Mam 42 lata i jestem mężem kobiety, która była moją najlepszą przyjaciółką od czasów, gdy mieliśmy po 14 lat. Poznaliśmy się w szkolnej ławce – bez iskier, bez romantycznych uniesień, po prostu jako dwoje nastolatków spędzających razem każdy dzień: od prac domowych, przez przerwy, po zwierzenia i sekrety. Znaliśmy wszystkich swoich chłopaków i dziewczyny, nigdy nie padł żaden dwuznaczny gest. Po liceum każde z nas poszło własną drogą – ja wyjechałem na studia do innego miasta, ona została. Wziąłem ślub z inną kobietą, ona była gościem na moim weselu, a mimo odległości wciąż dzwoniliśmy do siebie, prosząc o radę i wsparcie. Mój pierwszy związek rozpadł się po sześciu latach. Przeszedłem przez trudny rozwód, podczas którego to właśnie moja dawna przyjaciółka z ławki była tuż obok: pomagała szukać mieszkania, chodziła ze mną na zakupy, zostawała na kolację, bym nie czuł się samotny. Z czasem pojawiło się między nami coś więcej niż tylko przyjaźń – długie spojrzenia, ciche porozumienia, nieprzyznana zazdrość. Przez rok próbowaliśmy się oszukiwać, spotykaliśmy się z innymi, ale zawsze do siebie wracaliśmy. W wieku 35 lat zdecydowaliśmy się spróbować razem – z obawą, iż możemy zniszczyć coś wyjątkowego. Dwa lata później wzięliśmy ślub – bez fajerwerków, za to z pełną świadomością, iż jesteśmy dla siebie najważniejsi. Dziś, po latach małżeństwa, wiem, iż nie ożeniłem się z przyjaciółką z wygody, tylko z osobą, przy której nigdy nie musiałem udawać kogoś innego.

newskey24.com 3 dni temu

Mam 42 lata i jestem żonaty z kobietą, która była moją najlepszą przyjaciółką jeszcze od czasów, gdy mieliśmy po 14 lat. Poznaliśmy się w podstawówce w Warszawie. Nie było żadnych iskier, żadnego zauroczenia po prostu dwoje dzieci, które przypadkiem usiadły obok siebie w ławce i od tamtej pory spędzały razem każdy dzień. Od początku to była czysta przyjaźń: wspólne odrabianie lekcji, pogadanki na przerwach, zwierzenia, sekrety. Wiedziałem wszystko o jej chłopakach, ona znała moje zauroczenia. Nigdy nie było między nami żadnych dwuznaczności czy flirtów. Po prostu najlepsi przyjaciele.

W latach licealnych i gdy dorastaliśmy, nasze drogi trochę się rozeszły. Gdy miałem 19 lat, wyjechałem na studia do Krakowa, ona została w Warszawie. W wieku 21 lat miałem pierwszą poważną dziewczynę, a w wieku 24 lat ożeniłem się z inną kobietą. Moja przyjaciółka była na naszym weselu, siedziała przy mojej rodzinie. Ona wtedy też była w poważnym związku. przez cały czas dzwoniliśmy do siebie opowiadaliśmy o problemach, prosiliśmy o rady, wysłuchiwaliśmy się nawzajem.

Mój pierwszy związek małżeński trwał prawie sześć lat. Z zewnątrz wyglądało wszystko w porządku, ale w środku byliśmy już tylko obok siebie pełno było cichych dni, kłótni, dystansu. Moja przyjaciółka wiedziała o wszystkim: kiedy spaliśmy osobno, kiedy przestaliśmy rozmawiać, kiedy w domu czułem się sam, choć nie byłem. Nigdy nie mówiła źle o mojej żonie, nigdy mnie nie nastawiała przeciwko niej tylko cierpliwie mnie słuchała. W tym czasie ona także zakończyła długoletni związek i przez kilka lat żyła samotnie, skupiając się na pracy.

Rozwód nastąpił, gdy miałem 32 lata. To był długi, trudny emocjonalnie i prawnie czas. Zostałem sam, musiałem zaczynać od nowa. Właśnie wtedy to moja przyjaciółka najbardziej mi pomagała szukała ze mną mieszkania, chodziła po sklepach meblowych, przychodziła na kolacje, żebym nie czuł się taki samotny. przez cały czas nazywaliśmy się przyjaciółmi, ale zaczęły pojawiać się między nami małe, nieznane dotąd rzeczy: dłuższe, komfortowe milczenia, spojrzenia, które zostawały na dłużej, zazdrość, której żadne z nas nie chciało przyjąć do wiadomości.

W wieku 33 lat, któregoś wieczoru po wspólnej kolacji w moim nowym mieszkaniu, uświadomiłem sobie, iż nie chcę, by wychodziła. Nic się wtedy nie wydarzyło nie było pocałunku, nie dotknąłem jej. Jednak całą noc nie mogłem zasnąć, bo poczułem coś, czego długo nie chciałem zaakceptować: nie była już dla mnie tylko przyjaciółką. Kilka dni później ona powiedziała mi coś bardzo podobnego podała przykłady, momenty: kiedy zabolało ją, iż poszedłem na randkę z inną, kiedy denerwowało ją, iż dowiadywała się o tym od innych, kiedy zaczęła się zastanawiać, od kiedy w ogóle coś czuje.

Minął prawie rok, zanim przyznaliśmy się przed sobą, co się między nami dzieje. Przez ten czas jeszcze randkowaliśmy z innymi ludźmi, wmawialiśmy sobie, iż to, co nas łączy, to tylko przyjaźń. Ale zawsze i tak wracaliśmy do siebie do rozmów, do porównywania innych z tym, co mieliśmy razem. W wieku 35 lat postanowiliśmy spróbować być razem naprawdę. Początki były trudne: po 20 latach przyjaźni przejść do związku to było coś zupełnie nowego, ze strachem, poczuciem winy, z lękiem, iż jeżeli nie wyjdzie, stracimy wszystko.

Pobraliśmy się dwa lata później ja miałem 37 lat, ona 36. Ślub był bardzo kameralny, bez wielkiego wesela. To była dojrzała, przemyślana decyzja. Znajomi mówili, iż to oczywiste, iż zawsze byliśmy sobie pisani. Prawda jest taka, iż nigdy tak na siebie nie patrzyliśmy. Przez ponad dwadzieścia lat byliśmy tylko przyjaciółmi, bez żadnych podtekstów. Miłość pojawiła się dopiero później kiedy już każdy z nas trochę przeżył, popełnił błędy, coś stracił.

Dziś jesteśmy małżeństwem od kilku dobrych lat. Nie powiem, iż to bajka, ale jest stabilnie. Znamy się na wylot: wiemy, jak reagujemy w stresie, jak się kłócimy, jak milczymy, jak się godzimy. Czasem myślę, iż gdybym nie przeżył rozwodu, nigdy nie zrozumiałbym, co mam przy sobie. Nie ożeniłem się z najlepszą przyjaciółką z wygody. Zrobiłem to, bo po wszystkim, przez co przeszliśmy, była jedyną osobą, wobec której nigdy nie musiałem udawać kogoś innego.

Idź do oryginalnego materiału