Odstawiłam filiżankę na stół, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Numer nieznany, ale już po charakterystycznych, długich sygnałach wiedziałam, kto dzwoni tylko jeden człowiek upierał się, iż powinnam odebrać. Spojrzałam na ekran i zobaczyłam: to on. Wojciech. Mój były mąż, który pięć lat temu odszedł do innej kobiety i tam założył nową rodzinę.
Nie odebrałam od razu. Stałam przy oknie, patrzyłam na podwórko, gdzie bawiły się dzieci, i zastanawiałam się: po co? Po co znowu?
Telefon zamilkł. Po chwili zadzwonił ponownie.
Westchnęłam i odebrałam.
Malwina, cześć jego głos był cichy, niemalże pełen winy. Muszę z tobą porozmawiać. To bardzo pilne.
O co chodzi? usiadłam na parapecie, przyłożyłam telefon do ucha i przygotowałam się na kolejną prośbę. Wojciech zawsze umiał prosić tak, iż odmawiać wydawało się czymś niemal niemożliwym.
Spotkajmy się? Nie chcę tego wyjaśniać przez telefon…
Nie rozumiem powiedziałam spokojnie. Mów teraz albo w ogóle.
Zamilkł na chwilę, potem westchnął ciężko, jakby z papierosem w ustach.
U Justyny nowotwór. Czwarty stopień. Lekarze mówią dwa, może trzy miesiące.
Justyna kobieta, dla której mnie zostawił. Ta, która urodziła mu syna. Poczułam zimno, ale nie z litości, tylko przez przeczucie, iż za chwilę o coś poprosi. Coś, co sprawi, iż brakuje oddechu.
Przykro mi odparłam spokojnie. Ale dlaczego dzwonisz właśnie do mnie?
Malwina… Potrzebuję twojej pomocy. Nie wiem, do kogo już się zwrócić.
Milczałam. Za oknem usiadła sroka na gałęzi starej lipy i patrzyła na mnie, jakby chciała powiedzieć: nie ufaj.
Malwina, proszę, spotkajmy się. Wyjaśnię wszystko. To ważne. Chodzi o Kubę, mojego syna.
O twojego syna poprawiłam go w myślach. Nie mojego. Nigdy nie mojego.
Dobrze odpowiedziałam krótko. Jutro. W kawiarni na Mickiewicza, o trzeciej.
Odłożyłam telefon i długo siedziałam na parapecie, patrząc w przestrzeń. Herbata wystygła, ogórki na desce zwiędły. Na lodówce wisiało stare zdjęcie my z Wojciechem na działce, uśmiechnięci, trzymamy się za ręce. Od dawna chciałam je zdjąć, ale nigdy się nie zebrałam. A może po prostu bałam się przyznać, iż tamta kobieta na zdjęciu już nie istnieje.
Następnego dnia przyszłam do kawiarni wcześniej. Zamówiłam herbatę, usiadłam przy oknie i czekałam. Wojciech zjawił się po dziesięciu minutach poszarzały, starszy, z łysinami na skroniach. Usiadł naprzeciwko, skinął kelnerce i spojrzał na mnie jak ktoś, kto prosi o przebaczenie, zanim w ogóle jeszcze cokolwiek powie.
Dziękuję, iż przyszłaś odezwał się cicho.
Mów objęłam filiżankę dłońmi, ogrzewając palce. Nie mam dużo czasu.
Nie wiem, od czego zacząć…
Może od tego, po co mnie potrzebujesz.
Westchnął, potarł twarz dłońmi.
Justyna odchodzi. To pewne. Chemia nie pomaga, operacja za późno. Ona nie ma nikogo matka zmarła trzy lata temu, ojca nie znała. Kuba zostaje sam. Ma pięć lat.
Milczałam. W środku coś się ścisnęło, ale nie pozwoliłam temu uczuciu wyjść na wierzch.
Chciałem cię poprosić… zawahał się, spuścił wzrok. Mogłabyś nam pomóc? Finansowo. Potrzeba pieniędzy na leczenie, na opiekę. Oddam wszystko, przysięgam, ale teraz nie mam nic.
Ile? zapytałam.
Około czterystu tysięcy złotych. Może więcej.
Odstawiłam filiżankę na stół. Herbata się rozlała, kropla wsiąkła w obrus.
Czterysta tysięcy złotych? Skąd mam wziąć takie pieniądze, Wojciech?
Mogłabyś sprzedać mieszkanie. To na Wierzbowej. Przecież sama mówiłaś, iż go nie potrzebujesz, iż już tam nie mieszkasz.
Mieszkanie na Wierzbowej. Kawalerka w starym bloku, prezent od rodziców na ślub. Potem podarowałam je Wojciechowi na urodziny, gdy byłam pewna, iż zostaniemy razem na zawsze. Wynajmował je, brał pieniądze. Teraz chce, żebym je sprzedała.
Żartujesz? spojrzałam mu w twarz. Chcesz, żebym sprzedała mieszkanie, które ci kiedyś dałam w prezencie?
Malwina, wiem, iż to brzmi okropnie, ale…
Nie ucięłam stanowczo. Nie, Wojciech. To moje mieszkanie. Prezent nie jest zobowiązaniem.
Pobladł.
Ale Justyna umiera! Kuba zostanie sierotą!
Kuba ma ojca wstałam, wzięłam torebkę. To ty jesteś jego ojcem. To twoja odpowiedzialność, nie moja.
Malwina, poczekaj…
Nie czekałam. Wyszłam z kawiarni i szłam ulicą, ściskając telefon w dłoni. Ręce mi drżały. Czy dobrze zrobiłam? pytałam siebie. A może jestem bez serca?
W domu zadzwoniłam do Małgosi. Małgosia to moja przyjaciółka ze studiów, jedyna, która mnie nie oceniała po rozwodzie i nie powtarzała, iż trzeba było znosić wszystko dla rodziny.
Chciał, żebyś sprzedała mieszkanie? Małgosia aż nie dowierzała. Malwina, on zgłupiał?
Gosiu, ale tam kobieta umiera. I dziecko jest małe…
I co z tego? To nie twoja sprawa. Nic mu nie jesteś winna.
Ale źle się z tym czuję przyznałam cicho. Jakbym odmawiała umierającej…
Masz prawo powiedzieć nie, choćby jeżeli ci z tym ciężko powiedziała stanowczo Małgosia. Zapamiętaj to, Malwin. Nie musisz ponosić konsekwencji jego wyborów.
Położyłam się na sofie i zamknęłam oczy. W głowie kołowały słowa Wojciecha, twarz Justyny, którą widziałam kiedyś przypadkiem, gdy szli razem z wózkiem. Jasne włosy, uśmiech, szczęśliwe oczy. Ukradła mi męża, myślałam wtedy. A teraz umiera i miałabym jej pomóc?
Nie. Nie muszę.
Dwa dni później Wojciech znowu dzwonił. Tym razem nie prosił o spotkanie mówił od razu, ostro, z rozpaczą w głosie.
Malwina, rozumiem, iż masz do mnie żal. Ale pomyśl o Kubie. On nie jest niczemu winny.
Nie mam żalu powiedziałam spokojnie. Po prostu nie chcę w tym uczestniczyć.
To mam jeszcze jedną prośbę zamilkł. jeżeli Justyna umrze… mogłabyś zostać opiekunką Kuby? Tymczasowo. Dopóki nie stanę na nogi…
Nie od razu pojęłam, co powiedział.
Słucham?
No, jesteś kobietą, wychowałaś już Zofię. Kuba potrzebuje matki, sam sobie nie poradzę
Wojciech przerwałam mu, głos miałam lodowaty. Chcesz, żebym została matką twojego dziecka? Tego, które urodziło się, gdy mnie zdradzałeś?
Malwina, wiem, iż to…
Nie odpowiedziałam. Nie, nie i nie. Zapomnij. Nie wpisuj mnie w swoje nowe życie. Nie będę jego częścią.
Odłożyłam telefon i usiadłam na podłodze pod ścianą. Serce biło mi szybko, w głowie szumiało.
Jak mu nie wstyd?
Wieczorem przyszła Zofia. Moja córka, dwadzieścia osiem lat, piękna, mądra, niezależna. Pracuje w agencji reklamowej, wynajmuje mieszkanie w centrum Warszawy. Widzimy się rzadko, ale zawsze ciepło.
Mama, tata do mnie dzwonił powiedziała zaraz po wejściu. Powiedział mi o Justynie i Kubie.
Pokiwałam głową, nastawiłam czajnik.
I co dalej?
Powiedział, iż odmówiłaś pomocy. Że… jesteś chłodna.
Odwróciłam się. Zofia stała w korytarzu, skrzyżowała ramiona i patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
Chłodna? powtórzyłam. interesujące określenie.
Mamo, jak możesz być taka? To przecież dziecko. Ono nie zawiniło.
Masz rację nalałam wodę do filiżanek, postawiłam na stole. Ono nie jest winne. Ale to nie moja odpowiedzialność.
Ale mogłabyś pomóc! choćby trochę!
Zosiu, nie sprzedam mieszkania i nie zostanę opiekunką cudzego dziecka. To nie moja historia. To decyzje twojego ojca.
Jesteś egoistką powiedziała cicho, a w jej głosie zabrzmiało zawiedzenie.
Zabolało. Ale nie tłumaczyłam się.
Być może odparłam. Ale to moje prawo.
Zofia wyszła po półgodzinie, nie dopiwszy herbaty. Zostałam sama. W mieszkaniu zrobiło się cicho jak w świątyni.
Kolejne dni były koszmarem. Wojciech dzwonił bez przerwy, słał smsy raz błagał, raz groził. Groził sądem, opowiadał, iż powie wszystkim, jaka jestem bezduszna, iż Zofia mnie znienawidzi.
Nie odpowiadałam. Tylko czytałam i kasowałam.
Pewnego wieczoru pod moimi drzwiami zjawiła się sama Justyna. Blada, szczupła, w chuście na głowie. Stała i patrzyła na mnie zmęczonymi oczyma.
Mogę wejść? wyszeptała.
Wpuściłam ją do kuchni. Usiadła przy stole, długo milczała, gapiąc się w szklankę z wodą.
Nie proszę, żeby pani pokochała Kubę zaczęła w końcu. Proszę tylko dać mu szansę. Jest mały. Potrzebuje kogoś, kto się nim zaopiekuje, gdy mnie nie będzie.
A jego ojciec? spytałam.
Wojciech sobie nie poradzi. Pani wie, jaki jest.
Wiedziałam. Wojciech zawsze był słaby przystojny, czarujący, ale słaby. Potrafił tylko prosić.
Nie mogę powiedziałam. Bardzo mi przykro, ale nie mogę.
Justyna przytaknęła, wstała i podeszła do drzwi. Na progu się odwróciła.
Jest pani bardzo silna szepnęła. Zawsze Pani zazdrościłam. Wojciech tyle opowiadał… Ale widzę, iż to siła z chłodu w środku.
Drzwi się zamknęły. Zostałam w korytarzu, nie mogąc się ruszyć.
Chłód w środku.
Noc nie przespałam. Leżałam na kanapie, gapiłam się w sufit i myślałam o Kubie, Wojciechu, Justynie. O tym, iż rzeczywiście stwardniałam. Kiedyś byłam inna ciepła, gotowa wybaczać, gotowa poświęcać się dla innych.
A potem była zdrada. I zrozumiałam, iż ofiary nic nie dają, jeżeli ktoś i tak je depcze.
Ale czy mam rację?
Podeszłam do okna. Ulica spowita była mrokiem, tylko latarnie świeciły. W oddali szczekał pies.
Mam prawo powiedzieć nie powtarzałam słowa Małgosi. choćby jeżeli to boli. choćby jeżeli mnie osądzają.
Nie muszę płacić za cudze błędy. Nie muszę być bohaterką obcej dramy.
Rano zadzwoniłam do Wojciecha.
Spotkajmy się dziś. W tej samej kawiarni.
Przyszedł z nadzieją w oczach. Usiadł naprzeciwko, złożył ręce na stole.
Malwina, wiedziałem, że…
Nie mów przerwałam. Posłuchaj mnie. Nie sprzedam mieszkania. To był prezent, forma wolności, nie zobowiązanie. Nie zostanę matką twojego dziecka. To nie jest moja historia i nie moja krzywda.
Ale…
To ty wybrałeś spokojnie podsumowałam. Ty budowałeś to życie. Odszedłeś, miałeś dziecko z inną. Teraz sam ponieś za to konsekwencje. Nie ja mam cię ratować.
Wojciech pobladł.
Czyli chcesz, żeby Kuba cierpiał?
Chcę, żebyś przestał wykorzystywać go do manipulacji powiedziałam stanowczo. Masz rodzinę, przyjaciół. Justyna miała znajomych. Proś ich o pomoc. Ale nie mnie.
Jesteś okrutna szepnął. Bez serca.
Wstałam, sięgnęłam po torebkę.
Może tak. Ale to moje życie. I nie pozwolę ci już w nie wkraczać.
Wyszłam z kawiarni i ruszyłam przed siebie. Krok miałam lekki, plecy proste. Nie oglądałam się za siebie.
Minęły dwa tygodnie. Wojciech nie dzwonił więcej. Zofia milczała. Małgosia przychodziła, piłyśmy herbatę, rozmawiałyśmy o wszystkim poza Justyną i Kubą.
Wróciłam do swojej codzienności. Chodziłam do pracy, gotowałam obiady, czytałam książki. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na dzieci bawiące się na podwórku.
Czasem myślałam o Kubie. Jak wygląda? Do kogo jest podobny? Ale te myśli gwałtownie znikały, jak chmury na niebie.
Pewnego ranka dostałam sms od Zofii: Mamo, przepraszam. Zrozumiałam. Masz rację.
Uśmiechnęłam się i odpisałam: Dziękuję, kochanie. Kocham cię.
Usiadłam z herbatą przy oknie i spojrzałam na swoje mieszkanie przytulne, pełne światła, moje miejsce. Mój dom, moje życie.
Nie zostałam bohaterką. Nie uratowałam dziecka. Nie poświęciłam siebie.
Ale ocaliłam siebie. I to też jest zwycięstwo.
Moje zwycięstwo.
Ciche, bez fanfar. Ale prawdziwe.
Upiłam łyk herbaty i otworzyłam książkę. Za oknem świeciło słońce, a świat toczył się dalej.
A ja w końcu przestałam czuć winę za to, iż wybrałam siebie.









