JOE HILL: – Całą rodziną idziemy zbierać cukierki, przebieramy się za gang Scooby’ego-Doo, bo moje czteroletnie bliźniaki właśnie przeżywają okres fascynacji tą kreskówką. Ja będę Kudłatym, a moja żona Velmą. Początkowo chcieliśmy przebrać dzieci za Scooby’ego i Scrappy’ego, ale nikt nie lubi Scrappy’ego-Doo, więc będziemy mieli dwóch Scoobych. I bardzo dobrze, bo to najlepsze święto w całym roku!
Najlepsze?
Jasne. Przez wiele lat nie przepadałem za Bożym Narodzeniem, choć z biegiem czasu nauczyłem się je lubić. Jednak wciąż przeszkadza mi, iż zmieniło się w tak skomercjalizowany rytuał. Orgia wydawania pieniędzy, która zniszczyła to, co najważniejsze: przyjemność płynącą ze spędzania czasu z rodziną lub przyjaciółmi. Dla wielu osób liczy się to, jak wiele prezentów dostały i dlaczego akurat nie była to najnowsza konsola do gier. Dzień Dziękczynienia jest przyjemny, ale to tylko pretekst, żeby zjeść wielkiego indyka. Halloween też jest komercyjne, ale to jego przesłanie przemawia dziś do mnie najbardziej: korzystajmy z życia, póki tu jesteśmy; nic nie trwa wiecznie.
Pana najnowsza powieść „Król Smutek” powstawała przez blisko dekadę. To historia grupy przyjaciół, którzy przywołują mitycznego smoka, by ich chronił, ale w zamian co roku muszą mu złożyć kogoś w ofierze. Czytałem ją jako opowieść o sławie i popularności. Trzeba regularnie karmić bestię, jeżeli sami nie chcemy zniknąć.
To wspaniała interpretacja. Nie myślałem o „Królu Smutku” w ten sposób, ale to prawda: popularność to monstrum, które trzeba nieustannie zaspokajać, zwłaszcza dziś, w epoce mediów społecznościowych.






