JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Czyli pańskie polskie pochodzenie to nie medialny fake?
Skądże znowu. Nie znam wielu polskich słów, ale moi przodkowie od strony ojca byli polskimi chłopami. Mój dziadek przybył do Ameryki na początku XX w. Mój ojciec dorastał na małej farmie w Shikshini w Pensylwanii, w wielodzietnej rodzinie. Było ich jedenaścioro. Większość pracowała w kopalniach węgla. Ojciec był jedynym, który poszedł na studia (MIT) dzięki funduszom z GI Bill po zwolnieniu z wojska. Służył m.in. podczas ataku na Pearl Harbor.
Został fizykiem jądrowym.
Tak, ale ja go pamiętam przede wszystkim jako majsterkowicza i wynalazcę. Bardzo mi swoją pomysłowością imponował, starałem się ją od niego przejąć. Podobnie jak wzorzec wytrwałości i dążenia do celu mimo trudnych warunków, co przejawia się u mnie w determinacji, by realizować oryginalne projekty, choćby gdy tracą finansowanie lub są odrzucane przez wielkie studia. Lubię traktować robienie filmów jak ręczną robótkę: czasem coś wybuchnie, czasem nie, ale proces tworzenia i poprawiania trwa nieustannie. Uprzedzę kolejne pytanie: nigdy nie byłem w Polsce, jednak nie wykluczam, iż kiedyś wasz kraj odwiedzę, aby przyjrzeć się swoim korzeniom z bliska i zobaczyć szkołę filmową, o której często wspominają operatorzy, z którymi pracuję.
Czytaj też: Gorączka przedoscarowa. „Polityka” typuje faworytów. „Grzesznicy” zgarną wszystko?
A co ze słowiańską melancholią? Czy polska tradycja jakoś pana inspiruje?
Myślę, iż melancholia to dobre określenie.
















