Kilka kadrów: festyn w Szreniawie

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Dawid Tatarkiewicz


W pociągu panowała rodzinna atmosfera – poniekąd wymuszona znaczną bliskością niespokrewnionych pasażerów. Było nas po prostu wielu, bardzo wielu. Starsi, młodsi, dziadkowie z wnukami, dziewczyny z chłopakami, żony z mężami, rodzice z dziećmi – wszyscy ciągnęli na coroczny jarmark.

A iż pogoda sprzyjała, to i w pociągu musieliśmy się nieco ścieśniać. Tym bardziej, iż niektórym towarzyszyły rowery.

Wysiadanie na stacji Szreniawa było procesem: nieco trwało, aż wszyscy zainteresowani opuścili pokład pociągu. Działo się to szczęśliwie w atmosferze życzliwości. Pojedyncze głosy gburków były na bieżąco topione w dominujących uśmiechach. To dobra i skuteczna metoda.

Kolorowy zawrót głowy

Okazawszy stosowną legitymację, znalazłem się na terenie Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego – tak brzmi pełna nazwa placówki. I niemal od razu otoczony zostałem przez kramy wystawców, którzy na weekendową imprezę przybyli w obfitości.

Rękodzieło, spożywcze wyroby własne (począwszy od miodów, przez sery, na wędlinach skończywszy), przejawy twórczości ludowej. Także wynalazki naszych czasów, które budziły zainteresowanie swoją innowacyjnością – mam na myśli tak sprytnie wyważone figurki ptaków, iż trzymały się na palcu osoby zaangażowanej jako „lotniskowiec”, dotykając go samym tylko dziobem.

Odbyłem miłą pogawędkę z panem malarzem, który pokazywał na festynie swoje prace. Malowane charakterystyczną techniką, tworzyły imponujące, niezwykłe dzieła.

fot. Dawid Tatarkiewicz

Na pobliskim trawniku przebywały rozstawione, wyrzeźbione w drewnie gęsi i kaczki, wśród których dorośli fotografowali swoje pociechy. Na tle dominujących strojów współczesnych od razu rzucały się w oczy stroje ludowe – w szczególności osób zaangażowanych w występy sceniczne.

Scena stanowiła istotny punkt całego przedsięwzięcia. Muzyka roznosiła się wokół i, gnana wiatrem, wpadała w uszy z mniejszą lub większą intensywnością. Zaproszeni wykonawcy dawali z siebie wszystko, by ukontentować publiczność, a przy okazji zwabić kolejne osoby na chwilę odpoczynku przy świszczących w powietrzu nutach lub występach zespołów folklorystycznych.

Moc spotkań

Tego typu wydarzenia, gromadzące tłumy, mają swoją moc. To nie tylko możliwość obejrzenia wystaw stałych bogato eksponowanych w Muzeum. Swoją drogą, każdy, kto chciałby zwiedzić tylko je i tak miałby co robić przez dwa dni. Ale przecież one dostępne są również na co dzień.

Mocą tego wydarzenia były rozmowy, dyskusje, możliwość degustacji potraw, dowiedzenia się czegoś o nich oraz ich wytwórcach – zwykle pasjonatach jedynych w swoim rodzaju. U takiej młodej, ale niezwykle zaangażowanej w swą pracę osoby, zakupiłem miód rzepakowy. Dowiedziałem się przy tym, iż ona – jak na pasjonatkę przystało – daje swoim pszczołom niecodzienne możliwości do pracy, wywożąc ule w wybrane miejsca: tam, gdzie w danym okresie roku kwitną pożądane gatunki kwiatów. Owocem tego są nie tak powszechnie spotykane odmiany miodów.

W innym miejscu skosztowałem kozich serów, które okazały się wybitne w smaku. Kawałek tego smaku również nabyłem i wziąłem ze sobą do domu.

fot. Dawid Tatarkiewicz

Jako iż drugi dzień festynu przypadał na niedzielą palmową – nie brakowało kolorowych palm różnej wielkości. Choć z zimowań nie przyleciały jeszcze wszystkie gatunki ptaków (była to przecież dopiero końcówka marca), to jednak tutaj dominował jeden – „bulgotek festynowy”. Ćwierkanie tych ceramicznych ptaszków, napełnianych wodą, roznosiło się tu i ówdzie, wplatając się w gwar muzyki i ludzkich głosów.

Skoro o wplataniu mowa – nie brakło również twórców koszy wiklinowych oraz, a jakże!, garncarza czy wreszcie pań z kół wiejskich gospodyń, które – z pomocą szydełka i nici – potrafią dokonywać cudów rękodzieła artystycznego. To wspaniała tradycja i oby nie brakło młodych, którzy zechcą ją poznać, przyswoić, praktykować i przenieść jej bogactwo w następne pokolenia! Przy tej okazji, w namiocie dedykowanym tym twórcom, mogłem obejrzeć również piękne obrusy oraz pisanki.

Uczta muzyczna

Wspomniałem już, iż organizatorzy zadbali, by uczestnikom festynu towarzyszyły muzyczne wrażenia artystyczne. Jednak ich apogeum zapewnić miały występy triumfatorów programu „The Voice Senior”.

fot. Dawid Tatarkiewicz

Już kiedy siedziałem na ławeczce i odpoczywałem, pałaszując małe co nieco, moim oczom ukazała się znajoma twarz, choć w nowej dla mnie odsłonie (fryzurze). To Zbigniew Zaranek w towarzystwie swoich bliskich przechadzał się po terenie Muzeum przed swoim występem – jeszcze w stroju niescenicznym, stąd nie był aż tak łatwy do dostrzeżenia.

Na godzinę piętnastą przypadło jego wyjście na scenę. Tego nie dało się przegapić, a adekwatnie – nie usłyszeć. Muszę powiedzieć, że, choć słyszałem już w swoim życiu wielu twórców i wiele wykonań na żywo (a niekiedy – niby na żywo), to pan Zbigniew należy do wokalnej elity. Ma barwę głosu szczególną, takież zdolności wokalne, stąd wykonanie poszczególnych utworów było na najwyższym poziomie. To nie jest łatwe – śpiewać przed publicznością na żywo, czysto, bez pomyłek, porywająco, słowem: profesjonalnie.

W takich warunkach, jego zachęta, skierowana zwłaszcza do seniorów (a myślę, iż w tym samym stopniu dotycząca wszystkich), by rozwijać swoje pasje, wybrzmiała szczególnie wiarygodnie. Na festyn warto było przybyć już choćby po to tylko, by wysłuchać tego koncertu. Dłonie same składały się do oklasków i tylko żal, iż każdy występ, również tak udany, z bisem, musi się kiedyś zakończyć.

Idź do oryginalnego materiału