Red Scalp, czyli kapel organizatorów był słyszany z pola (notabene będącego za ścianą Amfiteatru) i tyle mogę powiedzieć. Słyszeliśmy bardzo duży plus, czyli cover Goat i przynajmniej trochę morda się uśmiechała przy rozkładaniu tego wielkiego gówna, w którym udajemy się w objęcia Morfeusza. Kombinat Robotron całkiem pominięty ze względu na potrzebę uzupełnienia brzusia oraz wewnętrznego alkoholika
(na marginesie: w ramach kilometrów dla metalu leciało Black Magick SS, Running Wild oraz Manowar, mieszanka różnych hitów autorstwa użytkownika DiabelskiDom)
toteż regularne chłonięcie Red Smoke Festu zaczęliśmy od dojebanego występu niejakich Samovayo, którzy zaserwowali zajebiście nośną mieszankę Clutch, Wo Fat i Kyussa. Oni spoko, fajnie, ale prawdziwy cios to nadszedł ze strony nieznanego mi Sienna Root. Led Zeppelin oraz Jethro Tull z wokalem niczym Jasminy z Jess and the Ancient Ones. Psychodeliczna, heavy/psychowo-rokendrollowa jazda na pełnej z ultra dojebanym wokalem. Najlepszy występ dzisiaj. Tak, dokładnie, lepszy niż gwiazda dnia, czyli Elder. Ci to rozpoczęli od, jak się okazuje, bardzo dobrych numerów z nowej płyty, gdzie progresywnego i psychodelicznego rocka zaprzęgli do robienia tematów dla stoner metalu. Tylko potem rozjechali się i zatopili w rozwodnieniu kompozycji i chociaż zmuszało to granie do bujanka, to jednak bardzo duże uczucie niedosytu pozostało po odłożeniu instrumentów. Na sam koniec Entropia wynudziła w chuj grając całe Vacuum, co albo świadczy o tym, iż płyta przestała się bronić po latach, albo, iż wyrosłem z słuchania post-metalu zatopionego w psytrance. Na koniec poszliśmy na tzn Secret Gig na małą scenę i tam chłopaki z [----] dojebali takim hardcore punkiem, iż grzechem było nie pójście ponapierdalać się pod sceną z ludźmi.
Kończąc ten krótki wywód: nieznane kapele dojebały najlepsze gigi, orając tych, co największą czcionką byli zapsiani. Nowe, nie znałem. Dobranoc.
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 11 min. temu
















