Jeśli mama nie będzie mieszkać z nami, biorę rozwód! I tak zrobił
Jeśli nie pozwolisz, by moja matka zamieszkała z nami żądam rozwodu: i tak się stało
Mężczyzna, który przysięga ci miłość i wierność, może stać się obcy w jednej chwili. Zwłaszcza gdy stawiają cię przed wyborem zachować rodzinę albo ocalić się przed całkowitą zgubą. Przeszłam przez to.
Gdy wychodziłam za mąż za Kazimierza, nie mieliśmy własnego mieszkania. Żyliśmy razem z jego rodzicami. Dwa pokoje, ciasno, ale jakoś dawało się wytrzymać. Aż pewnego dnia jego ojczym wrócił do domu i zastał swoją żonę teściową z kochankiem. Młodszym, bezczelnym, z miną zbawcy. Szepnął jej o nowych horyzontach i górach złota. Ale postawił warunek:
Sprzedaj mieszkanie. Przenosimy się do innego miasta. Tam zaczniemy nowe życie.
Próbowałam otworzyć oczy Elżbiecie Wojciechowskiej:
On cię oszuka. Zostaniesz bez dachu nad głową.
Ale ona tylko się oburzyła:
Po prostu jesteście zazdrośni. Nie wtrącajcie się.
Tydzień później stałam na ulicy z dzieckiem na ręku. Mieszkanie sprzedane, my wyrzuceni. Kazimierz pracował na dwóch etatach, ja byłam na urlopie macierzyńskim i pisałam prace na zamówienie po nocach. Ledwo starczało na czynsz, ale walczyliśmy dla przyszłości.
Chcieliśmy wziąć kredyt hipoteczny, ale los zmiłował się nad nami: zmarła moja ciotka, samotna, bezdzietna. W testamencie zostawiła mi mieszkanie w innym mieście. Przestronne, jasne, z oknami na podwórze. Za oszczędności przeznaczone na wkład własny zrobiliśmy remont. Po raz pierwszy od dawna odetchnęłam z ulgą.
Ale spokój nie trwał długo.
Pewnego wieczoru, gdy zmywałam naczynia po kolacji, ktoś zapukał do drzwi. Na progu stała Elżbieta Wojciechowska. Twarz opuchnięta od łez, oczy jak u zbitego psa.
Córko synu wyrzucił mnie Wszystko stracone. Została mi tylko walizka. Pomóżcie
Wymieniliśmy spojrzenia z Kazimierzem. Widziałam, jak jego twarz mięknie. Wziął ją za ramiona, posadził w kuchni, nalał herbaty. A ja stałam tam, czując tylko tępy, pulsujący ból. Wiedziałam, iż ostrzegałam ją, błagałam, by nie robiła głupstw. Ale nie tylko nie posłuchała wyrzuciła nas z dzieckiem, gdy jeszcze było dobrze.
Kazimierz spojrzał na mnie:
Nie da rady sama. Nie możemy jej zostawić. To moja matka.
Zaciśnięte usta ledwo przepuściły słowa:
Wyrzuciła nas jak śmieci. A teraz chcesz ją tu przygarnąć? W tym mieszkaniu? Gdzie wreszcie zaczęłam oddychać?
Elżbieta Wojciechowska nie milczała:
Synu, nie mogę mieszkać na ulicy Pomóż Zrozumiałam, nie powtórzę tego
I wtedy padły słowa, które przecięły mnie na pół:
jeżeli nie zgodzisz się, by mama zamieszkała z nami żądam rozwodu.
Wszystko zawirowało. Odpowiedziałam spokojnie, choć serce krwawiło: Więc rozwód to jedyne wyjście, bo nie będę żyła z kimś, kto stawia warunki naszej miłości.












