Na Apple TV debiutuje dziś 6. sezon serialu „Kulawe konie”, a my widzieliśmy przedpremierowo wszystkie nowe odcinki i jesteśmy zachwyceni. Powody takiego stanu rzeczy znajdziecie poniżej.
Kolejny rok, kolejne „Kulawe konie„. Hicior Apple TV jest nie tylko jednym z tytułów, które wracają do widzów co sezon. To przede wszystkim serial, który – przy ekstremalnie szybkim tempie pracy – jakimś cudem w ogóle nie traci na jakości. Wręcz przeciwnie; w przypadku odcinkowej adaptacji książek Micka Herrona można by powiedzieć, iż tendencja jest raczej zwyżkowa. Czy zatem debiutujący dziś 6. sezon jest najlepszym do tej pory?
Kulawe konie sezon 6 – co nowego? Mrok i lista śmierci
Na przełomie września i października w internecie może pojawić się sporo takich głosów. Sam po trzykrotnym (sic!) seansie wszystkich odcinków jeszcze nie zdecydowałem, gdzie uplasowałbym w osobistym rankingu „szóstkę”, ale jednego jestem pewien: nowa odsłona „Kulawych koni” jest bez dwóch zdań tą najbardziej mroczną. Opowieść rozpoczyna się makabrycznym morderstwem, a z czasem trupów jedynie przybywa.
„Kulawe konie” (Fot. Apple TV)6. sezon oparto na dwóch książkach (to pierwsza taka sytuacja w serialowej chronologii) – „Joe Country” i „Slough House”, czyli tomach nr 6 i 7. Ekipa zarządzana przez Gaby Chiappe („Vera”, „The Level”) po odejściu showrunnera Willa Smitha skupiła się jednak przede wszystkim na ostatniej z powieści. Widzom zaznajomionym z jej treścią powinny przejść ciarki po plecach. To bowiem pozycja, która miesza w strukturach Slough House zdecydowanie najbardziej.
Powód? Zacznijmy od tego, iż nazwiska i wszelkie dane podopiecznych Jacksona Lamba (Gary Oldman) zostały z dnia na dzień usunięte z systemu danych MI5. Jest to o tyle podejrzane, iż ktoś wziął sobie za cel byłych członków Slough House i kwestią czasu pozostaje to, kiedy lista śmierci dotrze do tych, którzy spokojnej emerytury wyczekują w szpiegowskim czyśćcu na Aldersgate Street.
Kulawe konie sezon 6, czyli bohaterowie w potrzasku
Nasz mistrz wywiadowczego fachu o aparycji menela spod Tesco zarządza stan kryzysowy: jego przegrywy muszą zapaść się pod ziemię. I to najlepiej na tyle skutecznie, by nikt – nawet, a może raczej zwłaszcza, Diana Taverner (Kristin Scott Thomas) zajmująca od dzisiaj Pierwsze Biurko – nie był w stanie prześledzić ich ostatnich kroków. Jak możecie się domyślać, nie będzie to najłatwiejszy kryzys w historii kryzysów Slough House.
„Kulawe konie” (Fot. Apple TV)Wciąż cierpiący na kompleks Jamesa Bonda River (Jack Lowden, który niebawem może stać się bohaterem najbardziej pokrętnego castingu w historii kina – albo i nie, bo Oldman zdążył wycofać się ze swoich komentarzy) ma na boku swoje własne prywatne problemy, Catherine (Saskia Reeves) mocniej niż zwykle walczy z perspektywą dna butelki, a niektórzy – obracając o 180 stopni trend umierających „kulawych koni” – dosłownie powracają do żywych. Tak, jeżeli widzieliście zwiastun, to wiecie, iż do fabuły wraca Sid Baker (Olivia Cooke).
W niezwykle podejrzany sposób z listą śmierci zbiega się jeszcze jeden najważniejszy powrót. Na końcu 1. odcinka pojawia się nieuchwytny Frank Harkness (Hugo Weaving), wobec czego możecie spodziewać się, iż przesunięta w czasie ojcowsko-synowska konfrontacja wreszcie się dokona. O tym, w jakich okolicznościach i na jakich warunkach będzie miała miejsce, nie śnił choćby sam Stary Drań (Jonathan Pryce).
Żeby było jasne: fabularny mrok podkreślany przez stłumione światło czy posępne kompozycje muzyczne bynajmniej nie odbiera charakteru, który oddziela serial Apple TV grubą kreską od reszty – zdecydowanie poważniej traktujących się – tytułów szpiegowskich. To wciąż błyskotliwa czarna komedia z jedynym w swoim rodzaju Jacksonem Lambem rzucającym finezyjnymi inwektywami równie często co soczystymi pierdami. Zmiana u steru wcale nie spowodowała, iż „Kulawe konie” zboczyły z kursu; jeżeli już, to trasa jest bardziej wyraźna niż kiedykolwiek.
Kulawe konie sezon 6 – czy to najlepsza odsłona?
6. sezon to cała masa wybornych decyzji kreatywnych – zarówno tych wziętych bezpośrednio z książki, jak i przeinaczonych względem pierwowzoru. W nowej, nieco bardziej zrównoważonej (a może i nie) odsłonie doskonale sprawdza się J.K. Coe (Tom Brooke), a po kilku odcinkach na jednego z ulubieńców fanów bezdyskusyjnie wyrośnie Lenny Rush („Doktor Who”). Jego sceny z Oldmanem – w tym konkurs na puszczanie bąków – to natychmiastowe klasyki.
„Kulawe konie” (Fot. Apple TV)Ale nie samym prykaniem żyje człowiek. W nowej porcji odcinków nie brakuje również wątków z gatunku tych dojrzałych – obok zasugerowano kilka akapitów wcześniej motywu ojcowskiego (ukazanego w 6. sezonie z kilku intrygujących perspektyw), pod lupę trafi także matka wywiadu. Nieosiągalny szczyt Lady D. wreszcie został osiągnięty, a fabuła pokaże nam polityczne fikołki, które trzeba robić, by z niego nie spaść.
Oprócz tego przed wami najbardziej spektakularny finał, jaki widziały „Kulawe konie” do tej pory. Bez wchodzenia w szczegóły zdradzę wam, iż zostawimy w nim Londyn na rzecz nadmorskiej prowincji, która w ostatnich minutach – bardziej niż spokojną wakacyjną miejscowość – będzie przypominała istne pobojowisko. Możecie zacząć zakładać się ze znajomymi fanami, kto straci życie, bo – jak już wspomniałem – trup ściele się gęsto.
Bez względu na to, czy nowa odsłona zostanie gremialnie uznana za tą najlepszą, po finale dyskusja niewątpliwie sprowadzi się do jednego. Twórcy szpiegowskiego przeboju Apple TV rzadko kiedy bawią się w cliffhangery, ale kiedy już zdecydują się na jeden, to jest on taki, iż szczęka opada. Czekam na wasze reakcje, a ja na pewno obejrzę 6. sezon po raz czwarty. Kolejny rok, kolejne doskonałe „Kulawe konie”.


















