Rudd Landy (John Cena) z okien swojego biura ma zapierający dech w piersiach widok na Nowy Jork. W końcu doczłapał się do wymarzonego społecznego statusu. Zamożni rodzice prawdopodobnie wcześniej niejednokrotnie popchnęli go we właściwym kierunku. Jego starszy brat Josh (Christopher Meloni) – DJ, biznesmen, przedsiębiorca, inwestor (wszystkie adekwatne) – raczej już nie potrafi zliczyć milionów na swoim koncie. Rudd nie chciał jednak wchodzić po niczyich plecach, miał własny pomysł na samego siebie i teraz rozpiera go duma: jego agencja nieruchomości zaczyna być istotnym graczem na rynku.
Od pierwszej sceny Cena umiejętnie wyraża napięcie między ogromnymi ambicjami a niewyleczonymi kompleksami Rudda. Obie emocje niewątpliwie motywują do ciężkiej pracy, ale trudno określić, która z nich – albo w jakich proporcjach –doprowadziła go na zawodowy szczyt. Roztrząsanie tego będzie jednym z głównych motywów filmu Matta Spicera. Wiodącym wątkiem natomiast okazuje się relacja z Marcusem (Eric André). Choć określenie "relacja" zdaje się być nadużyciem. Rudd w czasach licealnych wziął udział w charytatywnym programie, gdzie jako starszy brał pod opiekę młodszego kolegę – razem mieli tworzyć fikcyjne rodzeństwo. Obu uczestników miało to nauczyć odpowiedzialności, partnerstwa i ukształtować ich wrażliwość. Rudda w pełni nie nauczyło. Natomiast dla Marcusa było to doświadczenie formacyjne, zapadające głęboko w pamięć. Jedno z niewielu radosnych wspomnień raczej ponurej młodości.
Jak to w takich opowieściach bywa, Rudd i Marcus oczywiście będą musieli trafić na siebie ponownie. Po trzydziestu latach bez jakiekolwiek kontaktu – w momencie kiedy obaj prowadzą biegunowo inne życia, mają zupełnie inne priorytety, systemy wartości i cele. Głębokość portfela różni ich znacząco, ale w gruncie rzeczy to czynnik dość powierzchowny. Między pławiącym się w luksusie Ruddem a przebywającym w ośrodku dla psychicznie chorych Marcusem dojdzie do konfliktu charakterów i testu emocjonalnej dojrzałości. Tym razem to starszy będzie musiał uczyć się od młodszego.
Na tym polu scenarzyści – Andrew Mogel oraz Jarrad Paul – dostarczają całkiem złożony i nieidący na psychologicznie skróty dramaturgiczny tekst. Rudda niepokoić może małżeńska stagnacja i nieumiejętność rozmowy z Deirdre (Michelle Monaghan) o sprawach naprawdę ważnych. Pracoholizm mężczyzny nie jest przy tym główną przeszkodą. Jego efekty zapewniają wszystkim członkom rodziny (jest jeszcze dwójka nastoletnich synów) komfort i bezpieczeństwo. Stają się one jednak alibi dla budowaniu związku na trwalszych fundamentach. Drobne nieporozumienia albo brak porozumiewania powodują dystans przy stole i chłód w łóżku. Ten destrukcyjny stan będzie trwał dopóki między Ruddem a Deirdre nie pojawi się wygadany i bezpośredni Marcus.
"Braciszek" jest kinem o terapeutycznych zacięciu. Wychodzi od diagnozy małżeńskiej niezgody, przechodzi przez spontaniczne sesje i proponuje pewne rozwiązania. Marcus nie gryzie się w język i otwarcie mówi jak widzi sytuacje. Zachęca obie strony do brania inicjatywy i nieskrępowanego wyrażania potrzeb. To zawsze oczyszcza atmosferę. Małżeńska dynamika to oczywiście tylko jedna ze spraw do uporządkowania w fasadowo spełnionym życiu Rudda. Bohater musi również ułożyć relację ze starszym bratem, opartą dotąd na zazdrości i nieracjonalnym poczuciu niższości. Marcus z kolei ma obudzić w Ruddzie wewnętrzną uczciwość i przekonanie o własnej wartości.
Na dramaturgicznej osi "Braciszek" potrafi dostarczyć wiarygodne psychologiczne portrety, wachlarz konfrontacji charakterów i przecinających się życiowych dróg. Niestety narracyjnej czystości filmu Spicera nie służy, często usilnie powracające, komediowe akcenty. A to niezdarny sytuacyjny żart z demolowaniem bajeranckiego auta, kiedy indziej niepasujący do tonu całości fekalny dowcip. Rozpraszać może również poboczny wątek realizowanego reality show, którego bohaterem ma być święcący zawodowe tryumfy Rudd. Ułuda telewizyjnego programu jeszcze tematycznie koresponduje z pudrowanymi przez Rudda problemami, ale w największej mierze sceny z produkcji serialu są nośnikami niezręcznych żartów i niepotrzebnej serii pomyłek. "Komediodramat" bardzo dobrze brzmi, ale "Braciszek" zadowoli fanów tylko jednego z tych gatunków.
Od pierwszej sceny Cena umiejętnie wyraża napięcie między ogromnymi ambicjami a niewyleczonymi kompleksami Rudda. Obie emocje niewątpliwie motywują do ciężkiej pracy, ale trudno określić, która z nich – albo w jakich proporcjach –doprowadziła go na zawodowy szczyt. Roztrząsanie tego będzie jednym z głównych motywów filmu Matta Spicera. Wiodącym wątkiem natomiast okazuje się relacja z Marcusem (Eric André). Choć określenie "relacja" zdaje się być nadużyciem. Rudd w czasach licealnych wziął udział w charytatywnym programie, gdzie jako starszy brał pod opiekę młodszego kolegę – razem mieli tworzyć fikcyjne rodzeństwo. Obu uczestników miało to nauczyć odpowiedzialności, partnerstwa i ukształtować ich wrażliwość. Rudda w pełni nie nauczyło. Natomiast dla Marcusa było to doświadczenie formacyjne, zapadające głęboko w pamięć. Jedno z niewielu radosnych wspomnień raczej ponurej młodości.
Jak to w takich opowieściach bywa, Rudd i Marcus oczywiście będą musieli trafić na siebie ponownie. Po trzydziestu latach bez jakiekolwiek kontaktu – w momencie kiedy obaj prowadzą biegunowo inne życia, mają zupełnie inne priorytety, systemy wartości i cele. Głębokość portfela różni ich znacząco, ale w gruncie rzeczy to czynnik dość powierzchowny. Między pławiącym się w luksusie Ruddem a przebywającym w ośrodku dla psychicznie chorych Marcusem dojdzie do konfliktu charakterów i testu emocjonalnej dojrzałości. Tym razem to starszy będzie musiał uczyć się od młodszego.
Na tym polu scenarzyści – Andrew Mogel oraz Jarrad Paul – dostarczają całkiem złożony i nieidący na psychologicznie skróty dramaturgiczny tekst. Rudda niepokoić może małżeńska stagnacja i nieumiejętność rozmowy z Deirdre (Michelle Monaghan) o sprawach naprawdę ważnych. Pracoholizm mężczyzny nie jest przy tym główną przeszkodą. Jego efekty zapewniają wszystkim członkom rodziny (jest jeszcze dwójka nastoletnich synów) komfort i bezpieczeństwo. Stają się one jednak alibi dla budowaniu związku na trwalszych fundamentach. Drobne nieporozumienia albo brak porozumiewania powodują dystans przy stole i chłód w łóżku. Ten destrukcyjny stan będzie trwał dopóki między Ruddem a Deirdre nie pojawi się wygadany i bezpośredni Marcus.
"Braciszek" jest kinem o terapeutycznych zacięciu. Wychodzi od diagnozy małżeńskiej niezgody, przechodzi przez spontaniczne sesje i proponuje pewne rozwiązania. Marcus nie gryzie się w język i otwarcie mówi jak widzi sytuacje. Zachęca obie strony do brania inicjatywy i nieskrępowanego wyrażania potrzeb. To zawsze oczyszcza atmosferę. Małżeńska dynamika to oczywiście tylko jedna ze spraw do uporządkowania w fasadowo spełnionym życiu Rudda. Bohater musi również ułożyć relację ze starszym bratem, opartą dotąd na zazdrości i nieracjonalnym poczuciu niższości. Marcus z kolei ma obudzić w Ruddzie wewnętrzną uczciwość i przekonanie o własnej wartości.
Na dramaturgicznej osi "Braciszek" potrafi dostarczyć wiarygodne psychologiczne portrety, wachlarz konfrontacji charakterów i przecinających się życiowych dróg. Niestety narracyjnej czystości filmu Spicera nie służy, często usilnie powracające, komediowe akcenty. A to niezdarny sytuacyjny żart z demolowaniem bajeranckiego auta, kiedy indziej niepasujący do tonu całości fekalny dowcip. Rozpraszać może również poboczny wątek realizowanego reality show, którego bohaterem ma być święcący zawodowe tryumfy Rudd. Ułuda telewizyjnego programu jeszcze tematycznie koresponduje z pudrowanymi przez Rudda problemami, ale w największej mierze sceny z produkcji serialu są nośnikami niezręcznych żartów i niepotrzebnej serii pomyłek. "Komediodramat" bardzo dobrze brzmi, ale "Braciszek" zadowoli fanów tylko jednego z tych gatunków.














