Niezwykle rzadko towarzyszy mi uczucie FOMO. Uważam, iż całkiem nieźle wychodzi mi omijanie wszelkich fenomenów z mediów społecznościowych i brak posiadania tego co wszyscy nie wpływa na jakość mojego snu. Jednak zdarza się, iż niemal jednogłośny zachwyt nad jakimś dziełem kultury, w połączeniu z moim niezrozumieniem optymistycznego odbioru, wyczynia z moją głową nieprzyjemne figle. Tak było w przypadku jednej z najnowszych premier Kultury Gniewu, bo choć Krew dziewicy wydawała się niemal skrojona pod moje gusta, poczułem się jak Józio Kowalski z książki Gombrowicza.
W Los Angeles lat 70. znajdziemy wielu facetów podobnych do głównego bohatera – Seymoura. Zbliżający się do trzydziestki imigrant żydowsko-irackiego pochodzenia pracuje jako montażysta i okazjonalny scenarzysta tanich horrorów, pokładając wiarę, iż w Fabryce Snów uda się zrealizować także jego własną wizję. Jednak utrzymanie żony i dziecka zwykle nie idzie w parze z walką o marzenia, przez co Seymour tkwi w nieustającej frustracji i postępującym pracoholizmie. Próżno w tym komiksie szukać triumfów, w które ślepo wierzy protagonista, porzucając po drodze wszystko co winno być mu drogie. Zaczynamy widzieć coraz więcej jego toksycznych i antypatycznych zachowań, jednocześnie nie skreślając go do końca. To po prostu marzyciel, ukształtowany w ten sposób przez fatalne środowisko, które ani myśli o pozwoleniu artyście się rozwijać. Nie ważne, iż przyszłe arcydzieło aż prosi się o realizację. Choć nietrudno odnaleźć podobieństwa między problemami autora i głównego bohatera, niestety Sammy Harkhman nie potrafi porzucać pewnych rzeczy tak łatwo jak Seymour. A wiele wątków aż się o to prosi.
„Krew dziewicy” / wyd. Kultura GniewuJako człowiek, który samemu chciałby zarabiać na opowiadaniu historii (i może choćby być dzięki temu jakoś kojarzony), wiem jak ciężko jest rozstać się ze swoją opowieścią. Przecież w naszym odczuciu jest świetna, prosto z serca i na bank przyciągnie do siebie tłumy odbiorców. Każda linijka dialogowa, wątek poboczny i jej emocjonalny ciężar musi być z nią nierozerwalnie związany. choćby jeżeli powstanie z tego kilka równoległych opowieści, które powinny stać się osobnymi dziełami. Jednak jeszcze przed zagarnięciem złotej statuetki za najlepszy scenariusz oryginalny, nauczyłem się podstawowej rzeczy w procesie twórczej: pokory. Na projekt życia przyjdzie czas. Nieważne jak długo będzie powstawał (stworzenie Krwi… zajęło autorowi 14 lat), ile elementów będzie koniecznie musiał zawierać i jak wspaniały będzie mi się wydawał. Krew dziewicy, gdy jest opowieścią o snuciu opowieści, sprawdza się wspaniale. Jako ironiczny podręcznik o tym jak w długotrwałym procesie twórczym nie stracić ani siebie, ani odbiorcy – tutaj twórcy się nie udało. Jak pozostać wiernym swoim twórczym ideałom, a jednocześnie także tym, którzy trzymają kciuki za nasz sukces. Ale też i o tym, iż czasem trzeba się tych ludzi posłuchać.
Harkhman w pewnym momencie oddaje głos wspomnianym „innym” i znów boleśnie ironiczne, pokazuje sporą wadę swojego dzieła. Odrzuceni przez Seymoura bliscy mają w komiksie swoje własne wątki, które z biegiem lektury stają się coraz bardziej prominentne. Sięgamy m.in. kilka pokoleń wstecz, aby zrozumieć trudną historię rodzinną Idy, żony głównego bohatera, i jak pokoleniowe traumy rzutują na całe jej środowisko. Jednak poza garścią retrospekcji, wrzuconymi w narrację w sposób równie rwany, co główne wątki, nie znajdziemy tu wiele. Te migawki mogą zasugerować czytelnikowi jak łatwo stracić swoją tożsamość będąc nie tylko uchodźcą, czy w mniejszości wyznaniowej w niesprzyjającym otoczeniu, ale również niespełnionym artystą, pracoholikiem, czy zaniedbującym rodzinę dupkiem. Prawie każdy ma tu coś na swoje usprawiedliwienie, jednak gdy lektura dobiega końca, pozostaje nam tylko pytanie: „co to wszystko zmienia”? Niekonsekwentna płynność narracji, porzucanie jednych wątków na rzecz drugich, brak jakichkolwiek pozytywnych postaci, czy ciągłe przerzucanie się tytułem źródła wszelakich nieszczęść zostawia nas tylko z ogromnym poczuciem frustracji. Pewnie tak właśnie czuł się Seymour, a ja wpadłem w skrzętnie zastawioną pułapkę cwanego scenarzysty. Uniknąłbym jej, gdyby zrobił tak, jak sugerowałem i zmienił swoją wielką opowieść w zwartą i skupioną na jednym elemencie. Wielki scenarzysta znów ograł mnie jak żółtodzioba. Gratulacje!
„Krew dziewicy” / wyd. Kultura GniewuA jeżeli faktycznie dałem się nabrać? Licząc na historię o aspirujacym scenarzyście brutalnie konfrontującym się z rzeczywistością, w której wcale nie zamierzałem upatrywać siebie, wpadłem w fabularne sidła Harkhmana. Zmusił mnie do zmierzenia się nie tylko ze swoimi odgórnymi założeniami, ale i faktem jak bezduszni są wobec mnie twórcy, oraz jak wiele głosów i wątków błędnie uważam za zbędne. Krew dziewicy musi być przez to faktycznie dziełem totalnym, godnym prawie półtorej dekady pracy, abym pod koniec pisania recenzji nie wiedział nawet, czemu tego komiksu nie lubię. Problemy z narracją czy strukturą, antypatyczni bohaterowie, czy brak konkluzji to tylko dowody na to, iż autor napisał komiks o mnie. A moja recenzja jest dokładnie taka, jak opis powyżej. Czyli jednak… Sammy Harkhman wielkim autorem był.
Korekta: Magda Wołowska






