Nazywał się Tobiasz. Miał trzydzieści dziewięć lat i pracował jako referent w niewielkiej kancelarii notarialnej przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, tam gdzie tramwaj numer szesnaście skrzypi na zakręcie tak głośno, iż aż szyby dzwonią w starych kamienicach. Przepisywał akty notarialne, segregował teczki, stemplował papiery po osiem godzin dziennie, a wieczorem bolały go palce i kręgosłup od pochylania się nad biurkiem. Pensja była żałosna — półtora tysiąca złotych na rękę, akurat na czynsz za kawalerkę na poddaszu przy Wólczańskiej i bilety miesięczne. O żenieniu się nie było mowy. Rodziny nie miał — rodzice zmarli, kiedy studiował zaocznie prawo, którego zresztą nigdy nie skończył. Tak mijały lata, jeden do drugiego, aż zaczęło się wydawać, iż nic już się nie wydarzy.
Jedyną rzeczą, która odróżniała Tobiasza od pozostałych referentów, była jego dziwna słabość do kotów. Koledzy z kancelarii pokpiwali, kiedy w porze obiadowej zamiast zjeść kanapkę z pasztetem, wychodził na podwórko i dzielił się nią z bezdomnymi kotami spod śmietnika. Uważali go za dziwaka. On po prostu nie potrafił przejść obojętnie. Tak właśnie, wracając pewnego listopadowego wieczoru z pracy, natknął się na małego rudego kotka, który piszczał w krzakach bzu przy podwórku. Zabrał go do siebie, na poddasze, do pokoiku z ukośnym sufitem, gdzie zimą hulał przeciąg spod dachówek. I od tego dnia coś się zmieniło — Tobiasz przestał zostawać po godzinach, żeby przeglądać dokumenty, tylko spieszył się do domu, bo tam czekał na niego jedyny prawdziwy przyjaciel. Nazwał go Korzybski — bo kot miał zawsze taką minę, jakby coś kombinował, jakby nosił w sobie jakąś tajemnicę, której nikomu nie zdradzi.
Wieczorami Korzybski siadał obok tapczanu i mruczał cicho, czasem wydawał z siebie dziwne, przeciągłe dźwięki, jakby coś opowiadał. Tobiasz przyzwyczaił się do tego bulgotania jak do radia w tle.
W piątek, dwudziestego listopada, w kancelarii świętowano wygraną sprawę — klient, właściciel hurtowni na Bałutach, odzyskał sporny grunt. Notariusz, pan Krysiak, kupił dwie butelki wina musującego i postawił wszystkim po kieliszku, choć na dworze minus trzy stopnie i wiał ten przeszywający wiatr od strony Widzewa. Tobiasz wypił więcej, niż zwykle, wracał do domu chwiejnym krokiem, nucąc coś pod nosem, kupił po drodze w osiedlowym sklepiku puszkę karmy dla Korzybskiego i pęto kabanosów dla siebie. Nakarmił kota, pogadał z nim, jak zwykle, o niczym — o cenach na Manufakturze, o tym, iż sąsiadka znów suszy pranie na klatce — i zasnął, nie zdjąwszy choćby butów.
Tej nocy przyśnił mu się sen. Kolorowy, gęsty od szczegółów, tak wyraźny, iż Tobiasz zerwał się z łóżka o czwartej nad ranem, próbując strząsnąć z siebie tę mgłę. Ale zamiast zniknąć, w głowie zaczęły się układać zdania. Jedno za drugim, jak paciorki na sznurku, składając się w fabułę. A Tobiasz miał nawyk zapisywać wszystko, co przychodziło mu do głowy — jeszcze z czasów studenckich notatek. Usiadł więc przy stole kuchennym, przy lampce, która migotała, bo żarówka była już stara, i zaczął pisać.
Trwało to tydzień. Szare, deszczowe łódzkie poranki wyciągały go z tego transu i zmuszały do biegu na tramwaj. Za oknem klekotały wagony, w radiu sąsiada zza ściany leciała ta sama piosenka Maryli Rodowicz co zawsze, a on pisał i pisał, aż w końcu na prawym rogu stołu urosła sterta kartek zapisanych drobnym, pochyłym pismem. Kiedy skończył, wiedział już, iż ta rzecz — bo trudno było nazwać to zwykłym opowiadaniem, to była adekwatnie sztuka teatralna — będzie się nazywać "Cień Kasztelana".
Po raz pierwszy od ośmiu lat wziął trzy dni urlopu na żądanie. Poszedł do pierwszego wydawnictwa, jakie znalazł w książce telefonicznej — małej oficyny przy ulicy Sienkiewicza, która wydawała głównie poradniki ogrodnicze i od czasu do czasu jakąś powieść. Przedstawił się jako Wacław Korzybski. Brzmiało solidnie, trochę staroświecko, trochę jak nazwisko z przedwojennej gazety.
I stało się coś, w co sam nie wierzył — sztukę przyjęto. Wydawnictwo, w osobie pani redaktor Haliny Owczarek, było zachwycone. Powiedziała, iż coś takiego "trzeba pokazać Teatrowi Nowemu, może choćby Jaraczowi". Tobiasz kiwał głową, uśmiechał się i milczał, bo co miał powiedzieć.
Potoczyło się to lawinowo. Sztukę wystawiono najpierw w małej sali kameralnej, potem w Teatrze Nowym na pełnej scenie. Krytyk z "Dziennika Łódzkiego" napisał, iż "Wacław Korzybski to głos, jakiego polski teatr nie słyszał od lat". Zadzwonili z Warszawy. Zaproponowali kontrakt na kolejną sztukę. Zaczęli szukać go dziennikarze — kim jest ten tajemniczy autor, który nie pokazuje się na premierach, nie daje wywiadów, żyje gdzieś w Łodzi jak pustelnik.
Tobiasz chciałby już powiedzieć prawdę — iż żaden z niego Korzybski, iż to jego rudy kot siadał wieczorami koło tapczanu i mruczał mu do ucha całe sceny, całe dialogi, których sam nigdy by nie wymyślił. Ale było już za późno. Zbyt wiele osób w to uwierzyło, zbyt wiele pieniędzy przeszło przez jego ręce — a przede wszystkim: on sam zaczynał wątpić, kto tu tak naprawdę pisze.
Wieczorami wpatrywał się w jasnobrązowe oczy kota i pytał na głos:
— Korzybski. Co ja mam teraz zrobić? No co?
Kot mrużył oczy, przeciągał się na kocu i milczał — a przecież akurat wtedy, kiedy Tobiasz najbardziej potrzebował odpowiedzi, milczenie to było najgłośniejsze ze wszystkiego, co słyszał w życiu.
Trzecia sztuka, "Wilki znad Neru", miała premierę wiosną następnego roku, i to ona wszystko zmieniła. Bo tym razem do teatru przyszła kobieta, która przedstawiła się jako profesor literatury z Uniwersytetu Łódzkiego, doktor Zofia Bereza. Po spektaklu podeszła do dyrekcji i powiedziała wprost: chce spotkać się z autorem. Nie na scenie. Osobiście. Ma pytania, na które nikt inny nie potrafi odpowiedzieć — bo w tekście znalazła zwroty, konstrukcje zdań, a choćby literówki identyczne jak w jej własnym niewydanym maszynopisie sprzed dwóch lat, skradzionym jej z biurka na uczelni.
Dyrekcja teatru, przestraszona skandalem, wymogła na Tobiaszu spotkanie. Umówili się w kawiarni przy Piotrkowskiej, tej z czerwonymi markizami, gdzie zawsze pachnie świeżo mieloną kawą i wypiekami z sąsiedniej cukierni. Tobiasz przyszedł drżącymi rękami, w tej samej wytartej marynarce, w której chodził do kancelarii. Usiadł naprzeciwko kobiety o przenikliwym spojrzeniu, z teczką pełną kartek pokreślonych czerwonym długopisem.
— Panie Korzybski — zaczęła, kładąc na stole swój maszynopis obok wydrukowanej sztuki — proszę mi wytłumaczyć, dlaczego akapit trzynasty w drugim akcie jest identyczny, słowo w słowo, z tekstem, który napisałam ja. Tekstem, który nigdy nie został opublikowany. Tekstem, który zniknął z mojego biurka w marcu zeszłego roku.
Tobiasz milczał długo. Kelnerka postawiła przed nimi dwie kawy, para unosiła się znad filiżanek, na zewnątrz przejeżdżał akurat tramwaj i zadzwonił dzwonkiem, jakby ktoś chciał przerwać ciszę za niego. W końcu powiedział prawdę. Całą. O kocie, o nocnych snach, o głosie, który słyszał, o zdaniach, które same się układały. Powiedział, iż nie ukradł niczego świadomie — iż po prostu pewnego wieczoru, we śnie, przyszły do niego słowa, których nie potrafił odróżnić od własnych.
Doktor Bereza słuchała, nie przerywając. Kiedy skończył, powiedziała cicho, iż rozumie — bo ona też, pisząc swój tekst, korzystała z notatek zmarłego promotora, profesora, który badał folklor łódzkich fabryk i zostawił jej po sobie stertę nieopracowanych rękopisów. Może to właśnie te rękopisy, krążąc gdzieś między ludźmi, między snami, znalazły drogę i do niego. A może po prostu miasto ma więcej wspólnych historii, niż ktokolwiek się spodziewa.
Nie było procesu. Nie było skandalu w gazetach. Było za to porozumienie, spisane na trzech kartkach papieru w kancelarii tego samego notariusza, u którego Tobiasz pracował — pana Krysiaka, który z trudem powstrzymywał zdziwienie, przybijając pieczęć na dokumencie swojego referenta. Ustalili: kolejne sztuki, jeżeli powstaną, będą podpisywane dwoma nazwiskami. Honoraria — po połowie. A ten skradziony akapit, ten jeden, trzynasty — doktor Bereza zabrała go z powrotem, wykreślając własnoręcznie z egzemplarza teatralnego czerwonym długopisem, tym samym, którym przynosiła poprawki studentom.
Tobiasz zrezygnował z pracy w kancelarii dopiero rok później, kiedy uzbierał wystarczająco, by kupić małe mieszkanie na Bałutach, z balkonem wychodzącym na podwórko, gdzie zawsze kręciło się kilka bezdomnych kotów. Zamiast klerkowania zaczął pisać naprawdę — swoim nazwiskiem, obok pseudonimu Korzybski, którego już nie ukrywał, tylko traktował jak wspólnika.
Korzybski, kot, dożył szesnastu lat. Siadał wieczorami na parapecie tego nowego mieszkania, patrzył na podwórko, mruczał coś do siebie. Tobiasz już nie zapisywał tych dźwięków — po prostu siadał obok, nalewał sobie herbaty i słuchał, bez pióra w ręku, bez potrzeby, żeby to koniecznie było znowu sztuką teatralną.







