Blisko pół wieku bezgranicznej miłości do gwiezdnej sagi zrodziło w fanach nagłe, obezwładniające zmęczenie. Nadmiar seriali i pobocznych wątków sprawił, iż uniwersum Star Wars zaczęło przypominać przeładowaną bazę danych. A jednak to właśnie pełnometrażowy Mandalorian i Grogu przynosi franczyzie upragnione wyzwolenie. W pewnym sensie Zeb powrócił do uniwersum. To drobny spoiler, który teoretycznie łamie prasowe embargo. Jednak to jedno zdanie mówi o nowym widowisku Dave’a Filoniego absolutnie wszystko. Jednocześnie nie mówi ono zupełnie nic. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ możecie nie wiedzieć, kim jest ów fioletowy Lasat z animacji. Mimo to nowa produkcja ani przez moment nie da Wam odczuć, iż ominęło Was coś istotnego. Z tego powodu prawdziwym osiągnięciem filmu jest jego uniwersalność. Stanowi on doskonałą propozycję zarówno dla ortodoksyjnych fanów, jak i dla zupełnie nowych widzów.
Galaktyczne przebodźcowanie kontra prostota
Bądźmy ze sobą zupełnie szczerymi. Śledzenie współczesnego uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa stało się dla wielu z nas udręką. Niemal ciągłe premiery nowych seriali zaczęły zlewać się w jedną, trudną do skatalogowania masę. W dodatku rozpisana na dziesiątki produkcji oś czasu wymagała wręcz konsultacji ze sztuczną inteligencją. Krótko mówiąc, choćby dla największych nerdów zrobiło się to męczące. Andor był dojrzałym arcydziełem, po którym można było godnie pożegnać się z tą franczyzą. Dlatego zapowiedź kinowego filmu o najsłynniejszym łowcy nagród brzmiała jak tani skok na kasę. Jakże miło było się pomylić. Dave Filoni najwyraźniej sam poczuł to zmęczenie materiału. W konsekwencji Mandalorian i Grogu stał się jego osobistym manifestem wolności. Reżyser odcina zbędny, encyklopedyczny balast i powraca do korzeni. Serwuje po prostu klasyczną, niezwykle dynamiczną opowieść przygodową.
Brud, pot i bezkompromisowa akcja
Akcja filmu nie zwalnia ani na moment. Pierwsza godzina to bezkompromisowy, wizualny maraton. Zobaczymy tu starcia z potężnymi maszynami AT-AT oraz zapierające dech w piersiach bitwy powietrzne. Co istotne, nie jest to ugrzeczniona bajka dla najmłodszych. Ekranowy świat jest brudny, zużyty i namacalny. Twórcy zadbali o niesamowite detale, jak choćby ślady wycieraczek na umazanych błotem szybach kokpitu. Dzięki temu podczas seansu powracają emocje towarzyszące nam przy oryginalnej trylogii. To czysty zachwyt i obietnica wielkiej przygody. Ponadto sam Grogu wreszcie otrzymuje należytą głębię. Długa, hipnotyzująca sekwencja na bagnistej planecie Na Hutta bije na głowę kultowe szkolenie z Imperium kontratakuje. Filoni składa piękny hołd Lucasowi, ale jednocześnie poprawia błędy swojego mistrza.
Nowy świt sagi
Zamiast mechanicznie kopiować stare schematy, film przeciera zupełnie nowe ścieżki. W dodatku finałowe sekwencje gwarantują emocjonalną jazdę bez trzymanki. U wielu widzów wywołają one autentyczne łzy wzruszenia. Blisko dwie i pół godziny mijają w mgnieniu oka. Na dodatek seans zostawia nas z natychmiastową potrzebą ponownego zakupu biletu. Podsumowując: idźcie do kin, bo dla takich filmów warto kochać wielki ekran. Nie zapomnijcie o tym!















