Konceptualne zabiegi zaliczane są do zadań obciążonych wysokim ryzykiem. Dzieła pracują cicho, dostarczając sejsmogramów ledwo zauważanych przesunięć i drgań. Zamiast zamaszystych gestów pojawia się programowe spowolnienie konieczne do wychwycenia zmian, które drążą i ciekną w tle. Sztuka staje się tu formą osobliwej składni, w której błędnie zadawane pytania użyźniają grunt do myślenia.
Wystawy, będące pokłosiem tak prowadzonych analiz, okazują się tylko wyimkami większej całości. Opisywane procesy toczą się pod spodem, w warstwie narracyjnej, w poszerzonym polu, dla którego obiekt jest jedynie skrawkiem pulsującej całości o własnym mikrobiomie. Dzieło sztuki rozgrywa się gdzie indziej, przypadkiem wpuszczając swoje wici do wnętrza galerii, gdzie widzimy ich sennie poruszające się końcówki.
Realizowane w takim formacie prace Grzegorza Hańderka są zrośnięte z topografią terenu, jak w serii kilkuset białych flag poruszanych podmuchami wiatru, które nasączały się zanieczyszczeniami z powietrza. Czy działaniu obywającym się na odcinku kilkunastu kilometrów biegu Rawy, na którym rzeka czasowo stawała się obiektem sztuki, uaktywnionym przez ruch osób na jej brzegach.
Projekt Materiał źródłowy zmienia przestrzeń galerii w miejsce o podwyższonym poziomie wilgotności, gdzie papier faluje, a urządzenia pomiarowe o niepewnym statusie zajęte są wykrywaniem podziemnych cieków.
Na to laboratorium stanów skupienia wody, po których pozostały tylko ślady, składają się: różdżki radiestezyjne lewitujące w przestrzeni, stosy mokrych kartek, łatwy do przeoczenia wijący się kształt precyzyjnie wycięty z mapy.
To przedmioty, poprzez które artysta bada mechanizmy budowania narracji, wymykających się obowiązkowi złożenia w jedną, gładko płynącą historię. Sięgając po metaforę archiwum, rozbraja fantazje o dotarciu do źródła, jako punktu odsłaniającego splot określonych czynników i przypadków. Dowody tracą tu swoją jednoznaczność, a świadectwa okazują się nieczytelne.
W takim ujęciu wystawa prac Grzegorza Hańderka jest miejscem kuracji. Uzdrowienie odbywa się tu przez opisywanie, podczas którego słowa strząsają z siebie ugruntowane znaczenia i szykują się na nowe użycie. Struktura tej jednostki badawczej wydaje się podejrzanie prosta. Być może w podziemiach budynku znajdują się jej kolejne oddziały: instytut przemilczeń i zdań bez orzeczenia, departament potknięć językowych, archiwum powtórzeń i zająknięć. Przestrzenie, w których w sprzyjających warunkach słowa w końcu opornie wychodzą przez gardło. Wlokąc za sobą szlam ze środka, przeciskają się z trudem przez tamę zębów.
Marta Lisok







