„List miłosny do ludzkości”? Recenzja 3. sezonu „Dobrego omenu”

gazetafenestra.pl 7 godzin temu
oficjalny plakat 3 sezonu “Dobry omen”. / Źródło: Amazon MGM Studios

Mianem „listu miłosnego do ludzkości” określony został „Dobry omen”, który w środę 13 maja na Amazon Prime miał premierę swojego trzeciego i zarazem ostatniego sezonu. Po niemal trzech latach od ukazania się drugiej części, a także licznych przeszkodach, serial w końcu doczekał się swojego finału. Czy twórcy stanęli na wysokości zadania?

„Dobry omen” to serial oparty na powieści Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta. Ta wyjątkowa historia opowiada o losach anioła Azirafala i demona Crowleya, którzy łączą siły, aby zapobiec nadejściu końca świata. Pierwszy sezon pokochało miliony fanów za swój komediowy klimat i niezwykle charyzmatycznych bohaterów, którzy w dość niezgrabny sposób próbują powstrzymać Armagedon. Kontynuacja w postaci drugiego sezonu cieszyła się nie mniejszą popularnością, zwłaszcza, iż więcej czasu poświęcono demonowi i aniołowi oraz ich zawiłej relacji. Po cliffhangerze, na jakim zatrzymała się akcja, fani z niecierpliwością wyczekiwali finałowej serii. Jednak latem 2024 roku dalszy los projektu stanął pod znakiem zapytania. Wokół Neila Gaimana, osoby wówczas odpowiedzialnej za scenariusz serialu, wybuchł skandal związany z oskarżeniami o napaści seksualne. Amazon Prime Video zdecydowało się wstrzymać prace na planie, co wywołało rozgoryczenie wśród widzów. Ostatecznie, aby umożliwić ukończenie historii, którą pokochały miliony, Gaiman podjął decyzję o całkowitym odsunięciu się od produkcji. W efekcie, zamiast pierwotnie planowanych sześciu odcinków, trzeci sezon został drastycznie skrócony. Finalnie powstał jeden pełnometrażowy odcinek filmowy, bazujący głównie na pomysłach, które Gaiman i Pratchett omawiali jako sequel książki jeszcze przed śmiercią tego drugiego.

Walka z czasem

Fabuła trzeciego sezonu w reżyserii Rachel Talalay ponownie koncentruje się na możliwym końcu świata, a także na relacji Azirafala i Crowleya. Uwielbiani przez publikę bohaterowie znów łączą siły, by zapobiec zagładzie. Niestety, podczas oglądania czuć, iż twórcy stoczyli nierówną walkę z ograniczeniem czasowym. Wątki powiązane z Apokalipsą, Piekłem i Niebem w poprzednich dwóch sezonach rozwijały się powoli. Widzowie mogli poznać znacznie więcej szczegółów dotyczących funkcjonowania tych instytucji i zobaczyć, jak wyglądały „przygotowania” do apokalipsy. Tutaj zostało to jednak skrócone do niezbędnego minimum, co pozostawia pewien niedosyt. Dostaliśmy zaledwie kilka krótkich scen z Nieba i Piekła, a o nadchodzącym końcu prawie niczego się nie dowiedzieliśmy. W wyniku tej kondensacji zabrakło także miejsca na charakterystyczne dla „Dobrego omenu” liczne humorystyczne wstawki z wachlarzem pozornie nieistotnych scen. To właśnie te sceny zawsze były tak uwielbiane przez widzów, bo to one umożliwiały dogłębne zrozumienie relacji między postaciami i motywacji ich działań. Tym razem zabrakło ciekawych historii z przeszłości, które zawsze pozwalały dowiedzieć się czegoś nowego o bohaterach. Przedstawiono nam natomiast nowe postaci, których choćby nie mieliśmy okazji bliżej poznać. Zdecydowaną większość czasu poświęcono losom głównej pary bohaterów. Co prawda, szczególna więź łącząca tę dwójkę od początku stanowiła niezwykle istotną część opowieści. Sama oczekiwałam, iż w finale nasz ukochany duet znajdzie się na pierwszym planie. Jednak w poprzednich dwóch sezonach równolegle rozwijano fabułę, a ta relacja była w nią wpleciona. Wiele wątków aż prosi się o rozwinięcie, do którego finalnie nie dochodzi. Szczególnie odczuwalne staje się to podczas oglądania scen z Jezusem, którego historii nie poświęcono wystarczająco czasu, mimo iż był jednym z ważniejszych postaci. Z kolei na innych wątkach niepotrzebnie się skupiono – na samym początku jesteśmy świadkami przygody głównych bohaterów z gangsterem. Oczywiście, te sceny są zabawne, jednak finalnie nie wnoszą niczego do fabuły, a zabierają tak cenny w tej produkcji czas. Akcja toczy się zdecydowanie szybciej niż w dwóch poprzednich częściach, co momentami uniemożliwia widzowi złapanie oddechu. Mam wrażenie, iż twórcy nie byli w stanie zachować odpowiednich proporcji. Próbowali zawrzeć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, przez co ani kwestia końca świata, ani sprawy głównych bohaterów nie zostały wystarczająco rozwinięte.

Ograniczony budżet

Twórcy zmuszeni byli pracować nie tylko pod presją czasu, ale także ze znacznie mniejszym budżetem. Poprzednie sezony serialu przyzwyczaiły widzów do rozmachu. Akcja niejednokrotnie przenosiła się do ubiegłych epok m.in. Starożytnego Rzymu czy czasów rewolucji francuskiej. W finałowym odcinku wydarzenia zamknięto w zaledwie kilku kluczowych lokalizacjach, głównie w księgarni Azirafala znajdującej się w Soho. Wszystko wskazuje na to, iż przez utrudnienia zrezygnowano z dotychczas rozbudowanych wątków postaci drugoplanowych, w które wcielały się wielkie gwiazdy. Idealny przykład stanowi postać Metatrona grana przez Dereka Jacobiego. Bohater ten pojawił się w zaledwie kilku krótkich scenach, mimo iż z zakończenia drugiego sezonu wynikało, iż prawdopodobnie odegra istotną rolę w dalszej części serialu. W wyniku cięć budżetowych ucierpiała również jakość samej produkcji. „Dobry omen” zawsze kojarzył się z trochę kiczowatą, ale za to widowiskową estetyką biblijnych cudów. Niektóre efekty pojawiające się w trzecim sezonie niestety wyglądają na niedokończone i tanie. Część fanów dopatrzyła się niedociągnięć np. zauważyli, iż w okularach Crowleya w jednej scenie odbija się green screen. Oczywiście, biorąc pod uwagę, w jakich warunkach pracowali twórcy, efekty te są zadowalające, jednak wyraźnie odstają od jakości poprzednich serii. Podkreślić należy natomiast fakt, iż gdyby twórcy upierali się przy sześciu odcinkach i pełnym budżecie, „Dobry omen” nigdy nie doczekałby się swojego finału.

Aktorzy nie zawiedli

Mimo iż twórcy zmuszeni byli do wielu kompromisów, gra aktorska pozostała jak zwykle najmocniejszym elementem serialu. Już od pierwszego sezonu występy Michaela Sheena (wcielającego się w rolę Azirafala) oraz Davida Tennanta (grającego Crowleya) były bardzo pozytywnie oceniane. Chemia między nimi stanowiła fundament historii, a w finale osiąga ona swój absolutny zenit. Z racji, iż większość fabuły skupiała się na tej dwójce, aktorzy musieli wykonać tytaniczną pracę. Michael Sheen doskonale oddał powściągliwość oraz ukrył emocje pod fasadą uśmiechu i dobrych manier, co tak wyróżnia Azirafala. Aktor genialnie wykorzystuje mikroekspresję do przekazania widzom prawdziwych odczuć anioła, który w trudnych momentach stara się stwarzać pozory opanowania. David Tennant z kolei gra niezwykle ekspresywnie, wykorzystując przy tym całe ciało. Aktor bardzo dokładnie prezentował zmęczenie, zrezygnowanie oraz ból odczuwane przez demona. Jest to tym bardziej imponujące, iż postać, w którą się wciela przez większość czasu nosi ciemne okulary, niemal całkowicie zasłaniające jej oczy. Tennant świetnie gra mową ciała, a także głosem – raz bohater jest niezwykle sarkastyczny i ironicznie przeciąga samogłoski, a w innych scenach jego głos cichnie i schodzi do chropowatego szeptu. W scenach, gdzie Crowley nie nosi okularów, aktor znakomicie oddaje porażające spojrzenie pełne sprzecznych emocji. Tennant i Sheen musieli wykazać się jeszcze większym niż dotychczas zaangażowaniem, gdyż to adekwatnie na ich barkach spoczywał ciężar sukcesu tej produkcji. Dialogi między postaciami zostały niestety dość słabo napisane. Aktorzy musieli więc wykorzystać każdą sekundę, aby jak najlepiej oddać złożoność i specyfikę relacji między głównymi bohaterami. Stosunkowo ubogie kwestie wymagały oparcia całego napięcia na mikroekspresji, spojrzeniach i tonie głosu. Tennant i Sheen wywiązali się jednak znakomicie z tego zadania przekazując jeszcze więcej emocji bez wypowiadania słów, dzięki czemu każda wspólna scena z ich udziałem trafiała do widza. Aktorzy drugoplanowi również nie zawiedli. Przykładowo Doon Mackichan świetnie odegrała rolę Michaela – postaci, którą w tym sezonie mieliśmy okazję zobaczyć w nieco innej odsłonie. Aktorka perfekcyjnie oddała korporacyjny cynizm, a poziom jej gry był na tyle wysoki, iż zdołał przyćmić produkcyjny chaos. Gdyby nie ogromny wysiłek i zaangażowanie aktorów ten skrócony finał stałby się jedynie średnio udanym zamknięciem historii.

Wielkie rozczarowanie?

„Dobry omen” to historia, którą pokochały miliony fanów na całym świecie, dlatego nikogo nie dziwi fakt, iż nieco kontrowersyjne zakończenie wywołało silne i skrajne emocje. Od premiery drugiego sezonu widzowie spekulowali nad możliwym zamknięciem . Znaczna część widowni oczekiwała, iż finałowy sezon skoncentruje się na relacji demona i anioła. Mimo iż tak rzeczywiście się stało, wielu widzów było wręcz rozgoryczonych faktem, w jaki sposób napisano interakcje między tymi bohaterami, jakie kwestie poruszyli oni w dialogach, a o jakich fundamentalnych sprawach choćby nie wspomniano. Największe kontrowersje wzbudziło jednak samo zakończenie, które dla znacznej części odbiorców, w tym również dla mnie, okazało się rozczarowujące. Te wysokie oczekiwania wynikały w dużej mierze z promocji serialu. Relacja Azirafala i Crowleya stanowiła drugorzędny wątek w całej historii, jednak Amazon Prime Video podjął decyzję, aby zarówno przy promocji drugiego, jak i trzeciego sezonu, skupić się głównie na tym aspekcie. Posty publikowane z okazji premiery niemal wyłącznie ograniczały się do postaci demona i anioła, sugerując, iż zobaczymy znacznie więcej bliższych interakcji między nimi. Finalnie, pozostało tam zbyt wiele niedopowiedzeń. Co więcej, wiele zachowań i kwestii, szczególnie głównych bohaterów, zostało odebranych jako kompletnie do nich nie pasujących. Wybory przez nich dokonane wydają się niezrozumiałe, gdyż nie zostało pokazane, w jaki sposób doszli oni do określonych wniosków i zdecydowali się podjąć takie, a nie inne decyzje. Ponadto, niezwykle rzuca się w oczy zmiana nastroju względem poprzednich części. Atmosfera w finale jest dużo bardziej ponura, a czasami wręcz depresyjna. Serial wcześniej miał zdecydowanie bardziej pozytywny klimat i rzadko decydowano się na trwałe uśmiercanie postaci czy też ukazywanie ich cierpienia. Tym razem nie tylko wyeksponowano cierpienie bohaterów, ale także wprowadzono wątek morderstwa. Nagromadzenie negatywnych i smutnych wydarzeń w tak krótkim czasie wywołuje przygnębienie. Zdecydowanie nie takie odczucia powinien mieć widz oglądając komedię, a właśnie tym z założenia był „Dobry omen”.

„List miłosny do ludzkości” – takiego i podobnych określeń użyli recenzenci oraz fani, opisując serial. Sama również w ten sposób scharakteryzowałabym tę produkcję. Główni bohaterowie, mimo iż sami nie byli ludźmi, pokochali ludzkość, którą otaczali się przez tysiąclecia. To właśnie ta miłość zdaje się determinować ostateczny wybór demona i anioła. Niemniej jednak, uważam, iż to zakończenie nie było odpowiednie dla tego serialu. „Dobry omen” to komedia, której bohaterowie zawsze wychodzą z tarapatów nabierając Niebo i Piekło. Finalna decyzja Azirafala i Crowleya zwyczajnie pozbawiona jest sensu i gryzie się z poprzednimi częściami. Trzeci sezon zdecydowanie nie należy do udanych, co jest głównie wynikiem wcześniej omówionych ograniczeń. Zarzuty podnoszone przez fanów są jak najbardziej zasadne, zwłaszcza te dotyczące nieścisłości w fabule, gdyż wywołują one wrażenie, jak gdyby finałowa produkcja nie została dokładnie przemyślana. Mimo znakomitej gry aktorskiej i wielkiego zaangażowania Davida Tennanta i Michaela Sheena, całość wypada raczej słabo, a na pewno zdecydowanie gorzej niż poprzednie serie. Zabierając się za oglądanie trzeba pamiętać, iż słodko-gorzkie zakończenie z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak wspomnienie o tym serialu niewątpliwie zostanie ze mną na długo. Mimo licznych wad finału, nie żałuję, iż zdecydowałam się obejrzeć „Dobry omen” i dałam się wciągnąć w tą niesamowitą historię o aniele i demonie, a przede wszystkim o nas – ludziach.

Roksana ŚWIĘTOCHOWSKA

Idź do oryginalnego materiału