Katastrofy lotnicze nigdy nie były moim ulubionym tematem reportaży czy produkcji próbujących odtworzyć ich przebieg. Dużo fachowego języka, techniczna struktura narracji i gdzieś w tym wszystkim zawsze znikają mi życiorysy osób, które giną w tych tragediach. Stąd moja postawa wobec Milenium Johna Varleya była zdystansowana. Zamiast miałkiego katastrofizującego SF dostałem dzieło błyskotliwe w swej idei i zaskakująco wciągające.
Nad Oakland dochodzi do fatalnego zderzenia dwóch samolotów. Ofiar jest wiele, a zadaniem zbadania przyczyn katastrofy zajmuje się zespół ekspertów pod wodzą Billa Smitha. Sprawa jest trudna, a staje się trudniejsza, gdy na jaw wychodzą pewne nieścisłości. Największą zagadką jest tajemnicze urządzenie nieznanego przeznaczenia, które swą genezę ma w odległej przyszłości. Przyszłości z której pochodzi Louise Baltimore, próbująca wspomniane nieścisłości przykryć i odzyskać tajemniczy artefakt.
Słowo „artefakt” jest może nieco na wyrost, bo chodzi o paralizator, który pozostał po jednej z misji zespołu panny Baltimore. Czym się on więc zajmuje? Kobieta pochodzi z naprawdę paskudnej epoki, która zmusza ludzkość do grabieżczych wypraw do wieków minionych. Nie zabierają oni jednak zaginionych antyków, bezcennej wiedzy czy zasobów. No chyba, iż zasobem jest człowiek…
John Varley przedstawia nam pomysł szalony, ale i genialny. Louise i jej ekipa przenoszą się w czasie w momentach katastrof z dużą liczbą ofiar. Podmieniają przyszłe/niedoszłe ofiary na ich kopie, a oryginały wykorzystują do zwiększenia swojej puli genetycznej. Bądź do innych celów biologicznych. Varley ukazuje świat w ciemnych barwach. Homo sapiens doprowadził się na skraj zagłady i choć dysponuje zaawansowaną technologią i Bramą pozwalającą na podróże w czasie, jego czas jest policzony. Piękna antyutopia.
W tym wszystkim Varley znajduje czas na nakreślenie swoich bohaterów. Smith to fachowiec pełną gębą. Rzeczowy, ale złamany niezbyt udanym życiem i zmierzający ku samozagładzie niczym świat Louise Baltimore. Ona z kolei to córa swojej epoki. Cyniczna, ale na tyle emocjonalna, iż nie pasuje do stereotypu bezwzględnego wykonawcy temporalnych misji. Autor wciąga nas w wir czasowych przekładańców, zaskakując coraz to nowymi zwrotami akcji i choć jego styl jest gładki, a i tłumacz postarał się o przejrzystość, to warto czytać Milenium z uwagą.
Nie zapominajmy, iż u podstaw tej historii leży katastrofa. Jak wspominałem na początku, nie jestem miłośnikiem tego typu opowieści, ale Varley, zachowując fachowość i autentyczność narracji, potrafi przykuć uwagę do tekstu. Bez niepotrzebnego słowotoku, nadmiaru faktów, za to z charakterem i powoli snutym napięciem. To nie takie sobie SF wyróżniające akcję i laserki nad faktyczną, wiarygodną treść. Czym dalej, tym magnetyzm książki rośnie, a finał to gorzka refleksja na temat człowieka. I choćby dlatego warto je poznać.
Milenium pióra Johna Varleya w pełni zasługuje na swej miejsce w Wehikule czasu Rebisu. To niebanalne SF łączące wątki katastroficzne, antyutopię i motyw podróży w czasie w stopniu, na który doktor Emmett Brown by się nie odważył. Milenium to interesujący starter dla kogoś, kto uważa SF za bzdurkę. Choć pomysły Varleya są odważne, to nie przekracza on granicy popkulturowego absurdu i umowności, będąc kilkukrotnie brutalnie wręcz realistyczny. Lubię być pozytywnie zaskakiwany, zwłaszcza gdy na początku jestem sceptyczny. A niniejsza powieść to najlepszy tego przykład.

Okładka książki Milenium
Tytuł oryginalny: Millenium
Autor: John Varley
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawca: Rebis 2026
Stron : 336
Ocena: 85/100



