czwartek
w odległym muzeum kolejna rozmowa artystyczna, na którą wyjechałam dużo za wcześnie ze względu na trafik, ale w planie miałam także odwiedzenie księgarni bioracej udział w tegorocznym book crawl. Zmieniono zasady, aby dostać plakat trzeba odwiedzić 15 ksiegarni, a torbę dostaje sie dopiero w ostatniej 25tej. Bierze udział w tym roku kilka nowych, ale większość ponad 40, 50mil od domu, a przy obecnych cenach benzyny to mało ekonomiczny układ choćby jeżeli dostałoby się gift card do poszczególnych ksiegarni.
Rozmowa w muzeum była o tożsamości międzykulturowej, dziedzictwie i formie z architektką wnętrz, projektantką mebli rzeźbiarskich i edukatorką mieszkającą w Nowym Jorku. W swojej praktyce bada ona uwarunkowania społeczno-polityczne (jest belgijsko-kongijskiego pochodzenia) zakorzenione w historii sztuki/tradycji Konga. Jej prace były zakupione przez takie instytucje, jak Vitra Design Museum, Cooper Hewitt Smithsonian Design Museum i Brooklyn Museum.
Po spotkaniu pojechałam do drugiej ksiegarni wciąż otwartej wieczorową porą.
piątek
opracowalam optymalny plan i trasę wyprawy zaczynając od księgarni, a raczej kawiarni (wcześnie otwarta). Poprzednim razem mieli tylko regal z magazynami, na miejscu okazało się, iż to objazdowa księgarnia wynajmująca plac przed kawiarnią.
Druga księgarnia z listy otwarta dopiero od 12ej więc pojechałam do centrum obejrzeć reszte instalacji i wystawę kostiumów.
Przegapiłam jedną stację stempli, kilka minut szukałam wejścia na wystawę, bo kierowałam się Google, a ten wyprowadził mnie na drugą stronę budynku, do którego wejście było tylko na karty. Ostatecznie dotarłam w miejsce ze straganami gdzie już byłam wcześniej. Wystawa kostiumów była jak się okazało w lokalu francuskiego bistro, które najwidoczniej zmieniło lokację.
Do księgarni dotarłam 5 minut za wcześnie, ale jest tam ładny skwerek więc było gdzie usiąść.
Skoro miałam jechać do polskiego sklepu, pojechałam dwa zjazdy dalej do kolejnej księgarni
Powrót do polskiego sklepu, gdzie znalazłam dwie książki i kupiłam drożdżówkę, bo zgłodniałam. Wstąpiłam też do japońskiego sklepu po kluski. Wracając do domu musiałam jeszcze zajechac do biblioteki po nowy stosik. Cała eskapada zajęła mi ponad pięć godzin, stanowczo za długo.
sobota
kolejna księgarnia w miasteczku przez które przejeżdżałam dziesiatki razy bez zatrzymywania. Centrum Salisbury to jedno z najlepiej zachowanych historycznych budynków Karoliny Północnej, oferujące różne sposoby na kontakt z przeszłością, a większość atrakcji usytuowana jest przy głównej ulicy. Zaczęliśmy zwiedzanie od ksiegarni, dużej i ladnej.
Mieliśmy trochę czasu do otwarcia muzeum to odwiedziliśmy historyczny cmentarz i przeszlismy kawalek ulicy.
Museum historii bylo za darmo, bez żadnego personelu, kilka sal do przejscia,. Odwiedzajacy to chyba goscie weselni, bo na pietrze byly przygotowania do przyjecia. Cheerwine fabryka napoji obchodziła „100 lat radości” w 2017r i z tej okazji zorganizowano festiwal z prawdziwą południową gościnnością. Wydarzenie bylo tak popularne, ze odbywa sie corocznie w maju.
Pojechalismy zobaczyc Ice House, okazalo sie, ze to w tej chwili magazyn ocalonych rzeczy (drzwi, okien, desek…) z renowacji starych domow. Dowiedzielismy sie, ze sa czescia organizacji konserwatorow, ktora odnawiala stacje i dom lekarza. Poza ksiegarnia mialam zaplanowane odwiedzenie owego domu konfederackiego lekarza, ale najpierw pojechalismy zobaczyc stacje kolejowa.
Dom dr. Josephusa Halla, pierwotnie żeńska akademia, stał się okazałą rezydencją Południa i w tej chwili służy jako muzeum prezentujące historię czterech pokoleń rodziny Hall. Można podziwiać wyjątkową architekturę, meble z epoki i sluchac histori odzwierciedlających życie na przestrzeni pokoleń. Dom jest dosyc dokladnie odrestaurowany, zachwycily mnie tapety. Odnowiono, a raczej odbudowano zewnętrzną kuchnie w ogrodzie.
Po drodze do domu zjechalismy do Kannapolis do ksiegarni po kolejny stempel. Okazało się, iż to siodmy i dostałam ebook tzn musiałam zapisać się na jakiś app i mają mi coś przysłać. Księgarnia była poprzednio kawiarnią teraz to także sklep z włóczkami. Motek wełny kosztuje 25 dolarów, nic dziwnego, iż sala była pusta.
niedziela
za gorąco na kawę więc zamiast do centrum pojechaliśmy do sklepu z płytami wstepując wcześniej do księgarni/antykwariatu. Nie mają już polskiej półki. W sklepie z płytami dowiedziałam się iż mam “cool hubby”. S wszedł do sklepu sam, bo ja poszłam zobaczyć co jest w budce książkowej po drugiej stronie ulicy I wdał się w rozmowę o Joy Division z właścicielem. Z tego sklepu do drugiego, a iż on tego było pięć minut do księgarni z romansami więc oczywiście pojechaliśmy po kolejny stempel. Nie było miejsca na parkingu więc wysiadłam zostawiając telefon w samochodzie I nie zrobiłam zdjęć.







