Mam ze Sorrentino skomplikowaną relację. Z jednej strony uwielbiam jego kino – melancholijną elegancję, estetykę kadrowania, obsesję na punkcie przemijania i egzystencjalnych kryzysów. Z drugiej – dokładnie te same cechy potrafią być jego największymi wadami, kiedy wykonuje je z przesadną pompą. Oni byli piękni, ale momentami tak przekombinowani, iż gubili się we własnym przepychu. Bogini Partenope próbowała czegoś nowego, ale wyszło z niej coś naciąganego i nieprzekonującego. Mimo to wracam do jego filmów. Bo kiedy Sorrentino trafia – a dzieje się to często – robi kino, które potrafi rozłożyć na łopatki. Wielkie piękno wspaniale łączy ze sobą elementy wizualnego zachwytu i egzystencjalnych nokautów. Młodość pokazała, iż można rozmawiać o starości bez patosu, z ironią i czułością zarazem. I teraz La Grazia – powrót do tej formy, którą Sorrentino zna najlepiej.
Mariano De Santis (Toni Servillo w swojej siódmej współpracy z Sorrentino) to mężczyzna u kresu drogi. Nie tylko politycznej – kończy się jego kadencja jako prezydenta – ale przede wszystkim egzystencjalnej. Jest wdowcem, katolikiem, prawnikiem z krwi i kości. Przylgnął do niego przydomek „Cemento Armato” – Żelbeton – za swój nieugięty charakter i polityczny immobilizm. Pod tą betonową fasadą kryje się człowiek rozdarty wątpliwościami, lękiem przed śmiercią i niezdolnością pogodzenia się z przeszłością. Szczególnie z jedną, bolesną prawdą: został zdradzony przez zmarłą już żonę, czego bohater nie może jej wybaczyć.
Film ukazuje De Santisa w ostatnich miesiącach urzędowania, kiedy musi podjąć trzy najważniejsze decyzje: podpisać kontrowersyjną ustawę o eutanazji oraz rozpatrzyć dwa wnioski o ułaskawienie osób skazanych za zabójstwo swoich partnerów. Te dylematy moralne stają się pretekstem do głębszej analizy postaci – człowieka, który całe życie poświęcił prawu, zasadom i porządkowi, a teraz musi zmierzyć się z tym, iż niektóre pytania nie mają jednoznacznych odpowiedzi, a łaska, miłosierdzie i sprawiedliwość czasem się wykluczają. To jedna z najciekawszych postaci, jakie Sorrentino stworzył. De Santis nie jest ani czarujący jak Jep Gambardella z Wielkiego piękna, ani teatralnie dekadencki jak Silvio Berlusconi z filmu Oni. Jest stonowany, zmęczony, niemal przezroczysty – jak gdyby ktoś powoli wymazywał go z rzeczywistości. I to właśnie Toni Servillo sprawia, iż ta postać żyje. Gra mikroekspresjami – zmęczonym wzrokiem, lekkim drżeniem ust, sposobem, w jaki patrzy w przestrzeń, jakby szukał tam odpowiedzi, których nigdy nie znajdzie. Servillo nie mówi zbyt wiele, ale jego milczenie jest pełne znaczeń. To rola skrojona na miarę aktora, który wie, jak grać przemijanie bez patosu i sentymentalizmu.
Kadr z filmu „La Grazia” / Gutek FilmWokół prezydenta krąży galeria postaci pobocznych – córka-asystentka, która jest jego jedynym powiernikiem, przyjaciółka zmarłej żony, która wie, kto był kochankiem, ale odmawia ujawnienia nazwiska, ministrowie, doradcy, a choćby papież. Wszystkie te postacie są świetnie zagrane, ale ostatecznie ich wątki są jedynie wymówką, żeby dogłębniej przeanalizować De Santisa. Film nie skupia się przesadnie na ich życiu – pokazuje, jak postrzega je główny bohater, jak używa ich jako luster dla własnych rozterek. To kino skoncentrowane na jednym człowieku i jego wewnętrznym konflikcie.
Jednocześnie La Grazia to obraz o odchodzącej wizji demokratycznego polityka dawnej szkoły. Chrześcijański demokrata, który rozważnie oceni wszystkie „za i przeciw”, jest stonowanym biurokratą i chce dobra obywateli – to relikt z przeszłości, zanikający gatunek w świecie populistycznych krzykaczy i polityków-celebrytów. Film nie robi z tego głównego wątku – polityka jest raczej tłem dla przemyśleń o minionych latach i niepewnej przyszłości – ale komponuje się to świetnie z tematyką przemijania. De Santis to dinozaur, który wie, iż jego era dobiega końca i zastanawia się, czy cokolwiek po nim zostanie.
Estetycznie Sorrentino znów tworzy jak z obrazka, tylko tym razem – mniej przekombinowanego, mniej teledyskowego niż w filmie Oni. Kadry są piękne, ale bardziej stonowane. Pałace prezydenckie i urzędowe sale – wszystko wygląda jak z albumu fotograficznego, ale nie ma tu tej ostentacyjnej barokowości, która czasem irytowała w poprzednich filmach. Reżyser pozwala obrazowi oddychać, i spowalniając, daje przestrzeń milczeniu. Jest tu coś z Młodości – ten sam rodzaj melancholijnej elegancji, tyle iż bez alpejskich krajobrazów.
Kadr z filmu „La Grazia” / Gutek FilmFilm nie jest idealny. Niektóre sceny błądzą, gubią się we własnej kontemplacyjności, jakby Sorrentino nie bardzo wiedział, dokąd zmierza – ale szczerze? To też część uroku jego stylu. Pozwala sobie na moment zagubienia, na chwilę niepewności. I w sumie pasuje to do postaci De Santisa – człowieka, który sam błądzi po korytarzach swojego pałacu i własnej psychiki, szukając odpowiedzi, których może nigdy nie znajdzie. Ta narracyjna mglistość nie frustruje – raczej hipnotyzuje.
La Grazia to powrót Sorrentino do formy. Powrót do tego, co robi najlepiej, czyli analizy dojrzałych mężczyzn, którzy zdają sobie sprawę, iż czas im się kończy i próbują jeszcze coś zrozumieć, zanim będzie za późno. To kino dla cierpliwych, dla tych, którzy umieją docenić piękno w powolności i głębię w milczeniu. jeżeli potrafi się wybaczyć reżyserowi jego estetyczne maniery, dostaje się drugą najlepszą (po Wielkim Pięknie) produkcję w karierze Sorrentino. Świetne aktorstwo, mistrzowskie operatorstwo, inteligentne wykorzystanie symboliki – to składa się na dzieło warte obejrzenia.















