Nie jestem krytykiem filmowym i nigdy nie chciałem nim być. Na co dzień nie pracuję też w dziale Kultura naTemat.pl. Ktoś po przeczytaniu tego tekstu może więc stwierdzić "to po co o tym piszesz", iż nie znam się na kinie, więc nie mam prawa się wypowiadać. Na szczęście mamy jeszcze wolność słowa.
Nie będzie to także klasyczna recenzja "Jednej bitwy po drugiej", bo tych powstało już na pęczki, a światowa premiera "najlepszego filmu roku" odbyła się dawno, bo 8 września 2025. Nie rozumiem jednak fenomenu tego filmu, wysokich ocen (7,1 na Filmwebie), zachwytów i brania za pewnik, iż film Paula Thomasa Andersona z Leonardo DiCaprio i Seanem Pennem zgarnie całą masę Oscarów w 2026 roku (13 nominacji).
"Jedna bitwa po drugiej" – faworyt do Oscarów mnie nie porwał. A szkoda
"To ma być najlepszy film 2025 roku", "Zobaczycie, będzie Oscar", "'Jedna bitwa po drugiej' wymiata" – czytałem nagłówki i komentarze. I spodziewałem się czegoś WOW, wbicia w fotel, czegoś podobnego do tego, co czułem, oglądając na przykład "Bękarty wojny" Quentina Tarantino. I chociaż Anderson wziął na warsztat trudny materiał, zamienił go w kino, o którym branża chce rozmawiać, pokazał walkę z białymi suprematystami, ewolucję buntu, relację ojciec-córka czy paranoję w podzielonej Ameryce, zawiodłem się. I to mocno.
Nie twierdzę też, iż straciłem 162 minuty na obejrzenie tego filmu, w końcu to nie był "Titanic II". Ale – choć poruszył cholernie istotny temat – po seansie nie pozostawił we mnie nic. Kompletnie. Bez głębi. Mam wrażenie, iż ten film został okrzyknięty arcydziełem jedynie z powodów politycznych. Dla mnie jednak "Jedna bitwa po drugiej" chce być taka rewolucyjna, a jest co najwyżej... poprawnie rewolucyjna.
Dla jednych ten film imponuje surowym, niemal dokumentalnym podejściem do scen wojennych. Spoko, tylko iż to bardziej przypomina bardzo ubogiego brata "Szeregowca Ryana". "ProkuraTOUR'a" Rafała Paczesia, która na Netflixie pokonała "Stranger Thing", też była niczego sobie (widziałem ten stand-up na żywo), ale mimo to została wręcz rozjechana przez użytkowników Filmwebu (ocena: 2,8). Dlaczego? prawdopodobnie przez s*eksistowskie wstawki na początku programu. I takich samych wstawek, i to również na początku, nie brakuje w "Jednej bitwie po drugiej". Ale takie obrazki recenzentom, widzom i krytykom przeszkadzają już znacznie mniej. Ciekawe, prawda?
Przed włączeniem komputera, by napisać ten tekst, swoimi spostrzeżeniami podzieliłem się z Zuzanną Tomaszewicz, dziennikarką popkulturową naTemat.pl. "On jest dobry pod kątem technicznym, aktorskim. Wiele tych zachwytów pochodzi z zamiłowania krytyków do Paula Thomasa Andersona po prostu" – usłyszałem.
Jasne, tylko iż ja – zwykły widz – nie oglądam filmów wyłącznie dla technicznych i wizualnych wrażeń (jest z nimi naprawdę dobrze), a gra aktorska to jednak nie wszystko.
"Jedna bitwa po drugiej" idzie po Oscary
Mniej będę zdziwiony, jeżeli Leonardo DiCaprio zostanie nagrodzony statuetką za rolę pierwszoplanową – choć ma na koncie dużo więcej ról godnych tej nagrody, a statuetkę dostał tylko raz w swojej karierze, w 2016 roku za pierwszoplanową rolę w filmie "Zjawa".
Moim zdaniem nominowany za rolę drugoplanową Sean Penn aktorsko wypadł w tej produkcji dużo lepiej. Mimo iż zapadł mi w pamięci jako żołnierz-onanista-faszyszta z zaburzeniami psychicznymi. Na tym jednak polega kunszt aktora, iż potrafi odnaleźć się w każdej roli.
Zdziwię się natomiast mocno, jeżeli "Jedna bitwa po drugiej" zgarnie Oscara za najlepszy film. Ale Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej już wiele razy pokazywała, iż zaskakiwanie ma wpisane w swoje DNA.
















