Kot, Kasprzyk i Milowicz – wywiad z gwiazdami “LOL: Kto się śmieje ostatni”

moviesroom.pl 5 dni temu

Od 10 lipca na Prime Video możemy oglądać już 4. sezon uwielbianego przez widzów show – LOL: Kto się śmieje ostatni. O programie oraz innych komediowych rolach mieliśmy okazję porozmawiać z uczestnikami najnowszej edycji: Tomaszem Kotem i Ewą Kasprzyk oraz gościem specjalnym – Michałem Milowiczem. Zapraszamy do czytania naszych wywiadów!


Tomasz Kot

Agata Karasińska: To już 4. sezon “LOL: Kto się śmieje ostatni”. Czy oglądał Pan poprzednie edycje?

Tomasz Kot: Jak najbardziej i totalnie mnie one wciągnęły. Pamiętam, iż na początku widziałem tylko jakieś krótkie rolki i było to dla mnie trochę niezrozumiałe, bo moja koleżanka robi coś śmiesznego, a moi koledzy się tak dziwnie zachowują. Dlaczego się nie śmieją? O co chodzi? Ale jak już zrozumiałem zasady programu i zobaczyłem, iż na Prime Video są dostępne odcinki, to zacząłem oglądać i LOL naprawdę mnie pochłonął. Niektóre numery oglądałem po kilka razy! A gdy otrzymałem telefon z propozycją udziału, to od razu uznałem, iż chcę to przeżyć.

AK: Jak już decyzja o udziale w LOL zapadła, to jak oceniał Pan swoje możliwości przed wejściem na plan? Oczywiście nie te komediowe, tylko właśnie możliwości powstrzymywania się od śmiechu.

TK: Są różne taktyki i jestem pewien, iż każdy, kto oglądał wcześniejsze sezony, zastanawia się, jak oszukać system. Ja też miałem swoją, dość kontrowersyjną, strategię. W szkole teatralnej musiałem nauczyć się głośno śmiać, bo naturalnie śmiałem się bezgłośnie. Profesor Stuhr zagroził, iż mnie obleje, jeżeli się tego nie nauczę, bo najpierw pomyśli, iż dostałem zawału, a nie iż coś mnie rozbawiło.
Przed wejściem do programu pomyślałem więc, iż wrócę do tego swojego naturalnego, bezgłośnego śmiechu. Uznałem, iż w ten sposób rozładuję emocje, a jednocześnie postaram się zachować całkowicie nieruchomą twarz. Produkcja twierdziła, iż to dość dyskusyjna metoda i balansuje na granicy, ale rzeczywiście się sprawdzała. Najgorsze okazały się takie krótkie, błyskotliwe odpowiedzi czy suchary rzucane przez uczestników. Kompletnie się ich nie spodziewałem i właśnie wtedy najtrudniej było mi zachować powagę.

AK: Mam wrażenie, iż spośród tych różnych metod wszystkich uczestników najpopularniejsze było to otwieranie ust, żeby powstrzymać śmiech. I ludzie tak chodzili. Pan miał praktycznie cały czas totalnie kamienną twarz. A przecież, wiadomo, iż te żarty były naprawdę śmieszne. Pamięta Pan może jakąś szczególną sytuację, kiedy właśnie na twarzy był poker face, a w środku umierał Pan ze śmiechu?

TK: Tak, był taki moment z udziałem gości specjalnych. Jeden z nich przygotował numer, podczas którego jeden z uczestników pękł. To był absolutny koniec. Stałem tuż obok i miałem wrażenie, iż za chwilę sam wybuchnę śmiechem. Pomyślałem, iż muszę czymś przerwać tę sytuację, bo osoba obok śmiała się już na całego. Pamiętam, iż rzuciłem w nią poduszką, żeby przestała, bo bałem się, iż sam nie wytrzymam. Łzy leciały mi z oczu. Chciałem coś powiedzieć, liczyłem, iż jako aktor przełamię napięcie, odzywając się, ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Zdecydowanie był to najbardziej krytyczny moment.

AK: Można też trochę powiedzieć, iż Pan pokonał się własną bronią. Jednak z którego występu albo żartu jest Pan najbardziej zadowolony?

TK: Nie mogę za dużo zdradzać, ale mój pierwszy numer bardzo mnie bawił i miałem ogromną frajdę z jego prezentowania. Najtrudniejsze było jednak to, iż patrzyłem na kompletnie niewzruszone twarze pozostałych uczestników. W pewnym momencie ktoś skomentował tylko: „To było bardzo śmieszne. Dużo pracy”. I właśnie wtedy omal nie wybuchnąłem śmiechem.
Później przygotowałem jeszcze występ nawiązujący do jednej z moich ról. To było już pod koniec nagrań, kiedy wszyscy byliśmy kompletnie zmęczeni. Człowiek funkcjonuje już wtedy trochę na autopilocie i nie myśli tak racjonalnie jak na początku. W trakcie występu nagle zorientowałem się, iż ten numer znacznie lepiej zadziałałby, gdybym pokazał go wcześniej. Pomyślałem: „Teraz to już nie będzie miało takiego efektu”. I znowu zacząłem się wewnętrznie „gotować” ze śmiechu.

AK: Chciałam jeszcze podpytać o Pana dotychczasowe role komediowe, bo trochę ich było. I zwykle są to takie role, które zapadają w pamięć. Czy Pan ma jakąś swoją ulubioną komediową rolę?

TK: Z perspektywy aktora bardzo trudno wskazać jedną ulubioną rolę. Patrzę wstecz i widzę, iż trochę tego było. Te wszystkie filmy i role zostają w pamięci, choć często nie w taki sposób, jak myślą widzowie. Oni najczęściej wracają do „Skazanego na bluesa”, „Bogów”, a z komediowych projektów przede wszystkim do „Niani”. To naturalne. Ja jednak pamiętam te produkcje przede wszystkim przez ludzi i atmosferę na planie. Najcenniejsze są dla mnie te dwa czy trzy miesiące wspólnej pracy, bo właśnie wtedy dzieją się najciekawsze rzeczy.
Z ogromnym sentymentem wspominam „Gąskę”. Wszyscy wierzyliśmy, iż ten serial zostanie inaczej przyjęty, ale nigdy nie zapomnę tej ekipy, tych postaci i atmosfery, która panowała na planie. Bardzo dobrze pamiętam też „Testosteron” – to był dopiero mój drugi film. Byłem wtedy młodym, aspirującym aktorem i ten okres wspominam z wielkim sentymentem.
Wyjątkowym doświadczeniem była też „Niania”. Przez pięć sezonów niemal w każdym odcinku pojawiały się nowe gwiazdy, więc miałem wrażenie, iż poznaję całą Warszawę. To była również świetna szkoła zawodu – praca na cztery kamery bardzo gwałtownie uczy warsztatu.

AK: W takim razie muszę jeszcze wspomnieć o tym, iż dla mnie, moich znajomych i myślę, iż dla większości mojego pokolenia to właśnie rola Maksa Skalskiego jest absolutnie kultowa. Tak jak cały serial. Czy Pan wraca czasami do tej roli?

TK: Oczywiście. Zresztą nie da się od niej uciec, czego zupełnie się nie spodziewałem. Ostatnio byłem na planie i dużo młodsze koleżanki z charakteryzacji powiedziały mi: „My wychowałyśmy się na Niani”. Pomyślałem wtedy: „Jezus Maria, to ten moment. To już jest ten moment!”. A przecież mam wrażenie, iż dopiero co skończyłem szkołę. „Niania” to jeden z tych projektów, które w ogromnym stopniu ukształtowały mój wizerunek w oczach widzów. Jestem za ten serial bardzo wdzięczny i do dziś wspominam go z ogromnym sentymentem.


Ewa Kasprzyk

Agata Karasińska: Czy oglądała Pani wcześniej poprzednie sezony “LOL: Kto się śmieje ostatni”?

Ewa Kasprzyk: Niewiele, ale chciałam mniej więcej wiedzieć, z czym będę miała do czynienia, skoro dostałam zaproszenie do programu. To, co obejrzałam, bardzo mnie rozbawiło.

AK: A czy przed programem już wiedziała Pani, z kim będzie konkurować, czy to była prawdziwa niespodzianka?

EK: Właśnie na tym polega całe clue tego programu, iż nic się wcześniej nie wie. To nie jest udawane: „O, to ty? Cześć!”. Naprawdę spotykamy się po raz pierwszy przed kamerami i towarzyszy temu autentyczne zaskoczenie.

AK: W takim razie, gdy już się Pani dowiedziała, zobaczyła tych wszystkich ludzi na żywo i poznała mniej więcej, jakie mają poczucie humoru, to kto był dla Pani największym zagrożeniem?

EK: Wszyscy. Tam naprawdę nie było słabych zawodników. Sami wytrawni jeźdźcy (śmiech). Zagrożenie nadchodziło z każdej strony. Sama jeszcze nie oglądałam programu, więc jestem bardzo ciekawa, jak wygląda to z perspektywy widza. Będąc w środku, człowiek zupełnie inaczej odbiera to, co się dzieje.

AK: No i mamy też artystów z różnych dziedzin: aktorów, tiktokerów, stand-uperów. Czyje poczucie humoru najbardziej z panią współgrało?

EK: Bardzo dobrze bawiłam się z Mariuszem Kałamagą i Michałem Sikorskim. Niestety nie rozkręciłam się na dobre. Miałam plan, żeby na początku trochę poobserwować, być ostrożniejsza, a dopiero później pokazać, na co mnie stać. Ale nie zdradzam już więcej. Dopiero teraz, kiedy zobaczę całość jako widz, będę mogła ocenić, co można było zrobić inaczej albo jeszcze bardziej podkręcić. Ale kiedy coś już się wydarzyło, nie było sensu do tego wracać.

AK: A siedząc już w tym pomieszczeniu z panem Czarkiem Pazurą, miała Pani takie myśli: “kurczę, może lepiej, iż mnie już tam nie ma, bo bym padła ze śmiechu”?

EK: Nie, absolutnie. Ja nie należę do osób, które wolą siedzieć z boku i patrzeć. Chciałam tam być jak najdłużej. Bardzo żałowałam, iż musiałam opuścić program. To trochę jak w teatrze – zdecydowanie lepiej być na scenie niż siedzieć w garderobie.

AK: Jeszcze oczywiście muszę wspomnieć o jednej rzeczy. Michał Sikorski w pewnym momencie programu wypowiada słynne słowa: “tu jest jakby luksusowo”. Ja sama jestem jeszcze młodsza od Michała i też używam tego cytatu, jak i wielu moich znajomych.

EK: To ja odwrócę role i zadam pytanie: co jest w tym cytacie takiego, iż wciąż żyje własnym życiem? Co Panią w nim bawi?

AK: Co mi się w tym podoba? Mnie to bawi po prostu.

EK: No właśnie. Myślę, iż ten tekst działa dlatego, iż można go użyć praktycznie w każdej sytuacji i za każdym razem nabiera trochę innego znaczenia.

AK: Mnie bawi też samo to słowo “jakby” nadużywane przez Wolańską filmie “Kogel Mogel”. W połączeniu z tym cytatem pozostało zabawniejsze. Do tego wydaje mi się, iż cała ta scena była kultowa – Pani bohaterka wchodzi do mieszkania i tym spokojnym głosem mówi: “Marian, tu jest jakby luksusowo…”. Ale jakie to jest uczucie, kiedy kolejne i kolejne pokolenia przez cały czas używają tego kultowego zwrotu?

EK: To bardzo miłe, choć czasami bywa też trochę męczące. Ludzie proszą mnie, żebym powiedziała „Tu jest jakby luksusowo” dosłownie wszędzie – choćby w miejscach, które z luksusem nie mają nic wspólnego. Pojawiają się propozycje wykorzystania tego cytatu w reklamach. Ostatnio zobaczyłam choćby wycieraczkę z napisem „Jakby luksusowo”. Wtedy pomyślałam sobie, iż chyba już poszło to o krok za daleko (śmiech).

AK: Czyli już trochę za dużo?

EK: Trochę tak, tego jest mnóstwo. Cytat pojawia się wszędzie – na kubkach, koszulkach, różnych gadżetach. Ale myślę, iż wynika to z ogromnego sentymentu do tamtych czasów. Dla mojego pokolenia PRL to wspomnienia codzienności – “Bo kiedyś to było”. Pani jest innym pokoleniem, ale dla nas te meblościanki, paprotki, stroje, makijaże były normą. Naprawdę w tym żyliśmy.

AK: A jednak jest to tak ponadczasowe, iż choćby moje pokolenie Z przez cały czas to ogląda i przez cały czas cytuje.

EK: I bardzo mnie to cieszy. A kto wie – może kiedyś będą go oglądały również Pani dzieci, jeżeli będzie Pani ten sentyment pielęgnować.


Michał Milowicz

Agata Karasińska: Michał Milowicz, czyli mistrz komedii, a teraz – jak się okazuje – również mistrz sucharów.

Michał Milowicz: Nie, nie! W mistrzostwie nie przebiję Karola Strasburgera, chociaż bym chciał. Ale choćby nie będę usiłował.

AK: Czy pomysł na występ sucharka wyszedł od Pana, czy to jednak produkcja tak zdecydowała?

MM: Produkcja rzuciła pomysł, a ja go podłapałem, ponieważ wiedziałem, iż będzie on najlepszy spośród kilku propozycji. Wszedłem w ten format bez wahania, ponieważ wiedziałem, iż to duże wyzwanie, którego chcę się podjąć.

AK: A kto znalazł suchary, które padają w programie?

MM: Suchary przygotowała produkcja, ale dorzucałem też własne pomysły. To była wspólna praca wielu osób, a moją rolą było nadać im odpowiedni charakter i przede wszystkim dobrze je zagrać. Miałem przygotowany pewien szkic, ale sporo rzeczy wynikało z improwizacji. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo niech widzowie sami to zobaczą, ale myślę, iż udało nam się stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Wymagało to sporego dystansu do siebie, ale właśnie dzięki temu świetnie się przy tym bawiłem.

AK: A prywatnie to też jest Pana typ humoru, czy jednak woli pan inne żarty?

MM: Prywatnie bardziej lubię humor sytuacyjny i czarny humor. W „LOLu” dominuje z kolei humor bardziej abstrakcyjny. Też go lubię, ale na co dzień raczej się nim nie posługuję. Najbardziej bawią mnie sytuacje, które wydarzyły się spontanicznie – czy to w życiu, czy na scenie. To właśnie z takich nieoczekiwanych momentów rodzą się najlepsze żarty.

AK: W “LOL: Kto się śmieje ostatni” mamy wiele typów humoru, bo są różni uczestnicy. Mamy aktorów, stand-uperów, tiktokerów. Gdyby Pan był jednym z uczestników tej edycji, kto byłby dla Pana największym zagrożeniem?

MM: Trudno powiedzieć. Mam nadzieję, iż jeszcze będę miał okazję się o tym przekonać (śmiech). Myślę jednak, iż największym zagrożeniem byliby dla mnie aktorzy. Dzięki wyobraźni i spontaniczności potrafią nagle stworzyć sytuacje, których nikt się nie spodziewa, a wtedy naprawdę trudno zachować powagę i można się zacząć gotować. W naszym aktorskim języku mówimy, iż człowiek zaczyna się „gotować” – jest już o krok od wybuchu śmiechu i coraz trudniej nad nim zapanować. Znam to doskonale z teatru. Tym bardziej podziwiam uczestników, iż potrafią wytrzymać tak długo. Ja, oglądając program przed telewizorem, cały czas płakałem ze śmiechu. choćby myślałem sobie, iż gdybym był uczestnikiem, to chyba odpadłbym jako pierwszy.

AK: Na koniec oczywiście muszę się jeszcze odnieść do filmów, ponieważ ma Pan na swoim koncie mnóstwo ról komediowych. Czy jest jakaś, która szczególnie została Panu w sercu?

MM: W sercu? Chyba bardziej w kościach (śmiech). Najbardziej wyjątkowym filmem jest dla mnie Chłopaki nie płaczą”. Do dziś ludzie zwracają się do mnie ksywką mojej postaci, tylko teraz dodają jeszcze „pan” i mówią „pan Bolec”. Oczywiście bardzo ważne są dla mnie również Poranek Kojota” i „Kiler-ów 2-óch”, ale to właśnie „Chłopaki nie płaczą” najbardziej kojarzy się widzom ze mną. To była zresztą bardzo wymagająca rola, bo chciałem stworzyć postać całkowicie różną od siebie. Przez lata wiele osób było przekonanych, iż naprawdę jestem taki jak Bolec, a to przecież moje zupełne przeciwieństwo.

Idź do oryginalnego materiału