Film Giulia Basego wieńczy notka informująca, iż aktualnie drogą Jezusa podąża 2,5 miliarda wiernych. W autorskiej intencji ma to najpewniej podkreślać autentyczną boskość wybrańca, jego siłę oddziaływania, doniosłość jego słów oraz nadprzyrodzoną aurę. Paradoksalnie jednak "Wersja Judasza" rozkłada akcenty inaczej, sprowadzając historię zbawienia na ziemię. Nad szumnymi westchnieniami dominują ludzkie wątpliwości, zamiast katalogu cudów jest repertuar nałogów i słabości. Base bierze na warsztat apokryficzną ewangelię Judasza i inna perspektywa na biblijne wydarzenia z pogranicza mitu i historii jest na pewno atutem. To interesująca, odświeżająca propozycja. Również jako filmowa narracja "Wersja Judasza" jest czymś nietypowym. Ale mamy tu też wynik balansowania między konkretną artystyczną wizją a budżetowymi ograniczeniami oraz warsztatową niedoskonałością. W takich przypadkach ta pierwsza zawsze finalnie przegrywa.
Giulio Base zaplanował bowiem swój film jako półtoragodzinny monolog Judasza (w wykonaniu Tomasza Kota), ilustrowany kameralnymi scenkami. Przewijający się bohaterowie nieomal całkowicie pozbawieni są głosu. To jedynie stereotypowe figury – apostołów, kobiet, faryzeuszy, Rzymian. W tle mamy więc kino nieme, a komentarz Judasza ma wprowadzać, tłumaczyć i uzasadniać funkcjonowanie tego świata. Sprawdza to się szczególnie w początkowej partii filmu, będącej wspomnieniem młodości Judasza. Chłopak wychował się w domu publicznym, bez matki i ojca. Seksualnie wykorzystywany, pozbawiony autorytetów, od urodzenia skazany na ciężki los grzesznika i otoczony wyłącznie przez grzeszników, nie poznał, czym jest dobro oraz bezinteresowność. Czy będzie mógł liczyć na odkupienie win?
W portretowaniu Judasza Base stawia na wyrazistą dychotomię. Nieskrępowany monolog pozwala wejść w jego system wartości, sposób myślenia, zrozumieć jego potrzeby i rozterki. Ale jako postać na ekranie Judasz jest nieustannie okryty czarną chustą, zgarbiony, posturą przypomina robaka, chowa się za drzewami, wstydliwy i nieobecny. Ani razu nie będzie nam dane zobaczyć jego twarzy. W kontrze do schowanego w cieniu Judasza pojawia się Jezus (Vincenzo Galluzzo). Ten literalnie wchodzi cały na biało. Obdarzony lekkim krokiem, jakby unosił się nad ziemią, z delikatnością, wrażliwością, spokojem i kojącym uśmiechem. jeżeli szukacie w kinie czarno-białych zestawień bohaterów, prawdopodobnie nie znajdziecie jaskrawszego przykładu. Kontrast objawia się w ich prezencji i postawie, w kolorze szat, ale również w tym, który z nich ma głos, którego z nich widać, a którego nie. Relacja między nimi oraz emocje, jakie w Judaszu wzbudza Jezus, mają być wiodącym tematem filmu. Jednak tak mocne podkreślanie różnic sprawia, iż nie ma tu wiele miejsca na odcienie szarości.
Zaskakującym ujęciem tematu ma być idąca w kontrze do kanonu interpretacja roli Judasza. Zwyczajowo traktowany jako zdrajca oraz oszust, okazuje się tu mieć konkretną i konieczną funkcję w planie bożym. Tytułowy bohater jest obrazem ludzkiej słabości, ale także wyraża całkowite, tragiczne oddanie wyższej sprawie. To jednak sprawa nieczytelna i niejasno wyrażona. Dlatego też nie do końca wybrzmiewa dramaturgicznie. jeżeli znamy cel, to przez znajomy kontekst, nie dzięki lakonicznej linii fabularnej. W warstwie monologu jeszcze utrzymywana jest konsekwencja i logiczność motywacji, ale w ilustracyjnych scenach emocjonalny związek między zbawicielem i Judaszem ma znikomy ciężar. Straceńcze poświęcenie Iskarioty to objaw obłędu i szaleństwa: Judasz staje się ofiarą, a nie bohaterem.
Inną kwestią jest wizerunek syna bożego i jego działalności. Judasz wspomina, iż nie widział, jak Jezus chodził po jeziorze, jak przemieniał wodę w wino. My, jako widzowie, również nie zobaczymy w nim nadprzyrodzonych zdolności bądź wstawiennictwa niebios. Dwunastu apostołów tak naprawdę tworzy coś na kształt hippisowskiej komuny; kwestionującej porządek władzy, proponującej nowe wartości i wyzwolony styl życia, gdzie nikt nie ma nic na własność, a wszystko jest wspólne. "Wersja Judasza" przede wszystkim opowiada o pokojowym sprzeciwie i cichej niesubordynacji. Jakby na przekór ewangelizacyjnej intencji Base doprowadza do desakralizacji biblijnej historii. Choć może nigdy nie chodziło w niej o boga. To zawsze była opowieść tylko o ludziach.
Giulio Base zaplanował bowiem swój film jako półtoragodzinny monolog Judasza (w wykonaniu Tomasza Kota), ilustrowany kameralnymi scenkami. Przewijający się bohaterowie nieomal całkowicie pozbawieni są głosu. To jedynie stereotypowe figury – apostołów, kobiet, faryzeuszy, Rzymian. W tle mamy więc kino nieme, a komentarz Judasza ma wprowadzać, tłumaczyć i uzasadniać funkcjonowanie tego świata. Sprawdza to się szczególnie w początkowej partii filmu, będącej wspomnieniem młodości Judasza. Chłopak wychował się w domu publicznym, bez matki i ojca. Seksualnie wykorzystywany, pozbawiony autorytetów, od urodzenia skazany na ciężki los grzesznika i otoczony wyłącznie przez grzeszników, nie poznał, czym jest dobro oraz bezinteresowność. Czy będzie mógł liczyć na odkupienie win?
W portretowaniu Judasza Base stawia na wyrazistą dychotomię. Nieskrępowany monolog pozwala wejść w jego system wartości, sposób myślenia, zrozumieć jego potrzeby i rozterki. Ale jako postać na ekranie Judasz jest nieustannie okryty czarną chustą, zgarbiony, posturą przypomina robaka, chowa się za drzewami, wstydliwy i nieobecny. Ani razu nie będzie nam dane zobaczyć jego twarzy. W kontrze do schowanego w cieniu Judasza pojawia się Jezus (Vincenzo Galluzzo). Ten literalnie wchodzi cały na biało. Obdarzony lekkim krokiem, jakby unosił się nad ziemią, z delikatnością, wrażliwością, spokojem i kojącym uśmiechem. jeżeli szukacie w kinie czarno-białych zestawień bohaterów, prawdopodobnie nie znajdziecie jaskrawszego przykładu. Kontrast objawia się w ich prezencji i postawie, w kolorze szat, ale również w tym, który z nich ma głos, którego z nich widać, a którego nie. Relacja między nimi oraz emocje, jakie w Judaszu wzbudza Jezus, mają być wiodącym tematem filmu. Jednak tak mocne podkreślanie różnic sprawia, iż nie ma tu wiele miejsca na odcienie szarości.
Zaskakującym ujęciem tematu ma być idąca w kontrze do kanonu interpretacja roli Judasza. Zwyczajowo traktowany jako zdrajca oraz oszust, okazuje się tu mieć konkretną i konieczną funkcję w planie bożym. Tytułowy bohater jest obrazem ludzkiej słabości, ale także wyraża całkowite, tragiczne oddanie wyższej sprawie. To jednak sprawa nieczytelna i niejasno wyrażona. Dlatego też nie do końca wybrzmiewa dramaturgicznie. jeżeli znamy cel, to przez znajomy kontekst, nie dzięki lakonicznej linii fabularnej. W warstwie monologu jeszcze utrzymywana jest konsekwencja i logiczność motywacji, ale w ilustracyjnych scenach emocjonalny związek między zbawicielem i Judaszem ma znikomy ciężar. Straceńcze poświęcenie Iskarioty to objaw obłędu i szaleństwa: Judasz staje się ofiarą, a nie bohaterem.
Inną kwestią jest wizerunek syna bożego i jego działalności. Judasz wspomina, iż nie widział, jak Jezus chodził po jeziorze, jak przemieniał wodę w wino. My, jako widzowie, również nie zobaczymy w nim nadprzyrodzonych zdolności bądź wstawiennictwa niebios. Dwunastu apostołów tak naprawdę tworzy coś na kształt hippisowskiej komuny; kwestionującej porządek władzy, proponującej nowe wartości i wyzwolony styl życia, gdzie nikt nie ma nic na własność, a wszystko jest wspólne. "Wersja Judasza" przede wszystkim opowiada o pokojowym sprzeciwie i cichej niesubordynacji. Jakby na przekór ewangelizacyjnej intencji Base doprowadza do desakralizacji biblijnej historii. Choć może nigdy nie chodziło w niej o boga. To zawsze była opowieść tylko o ludziach.





