„Klątwa Doliny Węży” – Klassssyka z Filmawką [CAMPING #70]

filmawka.pl 20 godzin temu

Określenie „najgorszy film w historii” to dość silnie nacechowany wyrok, brzmiący wręcz ostatecznie. choćby jeżeli zawęzimy perspektywę do konkretnego kraju, ciężko prawdopodobnie nieść brzemię największej abominacji w dziejach ruchomego obrazu. Tym bardziej, gdy powstaje ona w niesprzyjających okolicznościach, a oglądana jest niemal wyłącznie przez dzisiejszą soczewkę ironicznych przytyków. I choćby była to teza kontrowersyjna, to omawiane dzisiaj dzieło Marka Piestraka nie tylko nie zasługuje na tytuł najgorszego polskiego filmu, ale jestem skłonny spierać się o samo bycie filmem złym. Załóżcie zatem kapelusz, chwytajcie bicz w jedną dłoń, podręczny słowniczek polsko-tajski w drugą i wyruszcie w podróż do Doliny Węży.

Na początku było słowo. A adekwatnie kilka tysięcy słów opublikowanych w Przekroju na przełomie lat 1979-80, skondensowanych w opowiadanie Hobby doktora Travena autorstwa Roberta Strattona. Tajemniczy i prawdopodobnie amerykański autor to tak naprawdę alias dziennikarza i korespondenta Wiesława Górnickiego, który w Stanach przebywał w celach zawodowych. Historia o nowojorskim dentyście przykuła uwagę ambitnego filmowca – Marka Piestraka, który coraz wyraźniej zaznaczał swoją pozycję w rodzimym kinie gatunkowym i chciał zaprezentować publice pełnoprawny film przygodowy. Po otrzymaniu aprobaty od autora, natychmiast zaczął przekształcać opowiadanie w taki sposób, aby szanse na realizację adaptacji w ramach bloku wschodniego wzrosły. Przede wszystkim należało przenieść akcję pierwotnych wydarzeń ze Zgniłego Zachodu do bliższego nam geograficznie, ale równie prestiżowego miejsca. Padło na stolicę Francji, a konkretnie Uniwersytet Paryski, gdzie pracuje profesor Thanchhen Khumurumvanit Sukhrumvitcharan. Na potrzeby ułatwienia językowego dla reżysera/scenarzysty, aktorów i mnie, został on przemianowany na Jana Tarnasa. Odgrywanego przez Krzysztofa Kolbergera naukowca w czasie zajęć z filozofii dalekowschodniej nachodzi tytułowy Bernard Traven (Roman Wilhelmi), aby efektem domina zapoczątkować największą przygodę w ich życiach. Cofnijmy się jednak do pierwszej sceny, aby zarysować okoliczności, przez które dojdzie do tego niefortunnego ambarasu.

Indochiny, rok 1954. Na skraju przyschniętej dżungli ląduje helikopter Huey, który w oficjalnej produkcji będzie dopiero dwa lata później. Zetknięcie z ziemią zostaje wymuszone przez potężny ostrzał z karabinu maszynowego Browning w wykonaniu anonimowego członka Viet Minhu. Jeden z pilotów umiera na skutek obrażeń, jednak drugiemu udaje się wyjść z maszyny i przez gęstwinę dostać do pobliskiego klasztoru. Pilotem jest oczywiście Traven, który z francuskim mundurem na grzbiecie i pistoletem zaciśniętym w garści subtelnie perswaduje gościnę lokalnych mnichów. Nie wystarcza mu jednak kilka łyków wody. Postanawia „poczęstować się” także ozdobną szkatułą, stojącą w centrum świątyni, za co zostaje rzucona na niego Klątwa Doliny Węży. Jednak zawartość tego stylowego pojemnika dane nam będzie poznać dopiero trzy dekady później, gdy złodziejaszek skonfrontuje się ze wspomnianym wcześniej profesorem Tarnasem. Szkatułka skrywa tajemniczy manuskrypt, którego tłumaczeniem ma zająć się wykładający na Sorobonie po polsku naukowiec. Jednak w trakcie analizy obiektu dochodzi do niespodziewanego ataku. Traven, Tarnas i jego asystent zostają zaatakowani przez grupę/stado/ławicę węży, które mordują anonimowego pomagiera, w sekundę odcinając mu dopływ krwi i tlenu do mózgu na wysokości szyi. Wieść o niespodziewanym ataku zwierząt roznosi się po okolicy, a na miejsce animalistycznej zbrodni przybywa nie tylko oddział policji, ale też dziennikarka Christine Jaubert (Ewa Sałacka). Oczywiście zamierza zbadać całą sprawę, bez względu na sprzeciw naukowca i jego „zleceniodawcy”. Atmosfera zagęszcza się, gdy w domu Travena dochodzi do kolejnego ataku gadów, efektownie odpartego przez trzykrotne postrzelenie pełzającego agresora. Ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych manuskrypt mówiący o Dolinie Tysiąca Węży może być związany z nagromadzeniem gadów z rzędu łuskonośnych, dlatego by sprawę wyjaśnić, Traven i Tarnas wyruszają do Wietnamu.

fot. „Klątwa Doliny Węży” / materiały prasowe Galapagos Films

Podobnie zresztą jak ekipa filmowa, choć oryginalna literatura nasuwała inne skojarzenia. Umieszczenie akcji w Tajlandii, tak jak w pierwotnym opowiadaniu, wybił reżyserowi z głowy szef produkcji Zespołu Filmowego „Oko”, Jan Włodarczyk. Całość musiała zostać oparta na współpracy ze Związkiem Radzieckim, aby zgadzała się i logistycznie, i ideologicznie. Chociaż Piestrak nie planował robić kina jakkolwiek zaangażowanego społecznie, bo zupełnie go to nie interesowało, na papierze wszystko musi się zgadzać. Padło na estońską wytwórnię Tallinnfilm, która mimo wschodniej przynależności, miała ponoć dość zachodnie podejście do sprawy. W innych krajach udawało się już wcześniej w miarę tanio tworzyć kino fantastyczne, ale na wielką skalę (wg słów samego reżysera) zrobił to pierwszy raz Steven Spielberg. I taką Klątwę też by mógł przecież stworzyć. A skoro ludzie Piestraka zrobili już wcześniej doceniony za realizację Lot Pilota Pirxa, sukces może uda się powtórzyć. Naczelny Zarząd Kinematografii musiał oczywiście najpierw wydać zgodę na poziomie ministerialnym na samo rozpoczęcie rozmów. Wytwórnia Sovinfilm, która również została zaangażowana w produkcję zaproponowała współpracę z Laosem (lub Kambodżą, reżyser nie daje 100% pewności), ale tamte kraje się wycofały w związku z napiętą sytuacją wewnętrzną. Ostatecznie padło na Wietnam, gdzie według zapewnień, mieli „coś w rodzaju wytwórni filmowej”. Mieściła się w dawnym obozie karnym dla amerykańskich pilotów, który został dość prowizorycznie zaadaptowany do potrzeb filmowych. Fafim, bo tak nazywał się podmiot odpowiedzialny za produkcję, dogadał się z polską stroną na bardzo korzystnych warunkach. Wietnamczycy pokryją koszty pobytu ekipy w ich kraju w zamian za wykonanie kopii ich kilku istotnych filmów w polskich laboratoriach.

Współpraca jednak nie opierała się tylko na udostępnieniu lokacji, a na zaskakująco rozbudowanym wsparciu technicznym. Gdy przytoczony wcześniej Tallinfilm nie był w stanie zapewnić hali zdjęciowej potrzebnej do zbudowania kluczowej dekoracji (scena zalewania jaskini), Fafim pomógł i tutaj, oferując zbudowanie całości w ich wytwórni. Ponoć ekipą filmową zajęto się wzorowo nie tylko na szczeblu oficjalnym, ale też dzięki okolicznym mieszkańcom. Wszyscy wokół pomagali pracownikom z najmniejszymi rzeczami, oferując herbatę, pomoc w noszeniu sprzętu czy miejsce na odpoczynek. Zasugerowano także, żeby zorganizować ochronę Ewie Sałackiej. Z uwagi na pewien negliż aktorki oraz niespotykany w okolicy typ urody, jej samotne przebywanie w okolicy mogło być ryzykowne. Bodyguardem aktorki został Krzysztof Kolberger.

Trzeba jednak było ogarnąć szczepienia, transport, wyżywienie dla ekipy czy logistykę pracy o różnych porach dnia. Na potrzeby tego procesu kierownik produkcji Michał J. Zabłocki razem z operatorem Ryszardem Lenczewskim napisali broszurę Organizacja produkcji filmowej w warunkach tropikalnych. Azjatycki okres zdjęciowy zamknął się w przedziale 5 marca–11 kwietnia. Zdjęcia najpierw zrealizowano w Hanoi, później w okolicy Đà Nẵng, a na koniec w Sajgonie. Była to jednak trudna przeprawa. W niektórych lokacjach funkcjonowały ograniczenia dostępu, co krępowało ręce ekipie. Co jednak podejrzane, w strefach rzekomo niedostępnych w okolicy Đà Nẵng były przestrzenie, gdzie regularnie pojawiali się turyści… Czemu zatem filmowcy nie mogli się tam dostać? Głównym argumentem były wysokie opłaty zaproponowane przez cywili, ale do tego i tak trzeba ściągać helikopter, prosić o pozwolenia itd. Polacy jednak uparli się i będą tam kręcić bez względu na wszystko. W końcu już przylecieli, to co będą wracać. Cała ekipa, wliczając aktorów i reżysera, nosiła sprzęt, w tym ważący 20 kilogramów akumulator (własnymi rękami Marka Piestraka), by ostatecznie nakręcić kilka scen w Dolinie Czamów (zapewne Mỹ Sơn). Jednak na drodze stanął im jeszcze jeden problem: pojawili się Czerwoni Khmerzy. Za radą wietnamskiej ekipy, gdyby ktoś pytał, to oficjalna wersja wydarzeń zakłada, iż ekipa zajmuje się zabytkami. Milcząca obstawa jednak ani myślała zabrać się z miejsca akcji. Ostatecznym czynnikiem uspokajającym były papierosy, którymi poczęstowano Khmerów. Piestrak opowiadał, iż chociaż samemu nie palił, to regularnie miał przy sobie paczkę na wypadek poczęstowania kogoś ważnego celem przełamania lodów. Szlugi musiały okazać się nad wyraz skuteczne, bo Khmerzy wypalili swoje i bez słowa poszli.

fot. „Klątwa Doliny Węży” / materiały prasowe Galapagos Films

I chociaż z tej konfrontacji wszyscy uszli z życiem, był jeszcze jeden wyjątkowo ryzykowny moment. Chodzi o scenę na moście z lian. W ramach location scoutingu (zwanego też dokumentacją) filmowcy znaleźli coś podobnego, ale to była stara kładka na stalowych linach, zrobiona przez niemieckich budowniczych, prowadząca do elektrowni znajdującej się nieopodal. Z biegiem czasu została zdewastowana, ale lokacja była na tyle korzystna, iż postanowiono z niej skorzystać. Wietnamczycy, mimo wcześniejszej deklaracji o naprawieniu kładki, nie wierzyli, iż ekipa w ogóle przyjedzie, dlatego konstrukcja nie została tknięta żadnym narzędziem. W 24 godziny ekipa musiała zrobić to sama. Roman Wilhelmi, widząc trzymającą się na słowo honoru kładkę, obraził się teatralnie i zapewnił, iż na nią nie wejdzie. Mało tego, zerwał kontakt! Ryszard Lenczewski, odpowiedzialny za operatorkę, przekonał go dzięki technicznej sztuczki. Plan zakładał, iż filmowy Traven wejdzie na pomost jako ostatni, a oni sfilmują to wszystko obiektywem o krótkiej ogniskowej. W praktyce oznacza to spłaszczenie obrazu na tyle, iż realny dystans między postaciami na pierwszym, drugim i trzecim planie znacznie się skraca. Dzięki temu Wilhelmi mógł cały czas stać na brzegu, kołysząc nieporadnie biodrami, walcząc o życie z poziomu piachu. Sałacka i Kolberger wleźli na tę inżynieryjną abominację naprawdę, z czego ta pierwsza realnie zawisła nad przepaścią. Jaki argument zastosowano tym razem? Było znacznie bardziej płytko niż się wydawało na filmie, więc ewentualny uraz nie będzie tak poważny. Jednak żeby nie być aż tak lekkomyślnymi, utkano specjalną siatkę z nylonowych żyłek, którą zawieszono na moście jako asekurację. Sałacka spadłaby jak akrobatka, chybiając trapezu, a siła uderzenia byłaby na tyle zmniejszona, iż aktorka powinna przeżyć. A gdyby choćby coś się urwało, to na dole stali kaskaderzy, którzy mieli ją złapać. Nie było potrzeby. Nie spadła. To na szczęście jedyny przypadek prowizorki w tym filmie.

Umówmy się, samej scenografii nie można zbyt wiele zarzucić. Trzeba naprawdę wysilić wzrok żeby dostrzec, iż leżące w świątyni czaszki mają zakręcany dekielek, drzwi do niej są zrobione z dykty, a sypiąca się rzeźba była poukładana jak piankowe klocki dla dzieci. To wszystko jednak blednie w porównaniu z Wielkim Wężem, z którym konfrontację Adam „Łona” Zieliński określił przepięknie jako „idealne połączenie włókna szklanego, laminatu i nienachalnej gry aktorskiej”. Oddający swymi wysublimowanymi ruchami realne stworzenie, okraszony nienaganną mimiką i zwinnością realnego gada Wąż, to drugi z najbardziej klasycznych elementów realizacyjnych całego przedsięwzięcia. Jednak kpiarskie docinki na bok, ponieważ nie jestem w stanie odmówić temu animatronicznemu dziełu Janusza Króla ogromu kampowego uroku. Pierwotnie monstrum miało być sterowane elektronicznie, jednak tempo i koszty nie pozwoliły na realizację ambitnego planu. Jak określił to sam autor: „Zaprojektowałem i wykonałem smoka jak się patrzy, tylko iż zabrakło środków na animowanie go przed kamerą w tak dużym stopniu, jaki przewidywał scenariusz”. Ostatecznie model zawieszono na kilku linach, przytwierdzonych do ścian wąwozu w Górach Sowich, aby dzika bestia wyglądała jeszcze bardziej realistycznie w swej kamiennej samotni. Na szczęście dla ludzkości, z całej grupy/stada/ławicy węży ten największy nigdzie nie uciekł. W przeciwieństwie do widocznej w czołówce filmy kobry, której poszukiwania wstrzymały na cały dzień prace w studiu. Drugą niekwestionowaną gwiazdą jest Szef Złej Korporacji (którą dość ostentacyjnie pomijam, aby nie psuć zabawy osobom, które filmu jeszcze nie znają), przechodzący proces monstrualnej transformacji. Ponownie, cytując lektora najnowszej wersji filmu: „To unikatowe połączenie techniki poklatkowej, genialnego aktorstwa, modelarstwa z plasteliny, efektów specjalnych i bezkompromisowej charakteryzacji”. Przed laty nieliczni szczęściarze mieli okazję obejrzeć maskę cyklopa w Muzeum Kinematografii w Łodzi, jednak eksponat wrócił w ręce Janusza Króla. Kto wie, może uda go się namówić na ponowne pokazanie tego dzieła światu. Nie żebym po prostu chciał przymierzyć.

fot. Maska mutanta autorstwa Janusza Króla / Łukasz Grygiel, Muzeum Kinematografii w Łodzi

Zostając w temacie gwiazd, nie sposób nie pochylić się nad wspaniałą obsadą Klątwy. Henryk Bista, Leon Niemczyk, Krzysztof Kolberger, no i przede wszystkim Roman Wilhelmi. Aktor wysokiej klasy zaplanował sobie ponoć występ godny Marlona Brandy z Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, co nie współgrało z wizją Piestraka. Ciężko się jednak spierać, biorąc pod uwagę, iż pierwotnie w roli Travena obsadzony został Henryk Talar, który przeczytał scenariusz z niemałym entuzjazmem. Szef zespołu/główny producent powiedział jednak, iż nie biorą Talara i koniec. Reżyser osobiście przekazał wiadomość aktorowi, co niestety okazało się ich ostatnim kontaktem. I choć w ostatecznym rozrachunku występowi Wilhelmiego nie można niczego zarzucić (a jeżeli zamierzacie, to zaprawdę, powiadam wam, zaniechajcie), reżyser nie ukrywa, jak trudna była to przeprawa. W przeciwieństwie do pracy z Kolbergerem i Sałacką, którzy doskonale świadomi konwencji świetnie odnajdywali się na planie Kina Polskiej Przygody.

Oczywistym porównaniem, które pojawia się w każdym tekście i wspomnieniu o KlątwiePoszukiwacze zaginionej arki Stevena Spielberga. Jednak po pierwsze, reżyser zainteresował się opowiadaniem jeszcze zanim pojawiły się pierwsze przygody Indiany Jonesa, a po drugie: co z tego? Krytycy utrwalili tę wersję wydarzeń, nie tylko sugerując głód wschodniej publiki, czekającej na kolejne przygody charakternego archeologa (25 milionów widzów w ZSRR i milion w Polsce nie wzięły się znikąd), ale też porównując Jana Tarnasa do profesora Jonesa. Porównania szły jeszcze dalej, znajdując wizualną zależność między Christine Jaubert i Barbarellą, a Traven jako były wojskowy musiał mieć w sobie coś z bohaterów Plutonu lub Czasu apokalipsy. I co dalej? Indiana Jones inspirowany Charltonem Hestonem? Już nic oryginalnego nie mogą wymyślić, naprawdę… Na kolaudacji film był dość otwarcie chwalony. Barbara Sass-Zdort mówiła: „Mnie się film bardzo podobał. Uważam, iż jest bardzo sprawnie opowiedziany, iż jest momentami zabawny. Ale ma też elementy dramatyczne czy wręcz tragiczne. W sumie mogę powiedzieć, iż od strony dramaturgicznej akcja filmu jest prowadzona czysto i klarownie”. Trepczyński z kolei stwierdził: „Uważam, iż jest to film zrobiony według klasycznych wzorów tego gatunku, ma dramatyczną akcję, świetne zdjęcia. Ma wszystkie elementy atrakcyjne, jakie są nieodzowne w filmie sensacyjnym. Akcja filmu przebiega wartko, a to w tym gatunku jest najistotniejsze. Wiemy, w jakim kierunku będzie zmierzać finał i to też zostało przeprowadzone prawidłowo”.

Pamiętacie pewnie scenę z Ratatuj, gdy Anton Ego kosztuje pierwszego kęsa tytułowego dania i niesiony gastronomiczną ekstazą cofa się pamięcią do lat młodzieńczych? Odnajduje w tym prostym daniu dziecięcą euforia i miłe wspomnienia. Sceptykom Klątwy Doliny Węży polecam to samo. Nie pobłażliwość i przymykanie oczu na ewidentne wady filmu, ale powiew świeżości, jaki Marek Piestrak postanowił wpuścić do dusznego pokoju polskiej kinematografii. A iż przypadkiem, otwierając okno, zbiła się szyba i ktoś dostał w łeb okiennicą… zdarza się. Pozwólcie sobie zabrać się w podróż do Wietnamu, gdzie wraz z Łoną, jako waszym wyjątkowym audioprzewodnikiem, spojrzycie na ten klasyk może nieco inaczej. Nie tylko z krytycznym dystansem i ironią, ale też ogromnym szacunkiem i sympatią. Zresztą po to głównie spotykamy się w kinie i na naszej stronie.

korekta: Monika Konkol

Idź do oryginalnego materiału