Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa (2020), Blef doskonały (2021), Nie cudzołóż i nie kradnij (2022), Wieczór ka… – może nie będę kontynuować tej wyliczanki, tylko wyjaśnię, czemu ma ona adekwatnie służyć. Wymieniłam właśnie kilka przykładów prób nakręcenia w Polsce kina gatunkowego. Oczywiście, nie są to przypadkowo dobrane tytuły; łączy je szukanie inspiracji u zagranicznych mistrzów (m.in. w sposobie prowadzenia narracji i konstruowania historii), chociażby takich jak Martin Scorsese, Guy Ritchie czy Quentin Tarantino. Gdzie na tym spektrum mieści się Król dopalaczy? Mówi się, iż miał to być polski Wilk z Wall Street (2013), ale dla mnie pobrzmiewają w nim najgłośniej echa Człowieka z blizną (1983) w reżyserii Briana De Palmy. Efekty większości wymienionych wysiłków łatwo wyśmiać i film Pata Howla nie stanowi w tej kwestii wyjątku. Postaram się jednak nad nim nie pastwić, a przynajmniej nie przesadnie, i potraktować tę premierę jako pretekst do rozważań, które można ująć w pytaniu – czemu znowu nam nie wyszło?
Zacznijmy od kulejącej konstrukcji scenariusza. Głównym bohaterem Króla dopalaczy jest dwudziestojednoletni Dawid (Tomasz Włosok), którego poznajemy, gdy pracuje dorywczo za barem w Londynie. W pierwszych scenach filmu chłopak dowiaduje się od jednego z klientów lokalu, czym są dopalacze. Skoro przynęta fabularna została rzucona, Dawid może wrócić do kraju i popaść w konflikt z rodzicami. On planuje bowiem założyć agencję reklamową, a oni chcieliby, żeby zaczął przygotowywać się do prowadzenia rodzinnej piekarni. Spór nie trwa jednak długo, ponieważ ojciec bohatera umiera i chłopak jest zmuszony do zmiany dotychczasowych priorytetów. Okazuje się, iż rodzic zostawił po sobie olbrzymie długi, których spłatą musi zająć się Dawid. Skąd z dnia na dzień wziąć ponad 250 tysięcy złotych? Cóż, wykład o dopalaczach nie poszedł w las.
fot. „Król dopalaczy” / mat. prasowe Monolith FilmsWszystkie opisane powyżej wydarzenia dotyczą pierwszych piętnastu minut produkcji. Twórcy zabijają dramaturgię własnego filmu poprzez punktową ekspozycję i akcję pędzącą na łeb na szyję. Ledwo dowiadujemy się, iż rodzina Dawida ma piekarnię, z którą on nie wiąże przyszłości, a dwie sceny później ojciec jest już w trumnie. Chłopak obiecuje pracownikom zakładu, iż nikt nie straci pracy, a w kolejnej scenie pojawia się komornik. Co więcej, bohater nie podejmuje jakiejkolwiek innej próby rozwiązania spiętrzonych problemów, ale od razu rzuca się w biznes dopalaczowy. Ktoś mógłby stwierdzić, iż celem twórców było ukazanie zaciskającej się pętli na szyi postaci. Same intencje to jednak za mało, gdyż w tym przypadku ma to, zdecydowanie niezamierzony, efekt komiczny.
Problemem jest także wtórność Króla dopalaczy i to nie w jednym, ale w wielu aspektach. Przewidywalne wybory castingowe (pozostali recenzenci wyprzedzili mnie z żartami o Janie Fryczu w roli gangsterskiego starego wyjadacza), spowszedniałe pomysły na wizualną stronę filmu (owszem, nocne zdjęcia i zabawa kolorowymi światłami są miłe dla oka, ale – ile można?!), a przede wszystkim nagromadzenie klisz fabularnych. Wśród skorumpowanej policji musi pojawić się ostatni sprawiedliwy – Lewy (Łukasz Simlat). Mężczyzna pragnie ująć działającego na granicy prawa Dawida, który w zastraszającym tempie zbudował imperium dopalaczowe. Ponadto policjant choruje, ale choćby miał wypluć sobie płuca i zacząć się czołgać, nie ustanie w walce ze złem. Szkoda tylko, iż w filmie Pata Howla – jak zauważa Piotr Guczkowski, z którym się zgadzam – choćby zabawa w kotka i myszkę pomiędzy organami ścigania a Dawidem jest po prostu nudna i niemrawa. Zwłaszcza, iż nad głównym bohaterem czuwa anioł stróż — adwokat (pamiętacie klienta ze sceny w barze?), który potrafi wyciągnąć chłopaka z najgłębszego bagna.
Skoro na ekranie są duże pieniądze i szybkie samochody, to muszą pojawić się także kobiety. Niestety role, które odgrywają kobiece bohaterki w fabule Króla dopalaczy również pozostawiają wiele do życzenia. Małgorzata (Wiktoria Filus) przynależy do dawnego życia Dawida i ma mu przypomnieć, iż zszedł na złą ścieżkę. Paulę (Vanessa Aleksander) natomiast wydaje się kręcić adrenalina bycia w związku z królem dopalaczy i chociaż twórcy mieli na tę postać większy pomysł scenariuszowy (związany z głównym zwrotem akcji filmu), to nie potrafili go umiejętnie zrealizować. Co więcej, to właśnie kobiety stają się reprezentantkami bezlitosnego systemu egzekucyjnego, którego Dawid nienawidzi z całego serca (na hasło „Jebać Urząd Skarbowy” można uzyskać zniżkę na zakup dopalaczy). Zgodnie z logiką patriarchatu, pracowniczki Urzędu Skarbowego muszą być więc starsze, nieczułe, a przede wszystkim – nieatrakcyjne.
fot. „Król dopalaczy” / mat. prasowe Monolith FilmsNajgrubszą kreską została napisana jednak przemiana głównego bohatera. Nieśmiały i pozbawiony charyzmy Dawid nagle przeobraża się w Tony’ego Montanę, który siedzi w wannie, pali cygaro i nie dba o nikogo. „Nagle” jest słowem kluczowym, ponieważ do tej drastycznej przemiany dochodzi niepostrzeżenie. Po części wynika to z pospiesznie prowadzonej akcji i punktowej ekspozycji, a po części z faktu, iż twórcy filmu choćby nie spróbowali uwiarygodnić portretu psychologicznego postaci. Głębia bohatera kończy się więc na rzucaniu banałów pokroju „Jestem zdecydowany, nie będę całe życie uciekać” czy „Chciałem być kimś”.
Michał Piepiórka określa Króla dopalaczy mianem kina kaznodziejskiego i nie mogę się z nim nie zgodzić. W świecie Pata Howla i Katarzyny Samson (scenarzystka i producentka) zabrakło miejsca na niuanse – podczas seansu nie mamy wątpliwości, kto opowiada się po stronie dobra, a kto po stronie zła. Czerń i biel wykreowanej w filmie rzeczywistości najmocniej uwidacznia scena, w której adwokat karci Dawida słowami: „To nie jest zabawka”. Czym chłopak ma przestać się bawić? Figurką Temidy, a żeby być precyzyjniejszą – wagą zawieszoną na jej dłoniach. Widzowie mają zatem przyswoić w kinie swoistą lekcję z zakresu ludzkiej moralności.
Na zadane przeze mnie na wstępie pytanie nie ma oczywiście łatwej (i krótkiej) odpowiedzi. Gdyby spojrzeć na tę kwestię z szerokiej perspektywy, to można by rozpocząć wywód o niemal nieistniejącej tradycji polskiego kina akcji. Rozczaruję wszystkich, ale filmy lat 90. – spod sztandaru Psów (1992) – nie są wystarczającym fundamentem. Stanowią zamknięty w konkretnym okresie społeczno-kulturowym nurt, który nigdy nie doczekał się ani ewolucji, ani ciągłości. Nawiązywanie do zagranicznych produkcji jest więc w pewien sposób uzasadnione. Seans Króla dopalaczy ujawnia jednak problem bezmyślnego, a jednocześnie niechlujnego podążania za amerykańskimi wzorcami.
Korekta: Michalina Nowak

















