Legenda rodzimej kinematografii wraca na afisz – i to wraca w stylu, którego chyba nikt się nie spodziewał. Bo umówmy się: Klątwa Doliny Węży od lat funkcjonuje raczej jako anegdota niż pełnoprawne dzieło sztuki filmowej. To produkcja, którą ogląda się nie tyle z własnej woli, co wskutek zakładu, srogiej pomyłki albo z towarzyskiego obowiązku. Film osobliwy, chwilami wręcz bezradny wobec własnych ambicji, pełen fabularnych mielizn i rozwiązań tak karkołomnych, iż aż człowiek mimowolnie przeciera oczy ze zdumienia. A jednak – oto cud nad Wisłą – pojawił się ktoś, kto tchnął w ten relikt nowe życie. Tym kimś jest Łona.
Dla tych, którzy dotąd szczęśliwie ominęli ten rozdział historii polskiego kina: Klątwa Doliny Węży to taki ekranowy odpowiednik hasła Indiana Jones z bazaru pod stadionem. Profesor Tarnas oraz komandos Traven ruszają do Wietnamu w poszukiwaniu legendarnej Doliny Tysiąca Węży, a widz razem z nimi wyrusza w podróż przez kolejne warstwy fabularnego absurdu. Mamy tu wszystko: dialogi, które brzmią tak, jakby napisano je pięć minut przed klapsem, rozwiązania logiczne urągające zdrowemu rozsądkowi oraz efekty specjalne, które już w chwili premiery mogły budzić pewne obawy (mimo iż był to 1987 rok). To kino, które nie tyle się ogląda, co przeżywa – trochę jak awarię autobusu w środku lipca. Niby człowiek chce wysiąść, ale jednocześnie ciekawi go, jak bardzo może być jeszcze gorzej. I właśnie tutaj do gry wchodzi Łona. Od pierwszych minut jego narracja ustawia cały seans na zupełnie innych torach. Z charakterystycznym dla siebie spokojem, inteligentnym humorem i lekką złośliwością prowadzi widza przez kolejne sceny, wyciągając z nich wszystko to, co najlepsze – a raczej wszystko to, co najgłupsze. I robi to z wyczuciem człowieka, który doskonale rozumie, iż zły film można albo przemilczeć, albo uczynić z niego źródło wielkiej komedii. Łona wybiera rzecz jasna tę drugą drogę.
Pamiętam swój pierwszy kontakt z Klątwa Doliny Węży. Był to seans w warunkach wybitnie koleżeńskich, okraszony improwizowanym drinking game. Śmiechu było co niemiara, choć nie jestem pewien, ile zawdzięczaliśmy samemu filmowi, a ile okolicznościom przyrody. Kiedy więc pojawiła się perspektywa ponownego oglądania – tym razem na trzeźwo – odczułem coś na kształt egzystencjalnego zmęczenia jeszcze przed seansem. I wtedy pojawił się Łona niczym przewodnik po krainie ekranowego absurdu.
Ta wersja działa dokładnie tak, jak działa oglądanie fatalnego filmu z grupą błyskotliwych znajomych. Nagle wszystkie niedoróbki stają się atutem, a sceny, które wcześniej wywoływały jedynie politowanie, zaczynają bawić do łez. Łona punktuje absurdalne decyzje bohaterów, celebruje toporność dialogów i z prawdziwą czułością pochyla się nad wszystkimi elementami tej produkcji, które dawno temu powinny zostać pogrzebane pod warstwą kinowego kurzu. Padają odniesienia do ZX Spectrum, pojawiają się mrugnięcia okiem w stronę polskiego rapu – od Bilona po Molestę – a całość ma ten cudowny klimat domowego komentowania filmu, kiedy najlepsze kwestie nie padają z ekranu, ale z fotela obok.

fot. materiały prasowe
Co najważniejsze, ta narracja nigdy nie sprawia wrażenia doklejonej na siłę. Łona nie próbuje przykrywać filmu własną osobą. On raczej prowadzi z nim dialog – momentami ironiczny, momentami serdeczny, ale zawsze piekielnie zabawny. Dzięki temu seans nabiera nowego rytmu. To już nie jest męcząca przeprawa przez kino klasy B, ale pełnoprawne widowisko komediowe, które ogląda się z autentyczną przyjemnością.
I oto największy paradoks całego przedsięwzięcia: Klątwa Doliny Węży przez cały czas pozostaje filmem złym. Bardzo złym. Narracja Łony nie naprawia scenariusza, nie poprawia aktorstwa i nie sprawia nagle, iż efekty specjalne nabierają hollywoodzkiego blasku. Ale jednocześnie nadaje temu wszystkiemu sens jako doświadczeniu czysto rozrywkowemu. To trochę jak oglądanie starego, rozpadającego się cyrku, do którego ktoś dołożył genialnego konferansjera. Nagle człowiek przestaje zwracać uwagę na krzywe dekoracje, bo świetnie bawi się samą atmosferą spektaklu.
I być może właśnie dlatego ta wersja działa tak dobrze. Bo zamiast udawać, iż Klątwa Doliny Węży jest dziełem niedocenionym, przyjmuje ją dokładnie taką, jaka jest – pięknie nieudaną, nieporadną i absolutnie fascynującą w swojej katastrofalności. A dzięki Łonie ta katastrofa staje się czymś, do czego człowiek chce wracać. Najlepiej w gronie znajomych, z herbatą, czymś mocniejszym albo po prostu z gotowością do śmiechu przez dobre półtorej godziny.
Więcej recenzji filmowych nowości na Movies Room:
- Drama – recenzja filmu! Nauki przedmałżeńskie
- Super Mario Galaxy Film – recenzja filmu! Here we go again
- Projekt Hail Mary – recenzja filmu! Uwaga, naukowy bełkot












