Klasyka z Filmawką: „Człowiek z marmuru” (1976) | WAJDA: re-wizje

filmawka.pl 22 godzin temu

„Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu[1]“ – tą horacjańską sentencję można odnieść zarówno do Andrzeja Wajdy, jak i miejsca, jakie w uniwersum polskiej kultury zajmuje Człowiek z marmuru (1976). Polski Obywatel Kane, jak określił go recenzent New York Timesa – po latach niejako sam urósł do rangi pomnika, wchodząc w przewrotny dialog z czasem, gdy „cały naród budował swoją stolicę”. Ta posągowa metaforyka pozostanie zresztą obecna przez cały film, ponieważ od statuy wszystko się tutaj zaczyna. Dokładniej – od wykutej w marmurze podobizny Mateusza Birkuta, dawnego przodownika pracy i zdegradowanego bohatera socjalizmu, którego młoda reżyserka Agnieszka postanawia uczynić bohaterem swojego dyplomu. Paradoks polega jednak na tym, że film Wajdy opowiada nie tyleż o stawianiu pomników, co ich demontażu. W tym sensie pozostaje dziełem zaskakująco współczesnym – naładowanym kontrkulturową energią, które, rozsadzając klasyczną narrację, bierze na warsztat jeden z najbardziej stabuizowanych okresów polskiej historii XX wieku: stalinizm i jego nieprzepracowane dziedzictwo.

Długa droga do premiery

Krytyczna rewizja wydarzeń z lat 50. w kinie była dla PRL-owskiej władzy co najmniej kłopotliwa. Mimo oficjalnego odcięcia się grubą kreską od „okresu błędów i wypaczeń[2]“ i stalinowskiego kultu jednostki na XX Zjeździe KPZR w lutym 1956, wiele jego konsekwencji nie zostało w pełni przepracowanych. Ich relikty – choć zepchnięte na margines życia publicznego – wciąż przenikały zbiorową wyobraźnię — także w kulturze, architekturze, a choćby sztuce użytkowej.

Stąd też liczne problemy realizacyjne, które na swojej (kilkunastoletniej!) drodze do premiery napotkał Człowiek z marmuru. Sam pomysł narodził się już we wczesnych latach 60. Po komercyjnej porażce Samsona (1961) Wajda postawił sobie za cel nakręcenie czegoś bliższego współczesności. Z pomocą przyszła mu wówczas odnaleziona w gazecie historia Piotra Ożańskiego – dawnego stalinowskiego przodownika pracy, który po latach nie mógł znaleźć zatrudnienia. Sporządzenie scenariusza reżyser zlecił Aleksandrowi Ściborowi-Rylskiemu.

Kadr z filmu „Człowiek z marmuru”/ mat. własne

Obaj panowie wiedzieli, iż dotykają kwestii politycznie i społecznie drażliwych. Stąd pomysł, aby realizację filmową poprzedziło „wybadanie gruntu“ poprzez publikację fragmentów scenariusza w prasie[3]. Nie przełożyło się to jednak na przychylność „góry”, a prace nad produkcją prędko zablokował ówczesny minister kinematografii – Tadeusz Zaorski. Nie ulega natomiast wątpliwości, iż choćby gdyby dopuszczono wtedy projekt do realizacji, z pewnością nie powstałby film, którym znamy dzisiaj; w rol;./?ę Birkuta miał się wówczas wcielić Ryszard Filipski. Również pierwotna wersja postaci Agnieszki znacząco odbiegała od zapadającej w pamięć, ekspresyjnej kreacji Krystyny Jandy – była to bohaterka pasywna, niepewna siebie, która w obliczu piętrzących się przeszkód na drodze do powstania materiału o Birkucie, rezygnuje, odkładając projekt na bliżej nieokreślone „kiedyś“.

Aby Człowiek z marmuru mógł w końcu ujrzeć światło dziennie, trzeba było zmiany na szczeblach decyzyjnych. W połowie lat 70. stanowisko ministra kultury i sztuki objął Józefa Tejchma, ktory – nie konsultując decyzji szerzej z aparatem partyjnym – dał zielone światło dla produkcji. Niewykluczone, iż w historii Birkuta mógł on dostrzec echo doświadczeń własnych i swoich kolegów z Nowej Huty. Prawdopodobnie nie spodziewał się jednak, iż za aprobatę wobec projektu przyjdzie mu niedługo zapłacić utratą stanowiska.

W oku partyjnego cyklonu

Film trafił do kin z początkiem 1977 roku. Powiedzieć, iż wywołał burzę to zdecydowanie mało. Kluczową rolę odegrał tutaj kontekst polityczny – premiera opowieści o robotniku zdradzonym przez socjalistyczne państwo przypadła zaledwie kilka miesięcy po czerwcowych strajkach 1976 roku. Fikcja i rzeczywistość z dnia na dzień zaczęły się przenikać.

Co ciekawe, zainteresowanie wokół premiery niezamierzenie podsyciła sama władza. Jak donosił anonimowy współpracownik SB: „Nie przez swoją formę i treść, ale na skutek wytworzonej wokół niego sztucznej atmosfery Człowiek stał się ośrodkiem zainteresowania, anormalnego i niezdrowego, nie tylko stałej klienteli kin, środowisk inteligenckich i młodzieżowych, ale ludzi nie interesujących się kinem, a mało choćby polityką i historią[4]“. Komunistyczni dygnitarze znaleźli się wówczas w trudnym położeniu: autorytet, jakim cieszył się Wajda, sprawiał, iż zarówno całkowite zablokowanie filmu, jak i dopuszczenie go do szerokiej dystrybucji mogło okazać się politycznie kosztowne. Ostatecznie zdecydowano się na rozwiązanie pośrednie – ograniczono liczbę kopii, zawężono dystrybucję do wybranych kin i starano się minimalizować skalę medialnego rozgłosu.

Przyniosło to efekt odwrotny od zamierzonego – szacuje się, iż mimo ograniczeń film mogło obejrzeć choćby 2,5 milionów widzów, a ceny za pojedynczy bilet w nieoficjalnych obiegach potrafiły sięgać choćby 500 zł. Seanse gwałtownie zaczęły przypominać rodzaj zbiorowego katharsis – widzowie odnajdywali na ekranie własną codzienność, dostrzegając, iż za fasadą kolorowego, gierkowskiego konsumpcjonizmu kryje się system, który pod względem ograniczeń swobód obywatelskich de facto kilka różnił się od rzeczywistości lat 50.

Panujący klimat polityczny sprawił, iż Człowiek… praktycznie nie miał szans na triumf podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jury, obsadzone w dużej mierze ludźmi związanymi z aparatem partyjnym, przyznało Złote Lwy Barwom ochronnym Zanussiego – choć sam reżyser, solidaryzując się z Wajdą, nigdy nagrody nie odebrał. Sprzeciw wobec werdyktu zamanifestowało również środowisko dziennikarskie, wręczając Wajdzie własną nagrodę w postaci symbolicznej cegły. Dzieło zostało docenione również za granicą – w 1978 roku Człowiek z marmuru został przemycony na festiwal w Cannes, gdzie — mimo pokazania go poza konkursem i zaledwie kilka dni przed zakończeniem imprezy — zdobył nagrodę międzynarodowego stowarzyszenia krytyków filmowych.

Nowa epoka, nowa wrażliwość

Człowieka z marmuru można śmiało uznać za formalnie najbardziej intrygującą część robotniczej trylogii, na którą — obok niego — składają się jeszcze Człowiek z żelaza (1981) oraz Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013). Już otwierająca film sekwencja, należąca dziś do najbardziej rozpoznawalnych w historii polskiego kina, natychmiastowo wrzuca nas w sam środek akcji. Oto dwudziestokilkuletnia studentka szkoły filmowej energicznym krokiem przemierza korytarze Telewizji Polskiej, próbując przekonać redaktora do zgody na realizację filmu dyplomowego o przodownikach pracy. Mężczyzna, nieprzekonany, kręci nosem –„tam są kolosalne kłody”, ostrzega, wspominając o „stu różnych pułapkach” i „sprawach niewyjaśnionych, zbyt ciemnych”. Zamiast tego sugeruje bezpieczniejszy temat: film o stali i przemyśle ciężkim.

fot. „Człowiek z marmuru” / mat. prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

Agnieszka jest jednak nieugięta. Lata 50. to przecież młodość jej ojca –okres, o którym, jak sama twierdzi, wie wszystko. Upór i witalność bohaterki okazuje się jej największą siłą: pcha ją do działania, pozwalając ignorować ostrzeżenia i odrzucać narzucane przez starszych mężczyzn wizje rzeczywistości. Jej stosunek do autorytetów najlepiej oddaje krótki, emblematyczny gest „wała”, wykonany tuż po opuszczeniu budynku telewizji.

W tym momencie rozbrzmiewa energetyczna wokaliza zespołu Alibabki i rozpoczyna się prawdziwy formalny popis Wajdy. Pierwsze minuty czasu ekranowego pozostają adekwatnie nieustannym ruchem; rytmiczny, pulsujący montaż perfekcyjnie zgrywa się z muzyką Andrzeja Korzyńskiego. W drodze do Muzeum Narodowego zbliżenia na twarz bohaterki przeplatają się z szerokimi ujęciami modernizującej się Warszawy — Trasą Łazienkowską, Dworcem Centralnym, Alejami Jerozolimskimi, a dominujące zdjęcia z ręki i dynamiczne ruchy kamery nadają całości wymiar quasi-dokumentalny.

Dotarcie na miejsce nie oznacza jednak końca biegu. Kamera wraz z ekipą filmową przemyka przez muzealne sale, nie zatrzymujac wzroku na impresjonistycznych płótnach czy średniowiecznych eksponatach. Naszą bohaterkę interesuje bowiem przede wszystkim to, co ukryte pod ziemią dosłownie i w przenośni. Tak trafia do muzealnych magazynów, gdzie pośród zakurzonych reliktów socrealizmu spoczywają artefakty wypartej historii. Korzystając z nieuwagi kustoszki, bohaterka włamuje się do zamkniętego pomieszczenia dzięki spinki do włosów, otwierając symboliczny portal do lat 50.

Nieprzypadkowo, odnajdując przewrócony posąg Mateusza Birkuta, Agnieszka nie ustawia kamery na statywie, ale bierze ją bezpośrednio do ręki. Również dzięki tego gestu Wajda opowiada się po stronie nowej wrażliwości estetycznej – bliższej bieżącej rzeczywistości politycznej, chwytane „na gorąco”, rozedrganej i nieuporządkowanej.

Kadr z filmu „Człowiek z marmuru”/ mat. własne

Od tego momentu następuje również zasadnicze rozszczepienie narracji. Akcja zaczyna funkcjonować równocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych: współczesnym śledztwie Agnieszki oraz biografii Birkuta, stopniowo wyłaniającej się z wywiadów, wspomnień i archiwalnych materiałów. Dynamizm współczesnych scen zostaje przy tym wyraźnie skontrastowany ze statecznością fragmentów stylizowanych na dawne kroniki filmowe.

Bunt ma twarz kobiety

Nie ukrywam jednak, iż bardziej niż recepcja Człowieka z marmuru, zdominowana przez polityczno-historyczne uwikłania produkcji, od zawsze fascynował mnie jego mniej oczywisty, subwersywny potencjał – ten, który dopiero w ostatnich latach na nowo zaczyna przyciągać uwagę badaczy. Sebastian Jagielski określił tę tendencję mianem poetyki ekscesu – wizualnego nadmiaru, będącego zarazem strategią politycznego oporu. Jak pisze Jagielski, eksces „uwidacznia się za sprawą tego, co nadmiernie intensywne, nadmiernie cielesne, szokujące czy prowokujące, różne zerwania i pęknięcia wewnątrz dominujących struktur (…) ujawniając zarazem to, co owe struktury tłumią, ukrywają i wykluczają[5]”. W przypadku Człowieka z marmuru odnosiłoby się to nie tyle do przemilczanych lat 50, co nieuświadomionych procesów emancypacyjnych – zarówno w odniesieniu do płci, jak i klasy.

Najbardziej widoczne staje się to w figurze Agnieszki. Aby opowiedzieć historię Birkuta, Wajda potrzebował medium, będącego wcieleniem ducha nowych czasów. Jak mówił reżyser „Agnieszka jest trochę wymyślona – ale jako córka kolejarza z małego miasteczka musi siebie jakoś wymyślić, żeby w ogóle zaistnieć w tym niełatwym świecie. Dlatego jest sztuczna, agresywna, zmanierowana, zawzięta[6]”. Ta nuta przesady działa jednak zdecydowanie na korzyść bohaterki. To właśnie magnetyczna ekranowa obecność Jandy (debiutującej na wielkim ekranie), określanej jako miks temperamentu Jacka Nicholsona, queerowego szyku Bowiego i gwiazdorskiej aury Jane Fondy, w dużej mierze determinuje doświadczenie odbiorcze widza. Dżins na dżinsie, koturny na betonie, kamera na ramieniu. Bohaterka jest co prawda kobietą, ale w pierwszej kolejności filmowcem.

fot. „Człowiek z marmuru” / mat. prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

I być może właśnie owa androgyniczność i oderwanie od rzeczywistego kontekstu płci naraziło postać na – skądinąd uzasadnioną – krytykę części badaczek. Przykładowo, Maria Kornatowska zarzucała Wajdzie kreowanie „młodzieńca w damskim przebraniu[7]”. Reżysera oskarżano o instrumentalizację swojej bohaterki, która więcej wspólnego miała z abstrakcyjna figurą „wolności wiodącej robotnika na barykady TVP” niż z kobietą z krwi i kości, którą jeżeli chciała podejmować w swojej twórczości politycznie ryzykowne tematy, prędzej kończyła ze złamaną karierą, jak Ewa Kruk, niż jako ikona.

Dopiero krytyka feministyczna ostatnich lat zaczęła na nowo dostrzegać jej potencjał. Abstrahując od realnych uwarunkowań funkcjonowania reżyserek w Polsce Ludowej, na bohaterkę patrzeć można jak na hołd złożony przez Wajdę kobietom kształtującym jego własne wyobrażenie o kobiecie w zawodzie filmowca. Filmowa Agnieszka swoje imię zawdzięcza w końcu dwóm ważnym imienniczkom — Agnieszce Osieckiej – absolwentce łódzkiej reżyserii, którą Wajda poznał na planie Niewinnych Czarodziejów oraz Agnieszce Holland – wieloletniej asystentce i jednej z najważniejszych współpracowniczek reżysera.

Przechwycona estetyka

Kolejny pomost między medium filmowym a rzeczywistością w Człowieku z marmuru budują liczne nawiązania do sztuki i ikonografii socrealizmu. W linii czasowej, poświęconej historii Birkuta film Wajdy zaludniają sylwetki wyjęte wprost z płócien z początku lat 50. Gdy w scenie zawodów murarskich jeden z towarzyszy podaje bohaterowi cegłę, czuć w tym bezpośrednią inspirację kultowym obrazem Aleksandra Kobzdeja. Ten sam malarski trop powraca również później, gdy Podaj cegłę widnieje w tle na ścianie podczas otwarcia wystawy Birkuta w galerii „Zachęta”.

fot. „Człowiek z marmuru” / mat. prasowe Stowarzyszenia Kin Studyjnych

Socrealistyczne techniki obrazowania obecne są także w samej materii języka filmowego, szczególnie w sposobie kadrowania Agnieszki. Film często prezentuje ją od dołu, z tzw. żabiej perspektywy, monumentalizując jej sylwetkę na wzór betonowych kolosów, dobrze znanych nam z fasad socrealistycznej architektury. Jednak ten zabieg artystyczny oprócz czystego naśladownictwa stylistyki czasów minionych ma jeszcze drugi aspekt – rozliczeniowy.

W końcu jednym z czołowych propagandystów, tematyzowanego przez film okresu, był nie kto inny jak Aleksander Ścibor-Rylski – autor scenariusza Człowieka z marmuru. Dzieło Wajdy jest więc filmem rozrachunkowym, nie tylko wobec systemu, ale także biografii własnych twórców. Reżyser idzie jeszcze o krok dalej, umieszczając swoje własne nazwisko w czołówce fikcyjnego filmu propagandowego oglądanego przez Agnieszkę w montażowni – Oni budują nasze szczęście, nawiązując tym samym do własnej młodości, gdy sam asystował przy podobnych produkcjach.

*

Arcydzieło Wajdy, które w tym roku obchodzi swoje pięćdziesięciolecie, niezmiennie inspiruje i budzi emocje, pozostając przy tym niewyczerpaną kopalnią interpretacji. Od najmocniej wybrzmiewającej w momencie premiery wymowy politycznej, przez refleksję nad mechanizmami socjalistycznego awansu klasowego, aż po późniejsze odczytania feministyczne – bogactwo kontekstów sprawia, iż z każdym seansem można odkrywać w nim nowe warstwy. Wreszcie, jest to bodaj najbardziej znany polski film autotematyczny, podejmujący problem walki o prawdę i niezależność artystyczną w starciu z cenzurą.

Nie będzie zatem przesadą, jeżeli powiem, iż prywatnie pozostaje on moim ulubionym filmem Wajdy – dziełem, w którym formalna maestria spotyka się z wielką historią i politycznym ciężarem epoki, a figura buntu wyrasta nie z nad-obecnej w naszej kulturze narracji narodowo-chrześcijańskiej, ale wyraźnie kontrkulturowego impulsu.

Korekta: Magdalena Wołowska


Bibliografia:

  • Andrzej Wajda, Film kręcony przez życie, rozm. Krystyna Nastulanka, w: Wajda mówi o sobie. Wywiady i teksty, WL, Kraków, 1991, s. 113
  • S. Jagielski, Przerwane emancypacje. Polityka ekscesu w kinie polskim lat 1968-1982, Kraków 2021
  • Kornacki K., Tworzenie obrazu przeszłości w trylogii robotniczej Andrzeja Wajdy, „Przestrzenie Teorii”, 27, 2017, s. 77–92
  • https://www.nytimes.com/1981/01/23/movies/film-wajada-s-man-of-marble-a-polish-style-citizen-kane.html
  • Monika Talarczyk-Gubała, Ewa vs. Agnieszka Reprezentacje reżyserek w wybranych filmach Andrzeja Wajdy i Barbary Sass
  • G. Niziołek, Awans społeczny i polityczna nieświadomość: Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy i Tańczący jastrząb Grzegorza Królikiewicza, w: Migracyjna pamięć, wspólnota, tożsamość (pp.309-325)
  • Zawistowski A., Jak rzeźbiono Człowieka z marmuru?, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, 3, 2010.
[1] Horacy, Pieśń III, 30 (Exegi monumentum aere perennius…) tłum. Lucjan Rydel. [2] Termin stosowany po 1956 r. w dyskursie politycznym i publicystycznym jako eufemistyczne określenie okresu stalinizmu oraz kultu jednostki. [3] Zawistowski A., Jak rzeźbiono Człowieka z marmuru?, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, 3, 2010, s. 64. [4] IPN BU 0222/1572, Informacja operacyjna od źródła „Leśnik”: Wokół Człowieka z marmuru, s. 3–13 [5] S. Jagielski, Przerwane emancypacje. Polityka ekscesu w kinie polskim lat 1968-1982, Kraków 2021, s. 20. [6] Andrzej Wajda, Film kręcony przez życie, rozm. Krystyna Nastulanka, w: Wajda mówi o sobie. Wywiady i teksty, WL, Kraków, 1991, s. 113. [7] M. Kornatowska, Eros i film, Łódź 1986, s. 178.

Tekst powstał we współpracy patronackiej ze Stowarzyszeniem Kin Studyjnych nad przeglądem „WAJDA: re-wizje. Przegląd filmów Andrzeja Wajdy w 100. rocznicę urodzin”.

Idź do oryginalnego materiału