– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zagaił nagle Michał, wracając ze szkoły. – No i co z tego?…

polregion.pl 4 godzin temu

Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? zapytałem, wracając ze szkoły.
No i co z tego? Mama spojrzała na mnie zaskoczona.
Jak to co? Przecież obiecałaś z tatą, iż jak skończę dziesięć lat, pozwolicie mi…
Pozwolić? A co my ci mieliśmy pozwolić?
Pozwolić przygarnąć psa.
Nie! mama aż się przestraszyła. Wszystko, tylko nie to! Chcesz, kupimy ci elektryczną hulajnogę? Najdroższą! Ale pod warunkiem, iż już nigdy nie wspomnisz o psie.
A więc tacy jesteście… naburmuszyłem się. Mówicie mi, żebym dotrzymywał słowa, a sami o swoim zapominacie… No dobrze…
Zamknąłem się w swoim pokoju i nie wychodziłem, aż tata wrócił z pracy.
Tato, pamiętasz, co z mamą obiecywaliście… zacząłem, ale on mi przerwał.
Mama już mi dzwoniła opowiadać o twoich planach. Ale powiedz mi, po co ci pies?
Tato, przecież marzę o psie od dawna! Wiecie o tym!
Wiemy, wiemy! Naczytałeś się o Lisku i Prosiaczku, i teraz myślisz, iż wszystko można. My z mamą o wielu rzeczach marzymy, nie znaczy, iż wszystko mamy. A wiesz, ile rasowy pies kosztuje? Dużo złotych.
Ale ja nie chcę rasowego! gwałtownie odpowiedziałem. Wezmę jakiegokolwiek. choćby porzuconego. W internecie czytałem o takich psach. One są takie samotne.
Nie ma mowy! tata wszedł mi w słowo. Jakiś kundel? Po co nam taki? To przecież brzydkie! Więc ustalmy tak, Michał. Zgadzam się na porzuconego psa, ale tylko jeżeli będzie młody i rasowy.
Naprawdę tylko taki? skrzywiłem się.
Tak! Tata spojrzał na mamę i puścił jej oko. Sam będziesz się nim opiekować, uczyć sztuczek, chodzić na wystawy. Starego psa już nie nauczysz. Więc jeżeli znajdziesz w Krakowie młodego, rasowego porzuconego psa, to może się zgodzimy z mamą.
No dobrze… westchnąłem smutno. Jeszcze nigdy nie widziałem na ulicy porzuconego, młodego, rasowego psa, ale nadzieja umiera ostatnia, więc postanowiłem spróbować.
W niedzielę zadzwoniłem do mojego kolegi, Wojtka, i po obiedzie poszliśmy na poszukiwania.
Szliśmy aż do wieczora, obeszliśmy pół miasta, ale żadnego porzuconego, rasowego psa nie spotkaliśmy. Choć widzieliśmy wiele pięknych psów, wszystkie były z właścicielem, na smyczy.
Daj spokój powiedziałem zmęczony. Wiedziałem, iż nic nie znajdziemy…
Słuchaj, pójdźmy za tydzień do schroniska zaproponował Wojtek. Czasem tam są też rasowe psy. Potrzebujemy tylko adresu. Ale teraz posiedźmy i odpocznijmy.
Znaleźliśmy wolną ławkę, usiedliśmy i zaczęliśmy wyobrażać sobie, iż bierzemy z Wojtkiem pięknego psa i uczymy sztuczek. Pomarzyliśmy, odpoczęliśmy i ruszyliśmy do domu.
Nagle Wojtek złapał mnie za rękaw i pokazał coś palcem.
Michał, patrz.
Spojrzałem i zobaczyłem małego, brudno-białego, bezdomnego szczeniaka, który śmiesznie utykając, spacerował po chodniku.
Kundelek stwierdził Wojtek i zagwizdał.
Szczeniak spojrzał w naszym kierunku i uradowany podbiegł. Ale gdy został dwa metry, nagle się zatrzymał.
Pewnie ktoś go przestraszył, nie ufa ludziom odezwał się Wojtek.
Cicho również zagwizdałem i wyciągnąłem w jego stronę dłoń. Szczeniak podszedł ostrożnie i, ku mojemu zdziwieniu, nie uciekł, tylko lekko merdał ogonkiem.
Chodź, Michał Wojtek był wyraźnie zaniepokojony. Po co ci taki pies? Ty chcesz rasowego. Rasowym nada się ładne imię. Ten nadaje się tylko na Kropka. Odwrócił się i gwałtownie poszedł dalej.
Ja jeszcze chwilę pogłaskałem szczeniaka, po czym smutny ruszyłem za Wojtkiem. Prawdę mówiąc, chętnie zabrałbym tego psiaka.
Nagle za plecami rozległo się ciche skomlenie.
Zamarłem. Szczeniak piszczał.
Wojtek też się zatrzymał i wyszeptał:
Michał, idź za mną! Nie odwracaj się! On tak na ciebie patrzy!
Jak patrzy?
Jakbyś był jego panem, który go teraz zostawia. Chodź!
Wojtek pobiegł, ale ja nie mogłem ruszyć się z miejsca. Stałem jak wrośnięty w ziemię. Kiedy w końcu się przełamałem i zrobiłem krok, poczułem, iż coś delikatnie szarpie mnie za nogawkę przy bucie. Spojrzałem w dół patrzyły na mnie czarne, ufne oczy.
Wziąłem szczeniaka na ręce i przytuliłem mocno do piersi. W tej chwili zrozumiałem: jeżeli mama z tatą się nie zgodzą, dziś uciekam z domu, ale z nim.
Na szczęście, moi rodzice też mieli dobre serca… Następnego dnia po szkole czekała na mnie nie tylko mama i tata, ale także wykąpany, czyściutki, wesoły Kropelek.
Zrozumiałem wtedy, iż prawdziwe szczęście to dać komuś dom i odrobinę ciepła.

Idź do oryginalnego materiału