie będzie.
A jego ojciec?
Marek sobie nie poradzi. Jest słaby, pani najlepiej wie.
Wiedziałam. Marek zawsze był słaby czarujący, miły, ale uciekał od odpowiedzialności. Umiał tylko prosić.
Nie mogę odparłam cicho. Bardzo mi przykro, ale to ponad moje siły.
Agata skinęła głową, powoli wstała do wyjścia. W drzwiach jeszcze się odwróciła.
Jest pani bardzo silna wyszeptała. Całe życie zazdrościłam pani tej siły. Teraz widzę, iż ona wynika z chłodu.
Zamknęła za sobą drzwi. Stałam w korytarzu jak zaklęta.
Od chłodu w środku…
Nie spałam tej nocy. Leżałam na kanapie, patrzyłam w sufit, myśląc o Jasiu, Marku, Agacie. O tym, iż naprawdę stałam się chłodna. Dawniej byłam inna łagodna, wybaczająca, gotowa poświęcać się dla innych.
Ale potem Marek zdradził. Odszedł. Wtedy zrozumiałam, iż poświęcenie nie ma sensu, jeżeli i tak zostajesz zdradzona.
Czy mam rację?
Podniosłam się z łóżka, stanęłam przy oknie. Za oknem cicho, tylko latarnie rozlewały żółte światło, gdzieś daleko szczekał pies.
Mam prawo powiedzieć nie, powtórzyłam za Moniką. choćby jeżeli jest mi z tym źle. choćby jeżeli mnie osądzą.
Nie muszę ponosić win za czyjeś decyzje. Nie będę bohaterką cudzej tragedii.
Rano zadzwoniłam do Marka.
Spotkajmy się jeszcze raz. Dziś. W tej samej kawiarni.
Przyszedł, w oczach miał nadzieję. Usiadł, splótł nerwowo palce.
Anita, wiedziałem, że…
Nie mów nic przerwałam. Słuchaj uważnie. Nie sprzedam mieszkania. To był prezent, nie zobowiązanie. Nie zostanę matką twojego dziecka. To nie moja historia i nie moja odpowiedzialność.
Ale…
To były twoje wybory kontynuowałam spokojnie. Twój związek, twoje dziecko z inną kobietą. Musisz ponieść konsekwencje. Ja nie będę cię ratować.
Pobladł.
Chcesz, żeby Jasiu cierpiał?
Chcę, żebyś przestał wykorzystywać go do manipulacji powiedziałam stanowczo. Masz rodzinę, znajomych. Szukaj pomocy tam. Ja nie zamierzam dalej w tym uczestniczyć.
Jesteś okrutna wyszeptał. Bezduszna.
Wstałam.
Może i tak… Ale to moja decyzja. Nie pozwolę, byś ingerował w moje życie.
Wyszłam i szłam przez Krakowskie Przedmieście ze spokojem w sercu. Krok miałam lekki, głowę uniesioną.
Minęły dwa tygodnie. Marek przestał dzwonić. Paulina też się nie odzywała. Monika przychodziła na herbatę, rozmawiałyśmy o wszystkim poza tematem Marka i Jasia.
Wracałam do swojego życia: praca, gotowanie, książki. Wieczorami siadałam przy oknie, patrzyłam na bawiące się dzieci.
Czasem myślałam o Jasiu. Zastanawiałam się, do kogo jest podobny. Ale te myśli przychodziły i odchodziły jak chmury na wietrze.
W końcu pewnego ranka dostałam SMS od Pauliny: Mamo, przepraszam. Rozumiem. Miałaś rację.
Uśmiechnęłam się i odpisałam: Dziękuję, kochanie. Kocham cię.
Usiadłam z herbatą na swoim starym fotelu. Spojrzałam na niewielkie mieszkanie moje miejsce, mój dom. To jest moje.
Nie stałam się bohaterką. Nie uratowałam żadnego dziecka. Nie poświęciłam się.
Ale ocaliłam siebie. I to też było zwycięstwo.
Moje ciche, pozbawione fanfar, ale prawdziwe zwycięstwo.
Zrobiłam łyk herbaty i otworzyłam książkę. Za oknem świeciło słońce, a świat toczył się dalej.
I wreszcie przestałam się obwiniać, iż wybrałam siebie.







