Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. Defilada, nie festiwal. Piosenka i wojsko rozeszły się na dobre

polityka.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: Luca Mattia Vigilante / Forum


Dziś jak na dłoni widać, iż piosenka i wojsko, kiedyś w państwowym sojuszu, rozeszły się na dobre. Parady obywają się ostatnio bez dodatkowych muzycznych atrakcji. Wielkie słupy z głośnikami wzdłuż stołecznej Wisłostrady wyglądają, jak gdyby ktoś przygotował tę część miasta na gigantyczny festiwal z muzyką. Tymczasem to tylko defilada i nie należy się spodziewać czegoś ponad marsze i orkiestry wojskowe. Bo chociaż zbroimy się na potęgę – hasło wydarzenia „Polska SAFE – Bezpieczna Polska” o tym przypomina – to nie próbujemy już budować wokół wojska opowieści kulturalnej.

Ciągle rzecz jasna odreagowujemy czasy, gdy w świecie polskiej estrady pisano na zamówienie armii. Do 1989 r. w Kołobrzegu podczas Festiwalu Piosenki Żołnierskiej – opisywanego kilka lat temu przez Bartosza Żurawieckiego w książce „Festiwale wyklęte” – odbywały się poważne piosenkowe premiery i debiuty. Dzięki wyróżnieniom na tej organizowanej w lipcu (mniej więcej w porze dzisiejszego Open’era) imprezie kariery zrobiły Małgorzata Ostrowska i Krystyna Giżowska. Główną nagrodę (Złoty Pierścień) wyśpiewała tu „Czerwonym słoneczkiem” grupa 2 plus 1. A później Krzysztof Krawczyk – utworem o tym, iż piosenka jest dla wojska „chlebem powszednim”.

Były to spotkania najwyższej wagi. Kiedy Maryla Rodowicz wykonywała w 1972 r. „Powołanie (gdy piosenka szła do wojska)”, to nie tylko śpiewała ją cała Polska (jak w refrenie), ale podczas sesji grała cała śmietanka najwybitniejszych postaci polskiej sceny. Tomasz Stańko na trąbce, Zbigniew Hołdys na gitarze, Włodzimierz Nahorny na saksofonie i flecie, Aleksander Bem na bębnach.

Idź do oryginalnego materiału