Klątwa

filmweb.pl 1 dzień temu
Zdjęcie: plakat


Największy powrót roku już znamy. "Diabły" Kena Russella, po ponad 50 latach na świeczniku kanonu dzieł cenzurowanych i obrazoburczych, wchodzą wreszcie do dystrybucji kinowej w pełnej wersji reżyserskiej. Pokazy odrestaurowanej kopii na majowym festiwalu w Cannes wyprzedały się w okamgnieniu, a relacje z nich rozeszły się nie mniejszym echem niż recenzje głośnych premier z konkursu głównego – odnotowały je choćby mainstreamowe polskie media. Skąd takie zainteresowanie dziełem brytyjskiego mistrza? Co sprawiło, iż obrosło ono aż takim kultem? Dlaczego wraca właśnie teraz? I czy Polska jest na to gotowa?

W naszym kraju od paru lat trwa gorączka repremier – w każdym miesiącu w repertuarach można natrafić na przynajmniej kilka klasyków w najnowszych, odrestaurowanych wersjach. Powstały choćby osobne firmy, które trudnią się właśnie wprowadzaniem staroci, nierzadko o statusie zbliżonym do "Diabłów". Wystarczy wspomnieć tu niewątpliwy i niesłabnący sukces zbierającego na seansach tysiące widzów "Opętania" Andrzeja Żuławskiego. I to mimo radykalnej, histerycznej warstwy formalnej oraz gęstej od metafor, równie szalonej treści. Ale gdyby szukać więcej podobnych przykładów, kiedy masowo wszyscy rzucili się na kino wywrotowe czy transgresyjne, raczej nie znajdzie się ich wiele – u jednego dystrybutora "Amelia" zdecydowanie przebiła "Delicatessen", u innego "Nagi instynkt" poległ w starciu z "Asterixem i Obelixem: Misją Kleopatra". Akceptowalne rejestry surrealizmu zapewniał zaś stale dorobek Davida Lyncha, przypominany w okolicach jego śmierci aż w nadmiarze. Czy takie jednostkowe przykłady mogą cokolwiek potwierdzać? Że wolimy jednak mimo wszystko słodycz i śmiech od przegięcia i transgresji? Czy jednak nie?

Vanessa Redgrave
  • Russo Productions

Nowy kanon buduje się płynnie, ale oprócz firm dystrybucyjnych kształtuje go jednak też w znacznej mierze internet. Jestem święcie przekonany, iż sukcesowi "Opętania" bardzo pomogły nowe rankingi, gdzie trafiało na szczyty topek horrorów wszech czasów, ale także wycinki z pląsów Isabelle Adjani viralowo przemierzające różne platformy. Trudno jednak ocenić, czy Ken Russell ma podobnie memiczny potencjał co Żuławski – być może brakuje właśnie w tej historii wątku rodaka tworzącego na wygnaniu przedziwne opus magnum. Ale jest za to inny, interesujący aspekt, bo za kolportaż nie wzięła się żadna z krajowych firm, tylko globalny potentat Warner Bros., a w zasadzie jego nowa odnoga, Clockwork, mająca skupiać się na rozpowszechnianiu kina niezależnego. W obliczu finansowej klapy "Diggera" i przejęcia legendarnego studia przez Skydance Corporation to trochę ironiczne, iż pierwszym tytułem w ofercie okazał się zakazany przez lata, zbereźny projekt mistrza-outsidera.

Scenariusz zaczął powstawać już w latach 60. z inspiracji broadwayowską sztuką Johna Whitinga na podstawie "Diabłów z Loudun" Aldousa Huxleya. Kanwą dla tych utworów były prawdziwe wydarzenia z początku XVII wieku we francuskim klasztorze sióstr urszulanek, gdzie miało dojść do serii tajemniczych opętań. Od innych polowań na czarownice odróżnia je jednak wymiar polityczny – w Europie o czary oskarżano zwłaszcza kobiety z niższych warstw społecznych, wykluczane ze wspólnoty za różnie rozumiane niedopasowanie do reszty. W Loudoun głównym oskarżonym został jednak Urbain Grandier, dobrze wykształcony i zamożny proboszcz, będący w sporze z działaniami pierwszego ministra Francji, kardynała Armanda Jeana Richelieu. Konflikt władzy rozgrywał się tu na wszystkich polach, od sfery administracyjnej po seksualność – zakonnice miały śnić niedwuznaczne fantazje na temat przełożonego. Prawdziwa sodoma i gomora, co tam się nie działo. Kościół katolicki, owładnięty kontrreformacyjnym zapałem, wykorzystał sytuację do ataku na hugenocką część Francji.

Dudley Sutton
  • Russo Productions

Kino od samych swoich początków chętnie przypominało losy wiedźm i zwykłych osób rzucanych na stosy. Ken Russell wraz ze scenografem Derekiem Jarmanem wyraźnie zainspirowali się arcydziełami o inkwizycji, garściami czerpiąc z ekspresjonizmu "Męczeństwa Joanny D’Arc" i innych dzieł Dreyera, wzbogacając klasyczny styl o bogactwo kolorów. To właśnie kontrasty kolorów tak wyróżniają "Diabły" – wyblakłe, chłodne przestrzenie zakonu podbijają czerwień krwi oraz ciał rozgrzanych od szału. Loudun w ujęciu Russella, Jarmana i operatora Davida Watkinsa jest miastem zatopionym w bieli. Białe są mury, kafelki, szaty, konie, czaszki, larwy na tych czaszkach, choćby niebo jakby posiwiałe. W tak sterylnych warunkach twórcy dokonują symbolicznego wycięcia jąder władzy – chirurgicznie rozszywają sploty religii, polityki, seksualności, architektury, sztuki, pieniądza i moralności. Historyczne wydarzenia są tu wyłącznie przyczynkiem, szkicem do ponadczasowej rozprawy nad deprawacją klas wyższych. I zrzucaniem własnych grzechów na tych na dole, i tych niepodporządkowanych.

W momencie powstania "Diabły" zostały wykastrowane przez producenckiego cenzora z najbardziej kontrowersyjnej sceny, która do montażu wróciła dopiero w XXI wieku (między innymi dzięki staraniom brytyjskiego krytyka filmowego, Marka Kermode’a). Chodzi o dosłowny gwałt na Chrystusie, gdy w demonicznym ekscesie zakonnice zdzierają z krucyfiksu figurę Ukrzyżowanego i bezczeszczą ją seksualnie. Współczesna kopia już teraz sekwencję zawiera – tu warto wrócić do pytania o gotowość Polaków na tego typu bluźnierstwa. Niecałą dekadę temu przecież nad Wisłą rozgorzała dyskusja o dosyć zbieżne przedstawienie: fellatio na papieżu Janie Pawle II i inne inscenizacje ze spektaklu "Klątwa" Olivera Frljicia wystawionego w warszawskim Teatrze Powszechnym. Reakcja społeczna, a zwłaszcza środowisk katolickich, była prawie identyczna do afer wokół "Diabłów" z początku lat 70.: szturmy modlitewne, krucjaty różańcowe, zawiadomienia do służb i rozgorączkowane oświadczenia polityków oraz instytucji.

Vanessa Redgrave, Oliver Reed
  • Russo Productions

Z drugiej strony nie sposób porównywać publicystycznego gestu Frljicia, trochę na oślep wymachującego fallusem w celu rozbicia tabu, do głęboko przemyślanej strategii estetycznej Russella, obecnej w każdej ze scen. Jak na film traktujący o chaosie, dzikich żądzach i rozkładzie, "Diabły" mają dosyć spójną strukturę; wszelkie naruszenia boskiej i mieszczańskiej moralności realizowane są w ramach konsekwentnie rozwijanej konwencji. To dzieło na wskroś deliryczne, potęgujące dezorientację czasoprzestrzenną dzięki omamów wizualnych i dźwiękowych. Dzięki specyficznemu sposobowi oświetlania twarzy bohaterów oraz nietuzinkowej choreografii wewnątrz kadru całość zawieszona jest w niezręcznym rozkroku między patosem a kiczem. Zgorszenie jest więc tu stanem pożądanym podczas seansu, najlepiej w połączeniu z lekkim podnieceniem i trwogą.

Emocjonalne rejestry reżyser zrzucił na barki aktorskiego duetu – w ojca Urbaina Grandiera wcielił się Oliver Reed, a w zafiksowaną na jego punkcie szefową klasztoru, Vanessa Redgrave. To dwie świetnie prowadzone kreacje, oddające zarówno psychiczne, jak i fizyczne stany głównych bohaterów. Reed, może z uwagi na własny życiorys, odnalazł się w roli bon vivanta przeistaczającego się w mesjanistyczny symbol oporu wobec mechanizmów władzy. Redgrave zaś, jako matkę Joannę od Aniołów, śmiało można określić połączeniem Lucyny Winnickiej z arcydzieła Jerzego Kawalerowicza oraz Isabelle Adjani z przywołanego wcześniej "Opętania" – magnetyczną i histeryczną, wijącą się po ekranie kobietę po przejściach. Intensywność wrażeń zapewnia także ścieżka muzyczna, infernalny jazgot autorstwa Petera Maxwella Daviesa pełny jest brzdąkania, stukania, przeskakiwania dźwięków w różne strony, krzyków, orgiastycznych partii organowych i wszelakich szumów. Takie właśnie są "Diabły"; i w treści, i w formie łączą niebo z piekłem, krytycznie spoglądając na sacrum oraz profanum z dna czyśćca.

Christopher Logue
  • Russo Productions

Nie ma więcej sensu silić się na recenzenckie tony w końcówce, biorąc się za kultowy klasyk sprzed ponad pięciu dekad opisany już z każdej strony – wrócę więc do pytania o gotowość publiki. Chciałbym wciąż wierzyć w skandalizującą moc kina, ale to chyba przestrzeń należąca dziś już wyłącznie do polityki i sztuk performatywnych. Od 1971 powstały tysiące filmów znacznie bardziej przegiętych od dzieła Russella, nierzadko wręcz zwyczajnie obrzydliwych, choć wiadomo, co kto lubi. Współcześni widzowie, choćby w krajach tak religijnych jak Polska, chyba przestali się bać wielkiego ekranu – egzorcyzmy odprawia się dziś raczej na telefonach, w grach komputerowych albo na platformach streamingowych. Może też to dlatego, przejęte niedawno przez prawicowych magnatów medialnych Warner Bros., i tak wprowadza "Diabły" do międzynarodowej dystrybucji? Bo nie szokują tak jak kiedyś? Nie ma co gdybać, ważne, iż kontestatorski geniusz brytyjskiego reżysera znów można docenić w pełnej, nienaruszonej wersji. Klątwa rzucona przez pruderyjnych cenzorów wreszcie została zdjęta.
Idź do oryginalnego materiału