Katarzyna Butowtt: O rodzicach nie trzeba mówić dobrze, jeżeli byli źli

opolska360.pl 2 godzin temu

Jolanta Jasińska Mrukot: – Ci, którzy obserwują pani karierę – a jest pani osobowością polskich i zagranicznych wybiegów, kobietą wielu sukcesów – poczuli zaskoczenie, iż oto nagle Katarzyna Butowtt napisała książkę „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli”. Czy wcześniej nie mówiła pani o swoim życiu?

Katarzyna Butowtt: – Nie, absolutnie nie. Wypierałam wszystko, udawałam, iż nie ma problemu. Udawałam tak dobrze, iż powinnam dostać za to Oskara. Dopiero teraz, kiedy to opowiedziałam, widzę, jak ogromne było to wyparcie. Ludzie są zdziwieni moją przeszłością, ale ja sama też jestem zdumiona, iż pozwoliłam sobie na takie odkrycie. Pomyślałam jednak: jeżeli nie teraz, to kiedy? Mam 70 lat. Nie zależało mi, żeby to była opowieść o mnie, tylko o skrzywdzonym dziecku i skrzywdzonej młodej osobie. Jedyną osobą, którą przed napisaniem książki zapytałam o zdanie, była córka mojej siostry. Mogła sobie nie życzyć, żebym pisała o jej matce. Powiedziała jednak, iż o trudnych sprawach trzeba mówić głośno.

– Jaki jest odzew po książce?

– Widzę, jak bardzo była potrzebna. Od premiery minęło trochę czasu, objechałam pół Polski i wciąż jeżdżę na spotkania z czytelnikami. Odbiór jest niezwykle pozytywny, czasem wręcz zaskakujący. Zatrzymuje się samochód, pani opuszcza szybę i dziękuje mi za książkę. Prawniczka, karnistka, ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach mówi, iż dziękuje. Takich sytuacji były dziesiątki – i wciąż się zdarzają.

„Święta pamiętam jako koszmar”

– Może to był taki czas, iż dzieci nie miały głosu. Pamiętam z podstawówki, jak nauczycielka z uznaniem mówiła, iż w jednym z domów przy drzwiach wisiała „dyscyplinka”, żeby ojciec mógł wymierzać karę. Do dziś wiele dorosłych osób przez cały czas mówi: „Przyznaję się bez bicia”.

– I chyba choćby się tym szczycono, jakby bicie dziecka dodawało rodzicom powagi. Do tego dochodził zakaz mówienia źle o rodzinie. To siedzi potem tak głęboko, iż sami ubarwiamy przeszłość, mitologizujemy ją i nie chcemy o niej opowiadać. Ja długo uważałam, iż nie muszę o tym mówić, bo to nikomu nie pomoże. Byłam przekonana, iż jako siłaczka zawsze dam radę i nie będę się nad sobą użalać.

– Jaki był dom Katarzyny Butowtt?

– Dulszczyzna. A ja z siostrą jak Hesia i Mela. Nam nic nie było wolno, a na zewnątrz trzeba było udawać, iż wszystko jest idealnie. Ojciec prawnik, mama urzędniczka, my pięknie ubrane. Pierwsi w okolicy mieliśmy telewizor, potem Syrenkę. A w domu – piekło. Mama piła, ojciec bił. Bił za wszystko, choćby za to, iż za wolno jadłam. Gdy robiło się za głośno, mama krzyczała, iż sąsiedzi usłyszą. Bił codziennie. Oni się chyba nie kochali, nie powinni być razem. A jednak zdecydowali się na dzieci… Święta pamiętam jako koszmar – łzy leciały mi na karpia. Dlatego dziś nie obchodzę świąt. Biorę plecak i idę z mężem do lasu. Ludzie mówią, iż mi zazdroszczą, a sami „muszą”, bo rodzina. Ja też kiedyś tak myślałam – odbierałam telefon od siostry alkoholiczki i natychmiast jechałam, bo rodzina. Nie rozumiałam, iż nic nie muszę.

Katarzyna Butowtt: Byłam praktycznie „na gwizdek”

– Jak radziły sobie te małe dziewczynki?

– Siostra uciekła w świat książek, nie było z nią kontaktu. Ja byłam energiczna, więc podwórko było moim światem. W domu musiałam być trusią. Ratowały mnie zajęcia dodatkowe – uciekałam w nie, byle nie być w domu. Chodziłam do szkoły baletowej, gdzie też było mnóstwo przemocy: fizycznej i słownej. Nie mogłam się poskarżyć w domu, bo wszystko było „moją winą”. Po trzech latach zabrano mnie stamtąd z ciężką nerwicą. Uczyłam się gorzej niż siostra, która była najlepszą uczennicą w klasie i całe dnie siedziała w domu. Wkurzałam ją wszystkim, też mnie biła. Przestała dopiero, kiedy jej oddałam. Ojciec przestał, kiedy zaczęłam pracować jako modelka i zarabiać naprawdę duże pieniądze. W miesiąc potrafiłam zarobić tyle, co on przez rok. Anka też została modelką. Gdy Tomek Sikora zaczepił mnie pod Domami Centrum i zaproponował zdjęcia, czułam, iż nie mogę iść sama – mimo iż nie byłyśmy blisko.

– Ale to pani podjęła się opieki nad wiekowymi rodzicami.

– Nie tyle się podjęłam, co nie wyobrażałam sobie inaczej. Byłam praktycznie „na gwizdek”. Może to uzależnienie kata i ofiary? A może zwykła przyzwoitość. Po prostu uważałam, iż powinnam się nimi zająć.

– Czy rodzice w podeszłym wieku uświadomili sobie, iż byli wobec dzieci niesprawiedliwi?

– Skąd! Próbowałam kiedyś porozmawiać z mamą – była zdziwiona. Nie rozumiała. „Przecież tak bardzo się starali”.

„Siostra odeszła tak jak mama – zapiła się”

– Siostra też się nimi opiekowała?

– Nie. Nie potrafiła pogodzić się z tym, jacy byli. Nienawidziła ich i nie umiała sobie z tym poradzić. Nie można powiedzieć, iż jej się w życiu nie powiodło, ale była nieszczęśliwa. Znieczulała się alkoholem.

– Opiekowała się pani także siostrą?

– Wkręciłam się w to bardzo, bo chciałam ją wyciągnąć z nałogu. Ale to tak nie działa – to ona musiała chcieć. A nie chciała. Woziłam ją na odtrucia, latami. Raz powiedziała: „Dobrze, iż jesteś”. I znów – nie wyobrażałam sobie, żeby ją zostawić. Jestem psychologiem, więc w teorii wiem dużo, ale w praktyce… gorzej. Od takiej osoby trzeba się odsunąć, bo pomagamy, wycofując pomoc. Trudne, bo wydaje się, iż bez nas zginie. Siostra odeszła tak jak mama – zapiła się.

– Kiedy pierwszy raz usłyszałam pani głos na żywo, od razu skojarzył mi się z Heleną, główną bohaterką filmu „Jezioro słone” Katarzyny Rosłaniec. Helena była tak samo wrażliwa jak pani, a jednocześnie potrafiła być bardzo stanowcza. Podobnie jak pani.

– To prawda. Kiedy się na coś uprę, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Wtedy wszystko da się załatwić, wszystko można zrobić. Od dziecka byłam przyzwyczajona do samodzielności, musiałam o wszystko zadbać sama. Nie mając żadnego oparcia, wiedziałam, iż mogę liczyć wyłącznie na siebie. A pierwsze duże pieniądze zarabiałam już w wieku piętnastu lat, pracując na pokazach mody.

– To musiało wynikać z pani silnej osobowości.

– Pewnie tak, bo inaczej człowiek by usiadł i płakał… albo się zapił. A tego absolutnie nie chciałam.

Mam szczęście w miłości

– Podobno często cytuje pani Agnieszkę Osiecką: „Nikomu nie żal pięknych kobiet”. Chodzi o to, iż nikt ich nie pożałuje, bo i tak dostały od natury więcej?

– Tak to działa. Wszyscy są przekonani, iż pięknej kobiecie jest w życiu łatwiej. A to wcale nie musi być prawda.

– Czyli bywa, iż piękna kobieta nie ma szczęścia w miłości?

– Ja akurat mam. Jesteśmy z mężem razem od 42 lat (Tomasz Butowtt, muzyk – aut.). Jesteśmy szczęśliwi i po prostu się lubimy. A o tym w związkach często się zapomina. Kiedy przypomnę sobie moich biednych rodziców… tragedia. Ciągle się kłócili, udowadniali sobie, kto jest lepszy. Ale moje pierwsze małżeństwo to była porażka. Mąż spłodził dziecko z inną kobietą trzy miesiące po naszym ślubie. Byłam w szoku, ale nie odeszłam od razu. Tkwiłam w tym związku, chyba dlatego, iż nie chciałam przyznać się do porażki. Nikt o tym nie wiedział – ani rodzice, ani znajomi, ani przyjaciele. Byłam przekonana, iż sama sobie z tym poradzę. W końcu jednak uznałam, iż dość, bo mimo tego pozamałżeńskiego dziecka przez cały czas robił swoje. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam od mamy, iż powinnam dostać Oscara, bo tak dobrze grałam. Udając, iż nic się nie dzieje.

„Jak zwykle w moim życiu, zadziałał przypadek”

– Jak to się stało, iż odeszła pani z modelingu?

– Po prostu miałam dość. Teraz robię to sporadycznie, choć namawiano mnie, żebym trafiła do jakiejś agencji. Ale już nie. Pierwszy pokaz miałam w wieku siedmiu lat – prezentowałam ubrania szkolne.A dziś mam siedemdziesiąt. Wystarczy. W tamtych czasach wszędzie piło się dużo alkoholu – nie tylko w świecie mody czy artystycznym. Przed każdym pokazem wręcz nas zachęcano do wypicia, serwowano alkohol tuż przed wyjściem na wybieg. Dla „swobody” i „błysku w oku”. Nikogo nie obchodziło, czy dziewczyna jest pełnoletnia, albo czy w ogóle chce pić. To trwało latami, więc niejedna mogła się uzależnić. Choć uzależnienie to nie jest taka prosta sprawa – nikt przecież nie kazał pić przez całe życie.

– Potem nastąpiła całkowita zmiana – zajęła się pani czymś zupełnie innym.

– Jak zwykle w moim życiu, zadziałał przypadek. Trafiłam do Fundacji Dr Clown. Przechodziłam obok, zobaczyłam szyld i postanowiłam wejść, zobaczyć, jak to działa. Dziesięć lat chodziłam po oddziałach jako wolontariuszka. Ktoś kiedyś powiedział, iż zamieniłam wybieg modelek na szpitalne korytarze. I bardzo się w tym odnalazłam, bo wolontariat jest czymś cudownym. Ale chodząc po oddziałach, przechodziłam ponownie wszystkie dziecięce choroby – łapałam je od dzieci. przez cały czas jestem w wolontariacie, ale w innej roli. Jako organizacja pozarządowa żyjemy z tego, „co łaska”, więc chodzę i załatwiam fundusze, żeby jak najlepiej wspierać nasze działania.

Katarzyna Butowtt: Opłacało się być starą

– Jak to się stało, iż dostała pani główną rolę w „Jeziorze słonym”? W filmie grało wielu znanych aktorów.

– Znowu przypadek. Kasia Rosłaniec szukała naturalnej aktorki – siwej, niepoprzerabianej. Więc opłacało się być starą i pomarszczoną (śmiech). Znalazła mnie w internecie i powiedziała, iż to mam być ja i nikt inny. Byłam w szoku.

– Kiedy rozmawiamy, mam wrażenie, iż siedzi obok mnie filmowa Helena. Jak przygotowywała się pani do tej roli?

– Przede wszystkim dużo rozmawiałyśmy z Kasią o każdej scenie. Nie było żadnych zdjęć próbnych. Krzysio Stelmaszyk, mój filmowy mąż, był mi znany jeszcze z czasów, gdy po szkole aktorskiej pracował jako model i jeździł z nami na pokazy Józefowicza. I jakoś poszło…

Grałam matkę alkoholiczkę

– Teraz ma pani kolejną główną rolę – w polsko-gwatemalskiej koprodukcji, gdzie gra pani Martę Baj, popularną polską piosenkarkę. Jakie to było doświadczenie?

– W trakcie pisania książki dostałam wiadomość, iż reżyser, Blaise Grisson, zobaczył trailer „Jeziora słonego” i zaproponował mi główną rolę w filmie „Tierra viva”. Pojechałam do Gwatemali – prywatnie pewnie nigdy bym tam nie trafiła. Cała ekipa, prawie wszyscy aktorzy, to Gwatemalczycy. Reszta – międzynarodowa. Było ciekawie. Zagrałam, film jest teraz w montażu. Reżyser powiedział mi, iż przy scenie, w której wspominam, jaką byłam złą matką alkoholiczką, montażysta płakał. Czekam na efekt końcowy.

– To trochę jak ekspiacja pani matki – coś, co się nie wydarzyło.

– Pewnie tak. W ogóle to było dziwne, bo książka była na ukończeniu, jeszcze coś omawiałam z redakcją, a tam już grałam matkę alkoholiczkę. Dziwna zbitka. Miałam moment, kiedy chciałam się wycofać z książki. Zastanawiałam się, po co ja to wszystko zrobiłam. Sam film był jednak świetnym doświadczeniem. A po powrocie do Polski wpadłam w wir podcastów, rozmów i wywiadów o książce.

– Czyli powrót do pani przeszłości.

– To nie jest tak, iż mnie to boli. Patrzę na to z dystansu. Mogę o tym swobodnie opowiadać, jakby to nie było moje życie, tylko bohaterki książki.

„Starsze kobiety dbają o siebie, bo chcą więcej”

– Czy Katarzyna Butowt może powiedzieć, czym jest czas dla kobiety? Czy działa wyłącznie na jej niekorzyść?

– Fatalną sprawą (śmiech)! Bzdura, kiedy ktoś mówi: „Kocham każdą nową zmarszczkę, wreszcie jestem sobą”. Nieprawda. Czas jest dla kobiety okrutny. O starszym mężczyźnie można powiedzieć: „fajny facet”. Pomarszczony – „rasowy”. A o kobiecie?

– …stare babsko (śmiech).

– Oczywiście. Powiedzą „stara baba”. I tyle. To nie fair. Na szczęście starsze kobiety nie siedzą już w domu. Kiedyś mogłyby spędzać życie w oknie, z łokciami na poduszce. Teraz korzystamy z social mediów, chodzimy, ćwiczymy. Granica wieku się przesunęła – medycyna na to pozwala. Moja teściowa zapisała się na tai-chi, kiedy miała 99 lat. Nikogo nie pytała o zgodę. W wieku 80 lat wchodziła na kort tenisowy w mini, z rakietą pod pachą. Miała odwagę. I nie chodzi tylko o strój – starsze kobiety dbają o siebie, bo chcą więcej. Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę.

„Dobrze zrobiłam, opowiadając swoją historię”

– Ale wróciła pani do modelingu. To obiecujące – kobiety nie idą w odstawkę. A pani przez cały czas ma mnóstwo energii, a to przecież nie jest dobro nieograniczone.

– Teraz stawia się na starsze kobiety, bo wiadomo, kto ma pieniądze. Ekonomia działa. Zwłaszcza w modzie, która jest wielkim biznesem. A ja przez cały czas mam energię i będę pracować, dopóki ją mam.

– Może późniejszy wiek to czas na opowieść o swojej przeszłości. Wiele osób nigdy tego nie zrobi, zamknie to w sobie na zawsze.

– Dlatego uważam, iż dobrze zrobiłam, opowiadając swoją historię. Każda kolejna „zwrotka” mnie w tym utwierdza. Spotykam kobiety wszędzie – w metrze, w sklepie, na Instagramie – które mówią, iż moja książka im pomogła. Że przez lata myślały o sobie źle, a dopiero moja historia uświadomiła im, iż o rodzicach nie trzeba mówić dobrze, jeżeli tacy nie byli. Ostatnio podeszła do mnie bardzo poważna pani, sędzia z Wrocławia. Opowiadała, iż zamiast „mama” wpisała w telefonie „Wrocław”. Napisała: „pie… Wrocław i pamiętaj o świętach”. Ta kobieta się po prostu uwolniła. Dziękowała mi, bo nie wiedziała, iż tak można. Odeszła, bo nie chciała się rozpłakać. Tak bardzo się ograniczamy. A ja już wiem, iż moja książka pomaga innym. Można powiedzieć, iż napisałam ją z pobudek terapeutycznych – ale nie dla siebie. Ja to wszystko już dawno przepracowałam.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „Opolska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału