„Krzyk 7” – dobry slasher, średni „Krzyk” [RECENZJA]

filmawka.pl 18 godzin temu

Od kiedy oryginalna trylogia dobiegła końca, Krzyk przyprawia fanów o dreszcze przed każdym kolejnym powrotem. To nie jest byle slasher. Wymaga wiedzy o gatunku, by zrozumieć wszystkie ukryte w nim niuanse, a przez to jest bardziej podatny na potknięcia, co dobitnie pokazała „trójka”. Tym razem obawy namnażały się również ze względu na liczne przeszkody spoza scenariusza i chociaż twórcom udało wybronić, wyszli z tego starcia mocno poturbowani.

Siódmy Krzyk w założeniu miał zamknąć trylogię o przekazaniu pochodni siostrom Carpenter z rąk Sidney Prescott. Te okazały się rzadkim przypadkiem nowych bohaterek wprowadzonych do starej serii w taki sposób, iż fani od razu przyjęli je do „rodziny”. Scenariusz był gotowy, zdjęcia miały zaraz ruszać i… wszystko się posypało. Wytwórnia, bez informowania o tym reżyserów, zwolniła Melissę Barrerę, ze względu na jej propalestyńskie komentarze (powodu decyzji można się domyślić po sprawdzeniu, kto zarządza Paramountem), Jena Ortega zrezygnowała dzień później, a do tego pracę nad filmem porzucił także reżyser Christopher Landon, któremu grożono w Internecie śmiercią.

Kadr z filmu „Krzyk 7” / Forum Film Poland

W akcie desperacji nakłoniono Neve Campbell do ponownego wcielenia się w Sidney (wcześniej odmówiła ze względu na propozycję niskiego wynagrodzenia), fabuła przeszła gruntowną przebudowę, a reżyserii podjął się Kevin Williamson. Człowiek związany z Krzykiem od początku, ale z niewielkim doświadczeniem w roli, która mu przypadła (wcześniej reżyserował jedynie niezbyt udaną czarną komedię Jak wykończyć Panią T.?). Jak na produkcję z tak wieloma problemami, rezultatem okazał się być całkiem solidny slasher, ale za to tylko średni kolejny Krzyk.

W nowym planie wykorzystano najbezpieczniejszy z możliwych motywów – „powrót do korzeni”. Niby to wysłużony schemat, ale przecież igranie z kliszami jest immanentną cechą filmów z tej serii, a to od razu wzbudziło podejrzenia, iż być może jesteśmy wodzeni przez twórców za nos i niedługo spotka nas zaskakująca wolta. Niezupełnie tak się dzieje, niemniej Williamson i Busick (już jako jedyny scenarzysta) doskonale wiedzą, iż mogą sobie pozwolić na przewidywalność, o ile podkreślą jej celowość. W scenie w knajpie ujawniają wręcz, jak ten mechanizm działa. Jedna z postaci wydaje się tak oczywistym podejrzanym, iż próby rozgryzienia jej spełzają na niczym, bo nie sposób stwierdzić, czy tak łatwe rozwiązanie trzeba z miejsca wykluczyć, czy właśnie dlatego służy mordercy za idealny kamuflaż. Takim językiem Krzyk powinien przemawiać. Językiem wewnętrznych dyskusji, kontrargumentacji i podważania porządku światów fikcji i prawdy, których granica jest tak cienka, iż nie da się jej gołym okiem wypatrzeć. Niestety to nie jest język siódmego Krzyku.

Nieliczne metakomentarze choć mają tę samą ostrość, co zawsze, przypominają bardziej teorie horrorowych maniaków z Letterboxda, niż zwartą wizję ugruntowującą motywacje poszczególnych bohaterów i bohaterek. Są oderwane od szerszego kontekstu, pełnią funkcję ciekawostek, a nie istotnych składników fabuły. Takie wrażenie sprawia zresztą cały ten pocięty i na nowo pozszywany scenariusz, którego największym problemem jest brak pomysłu na zespolenie kluczowych, kulminacyjnych scen. Jest jakieś widowiskowe morderstwo, jakaś nowa poszlaka, migawka z rodzinnego dramatu, a pomiędzy nimi karkołomna walka o to, by znaleźć między nimi wspólny mianownik. Nietrudno się domyślić, iż to efekt zmian wprowadzonych po odejściach z obsady Ortegi i Barrery, może jednak twórcy nie powinni byli się spieszyć i dłużej szlifować nowy koncept?

Kadr z filmu „Krzyk 7” / Forum Film Poland

Otwierająca, naszpikowana nostalgią scena, z obowiązkowym inicjującym działalność kolejnego Ghostface’a morderstwem, napawa jeszcze optymizmem. Nastrój, tempo, samoświadomość – wszystko jest na swoim miejscu i pozostaje na nim w pierwszej fazie opowieści o Sidney i jej rodzinie – córce Tatum (Isabel May) i mężu Marku (Joel McHale). Kto pamięta dwudziestotrzyletnią Campbell pojawiającą się na licznych okładkach czasopism typu „Bravo” w 1996 roku, na pewno z łezką w oku będzie obserwował, jak wychowuje teraz nastolatkę i walczy ze znacznie większymi problemami, niż zdemaskowanie kolejnego mordercy. Wątek wielopokoleniowej traumy w slasherze o wiele ciekawiej przerobił wprawdzie David Gordon Green w swojej trylogii Halloween, ale dziarska Sidney w trybie późnej Laurie Strode (albo Sary Connor czy Ellen Ripley z sequeli ich kultowych serii) jest postacią, na której można oprzeć kilka kolejnych części. Może choćby zbyt silną, bo wszystkie inne przy niej bledną.

Im dalej, tym coraz mniej składa się to wszystko w sensowną całość. Na niektóre wybryki łatwiej przymknąć oko (ogromna siła fizyczna potrzebna do stworzenia „ludzkiego nalewaka do piwa” każe podejrzewać, iż pod maską kryje się Dwayne Johnson), innych nie sposób zbagatelizować. Chciałoby się docenić na przykład refleksję na temat zagrożeń związanych ze stosowaniem sztucznej inteligencji i deep fake’ów, ale ta okazuje się zbyt powierzchowna i pozbawiona treści (poza jednorazowym stwierdzeniem, iż „przyniesie zagładę ludzkości”). Służy jedynie pompowaniu jeszcze większych pokładów nostalgii.

Podobną funkcję pełni Gale Weathers (Courteney Cox). Pojawia się ex machina i kilka więcej ma później do roboty. choćby scena z wyczekiwanym od prawie trzydziestu lat wywiadem z Sidney okazuje się zaskakująco płaska, pozbawiona emocji i zbędna. Jeszcze mniej szczęścia mieli nowi pomocnicy dziennikarki – Mindy (Jasmin Savoy Brown) i Chad (Mason Gooding). W poprzednich dwóch częściach ważne postacie – tutaj istnieją tylko po to, by przypominać, iż do poprzednich wydarzeń doszło naprawdę, a nieobecność sióstr Carpenter nie oznacza wymazania ich z kanonu. Ze wszystkich tych wycieczek w przeszłość najbardziej cieszy ponowne usłyszenie Red Right Hand Nicka Cave’a. Przynajmniej tutaj nie słychać fałszu.

Kadr z filmu „Krzyk 7” / Forum Film Poland

Na tle większości współczesnych slasherów (od Śmierć nadejdzie dziś przez Park grozy po sequele Nieznajomych) nowy Krzyk wypada solidnie. Sidney motywowana nie tyle dorwaniem kolejnego zamaskowanego mordercy, co chronieniem najbliższych jest wyjątkowo niebezpieczna i zdeterminowana. Nie ma wątpliwości co do tego, iż wciąż jest w stanie dźwigać na swoich barkach losy tej serii. Natrafiła jednak na mur nijakości, a od filmów spod szyldu Krzyk oczekuje się więcej niż fabuły na miarę odcinka Scooby’ego-Doo, pozbawionych osobowości drugoplanowych postaci i kiepskich zdjęć. Ghostface to wyjątkowa postać w świecie slasherów, bo pod tą charakterystyczną maską nie kryje się odpowiednik Michaela Myersa, Jasona Voorheesa czy Leatherface’a. Za każdym razem twórcy muszą nadać mu charakter i napełnić tożsamością, a w tym przypadku wydaje się, jakby pod kapturem zionęła jedynie pustka. A może meta-Krzyk sam w sobie stał się już schematem, więc nie dało się zrobić z nim niczego bardziej zaskakującego od zrównania go do poziomu przeciętności? Oby jednak do pracy nad „ósemką”, która niewątpliwie powstanie przy tak solidnym box office, zaproszono kogoś, kto zachwyci świeżością spojrzenia. Chociażby braci Philippou.

Duży minus należy zapisać dodatkowo na konto polskiego tłumaczenia dialogów. Takiego nagromadzenia makaronizmów jeszcze nie widziałem, a już o absurd zakrawa przetłumaczenie „killer” na… „kiler”. Nie wiem, czy to niekompetentnie wykonana praca, czy nieudolna próba posługiwania się „młodzieżowym językiem”, ale po cichu trzymałem kciuki za to, żeby tylko Tatum w kłótni z matką nie krzyknęła nagle „Skibidi” albo „six seven”. Na szczęście autor/ka tłumaczenia aż tak daleko się nie posunął/ęła , ale zdarzyły się takie kwiatki jak fonetycznie zapisany „krindż” , choć nikt go w oryginale nie wypowiedział. Czyli tłumaczenie z angielskiego na angielski? No chyba, iż tutaj również skrywa się jakaś meta-wartość zrozumiała tylko dla nielicznych.

Korekta: Magda Wołowska

Idź do oryginalnego materiału