Ludzie mają teraz wypasione rzeczy.
Lodówki, które rozmawiają lepiej niż niejedna teściowa.
Samochody, które piszczą, jak tylko źle westchniesz.
Sprzęt ogrodowy kosztujący więcej niż kaucja za moje pierwsze mieszkanie.
A ja?
Mam starą kosiarkę z odpryśniętą farbą, kapryśnym sznurkiem do odpalenia i upartym sercem godnym kozicy tatrzańskiej.
Pojawiła się w moim życiu dokładnie tak, jak większość rzeczy niezbędnych do przetrwaniaprzez przypadek i potrzebę.
Moja była kupiła ją lata temu za śmieszne pieniądze na jakimś garażowym wyprzedażu w Skierniewicach. To jeszcze był taki czas, gdy byliśmy „my”, wierzyliśmy w zawsze razem i opłacaliśmy rachunki na czas. Po rozwodzie podzieliliśmy się tym, co się dało.
On zabrał te duże rzeczy, te, które dobrze wyglądają na zdjęciach na Fejsbuku.
Zostały mi rzeczy codzienne, które po prostu pozwalały żyć dalej.
Trochę naczyń.
Odkurzacz, który już wtedy brzmiał, jakby miał zejść lada moment.
I ta kosiarkabo trawnik nie patrzy na to, czy moje konto w banku wieje pustką.
Nie zostawiłem jej sobie z sentymentu.
Nie stać mnie było po prostu na nową.
A potem czas zrobił swoje, po cichu i nieubłaganie.
Życie mojej byłej rozpadło się jak suche liście na jesiennym wietrzezłe decyzje, coraz głośniejsze wymówki, dziwniejsze poglądy. Słyszałem o tym od znajomych, którzy zawsze mówili takim ostrożnym tonem, jakby nie chcieli czegoś kruchego upuścić.
Straciła te duże rzeczy.
Te robiące wrażenie.
Te, którymi lubiła się chwalić.
A u mnie ciągle ta sama kosiarka.
I mijały lata.
Jedenaście lat to ja się nią zajmuję.
Jedenaście lat uczenia się ogarniania wszystkiego samemu.
Jedenaście lat naprawiania, kombinowania, radzenia sobie jak się da.
Tylko wiesz co? Nie mam żadnego zadaszonego miejsca.
Żadnego porządnego schowka.
O ogrzewanym garażu mogę pomarzyć.
Sprzęt stoi więc cały rok na podwórku, tam gdzie zima może ją solidnie pogryźć.
Polska zima nie ma litości.
To taki mróz, co plastik łamie jak zapałki, a stal wykrzywia.
Wiatr staje się wręcz groźbą, a śnieg ciężarem.
Co roku spodziewam się najgorszego.
Na wiosnę wychodzę na podwórko jak do starego znajomego, którego mogę już nie poznać.
Otrzepuję ramę z ziemi, wybieram martwe liście z miejsc, gdzie w ogóle nie powinno ich być.
Sprawdzam benzynę jak sanitariusz puls.
Naciskam kilka razy ten miękki, gumowy przycisktaki mały gumowy serduch, co pompuje paliwo do silnika.
Słychać cichy dźwięk.
Małą obietnicę.
Potem zaczyna się rytuał.
Staję nogamirozmiar 41, żadne tam robocze glany, ale swoje robią.
Łapię za rączkę.
Szarp za sznurek.
Cisza.
Jeszcze raz.
Nic.
Jeszcze raz i pod nosem szeptam do wszechświata coś w stylu:
Błagam. Nie dziś. Nie w tym roku.
Bo jeżeli nie ruszy, to nie jest tylko niewygoda.
To nowy wydatek.
Nowy kłopot.
Nagłe przypomnienie, iż życie może się skomplikować w sekundę.
Ale wtedyjakby była obrażona, iż w nią zwątpiłem
zawarcze na całego.
Głośno.
Bez wdzięku.
Z rykiem, który mówi:
Jeszcze tu jestem. No to jazda.
Każdej wiosny.
Jedenastej już.
Po deszczu, śniegu, lodzie, błocie, upałach i wszystkim, czym polskie niebo potrafi rzucić, ona ciągle wstaje i robi swoje.
I za każdym razem czuję głupią, czułą wdzięczność aż w piersi.
Nie dlatego, iż to kosiarka.
To dowód.
Dowód, iż coś starego i nieidealnego ciągle może być.
Że wytrwałość wcale nie musi być ładna.
Że przetrwać można nie błyskiem, a zawziętością.
Ludzie rzadko mówią o tych cichych zwycięstwach.
Świętuje się spektakularne transformacje.
Nowe auto, nowe mieszkanie, nowe życie.
A prawdziwe zwycięstwa często są mniejsze:
Sprzęt, który nie chce umrzeć.
Człowiek, który mimo wszystko utrzymuje życie w biegu.
Trawnik, który jest skoszony, bo ktośjaznów zdecydował się to zrobić.
Mam pięćdziesiątkę na karku.
Kręgosłup częściej się odzywa.
Cierpliwość krótsza.
Budżet przez cały czas trzeba przeliczać kilka razy na miesiąc.
A kiedy ta kosiarka odpala, stoję, uśmiechnięty jak głupek, dłonie na rączce, włosy w nieładzie, słuchając jej rzężenia, jakby mnie dopingowała.
Ona nie zna mojej historii.
Ale jest jej częścią.
Więc tak.
Kocham tę kosiarkę.
Nie za to, iż jest nowoczesna.
Za to, iż jest wierna.
A w świecie, gdzie tyle rzeczy rozlatuje się na kawałki, wierność to prawdziwy cud. Może czasem zerkam z zazdrością na te nowe cuda, które same liczą trawę, parkują się w cieniu i przesyłają raporty do telefonu. Może choćby myślę, iż przyjemnie byłoby, gdyby jakiś głupi chip przejął na chwilę moje obowiązki. Ale kiedy kładę rękę na rozgrzanej obudowie mojej kosiarki, czuję, iż ona wie, ile to wszystko kosztuje nie w złotówkach, tylko w codziennych, niepozornych wysiłkach i porannych zmaganiach.
Na koniec zawsze zbieram rozrzucone gałęzie, wyganiam kota z grządki, oglądam porządek, który zostaje po tej naszej wspólnej walce. Moja kosiarka odpoczywa w kącie, zmęczona ale dumna, a ja może troszkę też.
Jestem, jaki jestem. Niczego nie udaję. Moje życie nie świeci się jak chrom na nowym SUV-ie, ale trzyma się kupy, jak ta stara kosiarka po zimie. I to mi wystarcza.
W świecie, gdzie wszystko jest wymienialne, niech chociaż jedna rzecz będzie niezłomna. choćby jeżeli to tylko ja i mój zardzewiały, uparty złom na czterech kółkach.
Tak właśnie wygląda zwycięstwo, którego nikt nie zobaczy na Instagramie. I to jest całkiem w porządku.












