Od premiery widowiska "Skywalker. Odrodzenie" minęło siedem lat. Dopiero teraz "Gwiezdne wojny" wracają na ekran kinowy. Do tego wracają w sposób nietypowy, bo przez obwodnicę serialu. "Mandalorian i Grogu” stanowi przecież kontynuację przygód dwójki głównych bohaterów serialu "The Mandalorian". Film Jona Favreau należy zatem rozliczać podwójnie: jako doświadczenie kinowe i jako nowy "sezon" serialu. Jak się udało? Ocenia Łukasz Budnik.
"Mandalorian i Grogu” jest w zasadzie kolejną odsłoną serialu, o tyle wyjątkową, iż możemy jej doświadczyć na wielkim ekranie. Podczas seansu trudno pozbyć się wrażenia, iż film Jona Favreau (jednego z ojców serialowego "The Mandalorian") strukturalnie przypomina kilka zmontowanych ze sobą epizodów. Szczególnie wyraźnie odznacza się to mniej więcej w połowie filmu, gdy następuje moment, który równie dobrze mógłby być zakończeniem całości, po czym przechodzimy w kolejny "odcinek". Trudno powiedzieć, na ile to celowe zagranie Favreau i współtwórców scenariusza – Dave’a Filoniego i Noah Kloora – a na ile efekt tego, iż po prostu trudno przychodzi im napisanie pełnometrażowej historii o Mando.
Jak by nie było, "Mandalorian i Grogu" to produkcja, której bliżej do pierwszego sezonu serialu, a nie do części większego uniwersum Favreau i Filoniego. Fabuła jest bardzo prosta – główny bohater na zlecenie Nowej Republiki wyrusza schwytać tajemniczego imperialnego watażkę, a przy okazji ma znaleźć i uwolnić uprowadzonego Hutta – Rottę, syna Jabby (...).
Sami Mandalorian i Grogu są w zasadzie tacy, jak w serialu. Ten pierwszy wciąż jest ojcem numer jeden w galaktyce, a drugi bawi i urzeka swoimi perypetiami. Na szczęście Favreau nie traktuje go wyłącznie jako maskotki i Grogu rzeczywiście ma tu jakąś sprawczość (to w większości do niego należy druga połowa filmu). Inna sprawa, iż "Mandalorian i Grogu" nie jest filmem, który jakkolwiek rusza ich wątek do przodu – przygoda się zaczyna, trwa i kończy. Tyle (...).
Całą recenzję autorstwa Łukasza Budnika przeczytacie TUTAJ.
Pan Mando jedzie do kina (recenzja filmu "Mandalorian i Grogu")
"Mandalorian i Grogu” jest w zasadzie kolejną odsłoną serialu, o tyle wyjątkową, iż możemy jej doświadczyć na wielkim ekranie. Podczas seansu trudno pozbyć się wrażenia, iż film Jona Favreau (jednego z ojców serialowego "The Mandalorian") strukturalnie przypomina kilka zmontowanych ze sobą epizodów. Szczególnie wyraźnie odznacza się to mniej więcej w połowie filmu, gdy następuje moment, który równie dobrze mógłby być zakończeniem całości, po czym przechodzimy w kolejny "odcinek". Trudno powiedzieć, na ile to celowe zagranie Favreau i współtwórców scenariusza – Dave’a Filoniego i Noah Kloora – a na ile efekt tego, iż po prostu trudno przychodzi im napisanie pełnometrażowej historii o Mando.
Jak by nie było, "Mandalorian i Grogu" to produkcja, której bliżej do pierwszego sezonu serialu, a nie do części większego uniwersum Favreau i Filoniego. Fabuła jest bardzo prosta – główny bohater na zlecenie Nowej Republiki wyrusza schwytać tajemniczego imperialnego watażkę, a przy okazji ma znaleźć i uwolnić uprowadzonego Hutta – Rottę, syna Jabby (...).
Sami Mandalorian i Grogu są w zasadzie tacy, jak w serialu. Ten pierwszy wciąż jest ojcem numer jeden w galaktyce, a drugi bawi i urzeka swoimi perypetiami. Na szczęście Favreau nie traktuje go wyłącznie jako maskotki i Grogu rzeczywiście ma tu jakąś sprawczość (to w większości do niego należy druga połowa filmu). Inna sprawa, iż "Mandalorian i Grogu" nie jest filmem, który jakkolwiek rusza ich wątek do przodu – przygoda się zaczyna, trwa i kończy. Tyle (...).
Całą recenzję autorstwa Łukasza Budnika przeczytacie TUTAJ.
"Mandalorian i Grogu" – zwiastun
















