Jeszcze nie zginęła, kiedy my…

filmweb.pl 7 godzin temu
Zdjęcie: plakat


Ikonografia kina wojennego nauczyła nas, iż aktywny opór przeciw nazistowskiej okupacji posiada dwa dominujące oblicza: palącego papierosa spiskowca i krwawiącego każdym centymetrem ciała więźnia. Z życiorysu Jeana Moulina (w filmie granego przez Gillesa Lellouche’a) – francuskiego bohatera narodowego odpowiedzialnego za zjednoczenie w 1943 roku rozproszonych po kraju organizacji podziemnych – László Nemes z sukcesem potrafi wyciągnąć je oba. Jego najnowszy projekt może i przez długi czas wygląda jak stylowe kino noir o panach z kapeluszami na głowach, ideałami w sercu i fałszywymi dokumentami w portfelach, ale nie dajcie się zwieść gatunkowym atrybutom. Autor „Syna Szawła” znowu wstał i wybrał przemoc.

Spotkania po latach częściej niż wspomnienia wydobywają różnice, zgrzyty z wyrytym w pamięci obrazem. W kinie Nemesa obraz ten wydawał się dotąd jasno zdefiniowany przez duchotę i klaustrofobię kadru. Kamera blisko przyciśnięta do ramienia bohaterów, jakby szukająca za nim kryjówki, budowała portrety opresyjnych czasów zarówno w jego oscarowym debiucie, jak i późniejszym „Schyłku dnia”, stając się głównym znakiem rozpoznawczym stylu reżysera.

„Moulin” otwiera jednak szeroka panorama kręconego nocą rozlewiska: malarski krajobraz, zaburzony przez dwa malutkie spadochrony powiewające na horyzoncie. Członkowie francuskiego ruchu oporu wlatują w kadr niespiesznie, ale choćby gdy już się w nim znajdą, film nie zawęża swojego kąta patrzenia. Dopóki bohaterowie mają przestrzeń działania, posiada ją przed oczami także widz – tak założył sobie Nemes, dlatego też ogranicza ją konsekwentnie dopiero wraz z narastaniem opresji wokół pojmanych postaci. Jego opowieść o uchwyceniu, zdemaskowaniu i torturowaniu Jeana Moulina pozwala sobie więc wykorzystać obraz do adekwatnego towarzyszenia scenariuszowi.

Ten, jak to zwykle u Węgra bywa, jest negocjowany przez prawdę historyczną i autorskie wyobrażenia na jej temat. Twórcza metoda nie zmieniła się choćby wówczas, gdy za protagonistę reżyser wspólnie ze scenarzystą Olivierem Demangelem wzięli sylwetkę o takim ciężarze biografii, jak ta należąca do Jeana Moulina. Domieszka wyobraźni była potrzebna – o ostatnich dniach z życia tego pomnikowego syna narodu nie mamy bowiem zbyt szczegółowych informacji. Zadbał o to walec historii kierowany nazistowską skrupulatnością, którego praca nie zdołała jednak pogrzebać prawdy doszczętnie. Jakiś dokument się nie dopalił. Ktoś przez więzienne kraty zobaczył więcej niż powinien. Ktoś inny w końcu zaczął mówić.

Mówić nie zaczął jednak Jean Moulin – choćby pomimo faktu, iż do powiedzenia miał swego czasu zdecydowanie najwięcej. Podziwiana przez Nemesa niezłomność jego charakteru jest oczywiście sensem całego filmu, bo jest i sensem całej narosłej wokół niego legendy o bohaterstwie przekraczającym zmiażdżone organy i połamane kości. Gnębiony na dziesiątki fizycznych oraz psychicznych sposobów znosi swoją dolę z godnością i ofiarnością świętego. Jego postać emanuje trudną do uchwycenia aurą już od pierwszych scen, gdy usadzony przy stole niczym Jezus w trakcie ostatniej wieczerzy łączy ze sobą skłócone strony francuskiego Ruchu Oporu: komunistów, chrześcijańskich demokratów, nacjonalistów, byłych wojskowych. Pojmany w wyniku judaszowskiej zdrady, bywa wątpiący, upada, obawia się nie udźwignąć krzyża swojej historycznej roli. A jednak, ostatecznie przekracza wszystkie te zmartwienia wiarą w zmartwychwstanie, którego jego kraj doczeka kilka ponad rok później.

Analogia męczeństw pozostaje ostra, ale niezwykle efektowna. Ponieważ akcja zaczyna się na tygodnie przed zamęczeniem Moulina, film Nemesa daje sobie szansę na przeprowadzenie nas przez zmianę jego statusu: od jednoczącego nauczyciela do cnotliwej ofiary wojny, od bojownika do świętego. Pokazuje ikonę francuskiego Ruchu Oporu jako jego ucieleśnienie – najpierw więc w ruchu (spiskowaniu, podróżach, spotkaniach, podejmowaniu fikcyjnych tożsamości), potem w oporze (fizycznym i psychicznym, politycznym i moralnym). Być przywódcą w Paryżu roku 1943 znaczy być jak naród cierpiący, ale i stawać na wysokości jego strapień. Dlatego pewnie konflikt pomiędzy Jeanem Moulinem a znęcającym się nad nim Klausem Barbie (znanym szerzej jako Rzeźnik z Lyonu, w filmie – Lars Eidinger) znacząco wykracza poza granice starcia jednostek. To starcie całych systemów: moralnych, ale i cywilizacyjnych. Demokratyczne człowieczeństwo przeciwstawione zostaje nieludzkiej faszystowskiej machinie. Chrześcijańska ofiarność – diabelskiemu makiawelizmowi.

Ich gra zaczyna się wysublimowaną psychologiczną szermierką: chwytaniem za słówka i dwustronnym popisem erystyki. W tych chwilach „Moulin” przypomina niemal hollywoodzkie kino wojenne – jasne, kręcone z większym smakiem i spokojniejszym tempem, ale pozwalającym sobie na sceny prawie-że rozrywkowe, jak choćby ta, gdy Barbie zmusza podejrzanego do przeprojektowania swojego gabinetu, by tym udowodnił swoją fikcyjną tożsamość dekoratora wnętrz. Naziści – wbrew temu, jak przedstawiał ich kiedyś Quentin Tarantino – to jednak średnio rozrywkowe typki. Zabawa w kotka i myszkę trwa tylko dotąd, dokąd nie da uzasadnić się okładania myszy miotłą. Nad grozą zarówno pierwszego, jak i drugiego Nemes ma zaskakującą reżyserską kontrolę.

Być może to wynik jego metody twórczego działania, zakładającego bliską współpracę z operatorem Mátyásem Erdélym już na etapie procesu pisania scenariusza. Dzieła Węgra mają rzadką przypadłość całkowitego zapadania się prze widza w ich fakturze. Kręcone na taśmie „Moulin” wygląda jak stara, pożółkła fotografia wprawiona w ruch – dominacja żółci i brązów odsyła mnie do szuflady prababci, w której zdjęcia z jej młodości odsłaniały mi tajemnicę starego, dawno minionego świata. Dla podkreślenia tego efektu Nemes bawi się też kompozycją. W części szpiegowskiej filmu naśladuje dawny styl kręcenia, chwyta twarze na bliskich zbliżeniach, profilami zwraca je do kamery. A potem, dla przełamania, trochę jak w „Ja, Kuba” Kałatozowa, wznosi ją niespodziewanie w górę, przelatuje nad sytuacją, dodając bardziej współczesny, elegancki sznyt. Żaden tytuł z tegorocznego konkursu w Cannes nie wyglądał tak pięknie. Żaden też nie brał sobie za punkt honoru, by to piękno wydobyć w obrazie na tyle różnych sposobów.

A jednak, gdy próbuję „Moulin” nazwać filmem pięknym, słowa pochwały stają mi w gardle, wydają się nie na miejscu. Choć Nemes bardzo świadomie dystansuje nas od scen fizycznej przemocy – rozgrywając je zwykle poza kadrem i czyniąc z nich tym samym kolejny złowieszczy sekret II wojny światowej – jego dzieło ma w sobie coś z powolnego zstępowania do piekła. W tej ścieżce bywa wpatrzony w większych od siebie, jak choćby w Kubrickowską „Mechaniczną pomarańczę” czy „Armię cieni” Melville’a. Jego projekt może i nie zmieni kina, może i nie wprowadzi choćby wiele nowego do ugruntowanego spojrzenia na bohatera francuskiego narodu. jeżeli już jednak musiałbym szukać go gdzieś na liście „pierwszych”, to powiedziałbym, iż żaden kręcony przed nim film na taśmie 35mm nie rozpoczynał się od animowanych logotypów Legendary Pictures, Disney+ i – ponad wszystko – HBO Max, należącego do koncernu Warner Bros.; tego samego, który przed trzema laty produkował film… „Barbie”. Nie wiem jak wam, ale mnie wydało się to niemałym chichotem historii.
Idź do oryginalnego materiału