Pozłacany, czyli nie złoty. Udający piękniejszego niż jest. Taką właśnie epoką była końcówka XIX wieku: z jednej strony szczyt potęgi Zachodu, z drugiej – liczne problemy skryte pod fasadą bogactwa, które doprowadziły do dwóch wojen światowych w następnym stuleciu.
"Pozłacany wiek" to serial właśnie pozłacany – nie złoty. Niby z ważnymi nominacjami, ale bez większych nagród. Niby rozpoznawalny, ale z raczej średnimi jak na wysoki budżet wynikami oglądalności. Wszystko jest w tym serialu na bogato, warstwa realizacyjna zapiera dech w piersiach, aktorki zmieniają kostiumy co scenę. A jednak "Pozłacany wiek" w cztery lata od premiery wciąż pozostaje w cieniu "Downton Abbey", tej głośniejszej i ważniejszej produkcji Juliana Fellowesa. Podobieństwo do sagi o arystokratycznej rodzinie Crawleyów było celem "Pozłacanego wieku" – HBO chciało mieć serial w tym stylu, ale z akcją osadzoną w świecie amerykańskiej, nie brytyjskiej socjety. Fellowes przyjął propozycję i, czerpiąc garściami z anegdotek o życiu nowojorskiej klasy wyższej czasów belle epoque, stworzył "Pozłacany wiek".
Do świata serialu wprowadza nas Marian Brook (Louisa Jacobson), wrażliwa i inteligentna młoda kobieta, która po śmierci ojca przeprowadza się do Nowego Jorku do swoich ciotek – zasadniczej Agnes Van Rhijn (Christine Baranski) i nieśmiałej Ady Brook (Cynthia Nixon). gwałtownie przekonuje się o tym, iż jej rodzina z wielkiego miasta przywiązuje ogromną wagę do konwenansów i tradycji. Niezależna dziewczyna musi się dostosować do wymagań ciotki Van Rhijn. Niepisanym wrogiem nestorki arystokratycznego rodu jest jej sąsiadka, Bertha Russell (Carrie Coon). To kobieta z niższej warstwy społecznej, której mąż, George (Morgan Spector) dorobił się ogromnej fortuny na kolei żelaznej i należy do najbogatszych ludzi w mieście. Pani Russell jest zdeterminowana, by przekonać do siebie nieprzychylną nowobogackim elitę Nowego Jorku. "Pozłacany wiek" koncentruje się na losach obu rodzin, a także na życiu towarzyskim i obyczajowych skandalikach, zręcznie łącząc przy tym obyczajową fabułę z prawdziwymi wydarzeniami z historii Ameryki, takimi jak kulisy powstania opery Metropolitan.
Serial od samego początku mierzył się z pewnymi problemami. Najpierw pojawiły się preprodukcyjne przeszkody i castingowe roszady, potem przyszedł covid, i kiedy wreszcie "Pozłacany wiek" zadebiutował w 2022 roku, okazał się projektem odrobinę spóźnionym. Fellowes doskonale czuł telewizję, trochę gorzej rozumie streaming. "Pozłacany wiek" nie stał się serialem kostiumowym numer jeden także dlatego, iż mniej więcej w tym samym czasie wystartowali "Bridgertonowie" – i zmienili zasady gry. Widownia wybrała sensacyjność, lekkość, pazur i fantazję produkcji Netfliksa.
Konieczne okazały się zmiany. Od drugiego sezonu Sonja Warfield dołączyła do ekipy "Pozłacanego wieku" jako współscenarzystka. Nie chcę oskarżać mniej utytułowanej twórczyni o różne kuriozalne rozwiązania fabularne, które pojawiły się w tym czasie, bo sam Fellowes jest nierównym pisarzem. Jako scenarzysta ma na koncie zarówno wybitne "Gosford Park" Roberta Altmana, jak i koszmarnego "Turystę" z Angeliną Jolie. Jego pisarski temperament jest obyczajowy: błyszczy w dialogach, obserwacjach, charakterystyce postaci, dokumentowaniu codzienności. Gorzej wychodzi mu przedstawianie złożonych problemów, budowanie napięcia, suspens. "Pozłacany wiek" to taki serial, w którego świecie najmilej się po prostu "przebywa" – zżywamy się z bohaterami, towarzyszymy im jak przyjaciele. Dramaty i intrygi tkane dookoła najbardziej banalnych spraw niepostrzeżenie wciągają, ale po obejrzeniu czterech sezonów nie sposób nie zauważyć, iż "Pozłacany wiek" kręci się w kółko. Brak rozwoju postaci i powtarzalne wątki miejscami trącą telenowelą.
Pani Van Rhijn raz po raz doświadcza jakiegoś granicznego wydarzenia, które wymaga od niej nagięcia zasad i przyjęcia bardziej liberalnej postawy, by chwilę później zapomnieć o wyciągniętych wnioskach, bo przecież jej serialowa rola konserwatywnej starszej pani musi pozostać bez zmian. W każdym sezonie Bertha Russell wyznacza sobie nowy cel do osiągnięcia i w każdym sezonie wygrywa, przez co tracimy poczucie stawki, skoro choćby groźby bankructwa wiszące nad jej mężem zostają rozwiązane metodą deus ex machina.
Spadająca z nieba pomoc i wyjątkowo szczęśliwe zrządzenia losu to w ogóle plaga "Pozłacanego wieku". Dość powiedzieć, iż sytuacja, w której po śmierci ukochanej, najbliższej osoby okazywało się, iż w tajemnicy przed wszystkimi dysponowała pokaźnym majątkiem, ratującym rodzinę przed utratą pozycji społecznej, powtórzyła się w ciągu czterech sezonów aż dwa razy.
"Pozłacany wiek" często stawia przed bohaterami jakieś zagrożenie, tylko po to, by po wygenerowaniu emocji zażegnać je w jakiś absurdalnie prosty sposób. Kiedy w ostatnich odcinkach sezonu pierwszego jedna z bohaterek dowiedziała się, iż jej utracone lata temu dziecko przez cały czas żyje, to już na początku następnego sezonu nie tylko odkryła, iż jednak nie żyje, ale i nie gniewała się za długo na bliską osobę odpowiedzialną za tę śmierć, a cały wątek okazał się służyć absolutnie niczemu.
Wrażenie obcowania z telenowelą wynika też z pewnej powierzchowności poruszanych problemów. W trzecim i czwartym sezonie twórcy próbują nadać postaci George'a Russella odcienie szarości i wprowadzić kryzys do jego jak do tej pory idealnego małżeństwa z Berthą, ale [drobny spoiler z czwartego sezonu] okazuje się, iż za jego zmianę zachowania są odpowiedzialne uzależniające leki przeciwbólowe, których odstawienie powoduje momentalny powrót do normy i nie generuje żadnych negatywnych reakcji organizmu.
Trudno też nie zarzucać "Pozłacanemu wiekowi" wtórności względem "Downton Abbey". To dość paradoksalne sprzężenie zwrotne: z jednej strony "Pozłacany wiek" jest produkcją przede wszystkim dla fanów klimatów w typie "Downton Abbey", ale dla nich "Pozłacany wiek" będzie trochę taką gorszą wersją ulubionego serialu. Podobne spory, podobne napięcia klasowe, podobny podział na świat służby i świat państwa – recykling wątków nie przeszkadza w cieszeniu się opowieścią, jest jednak zauważalny i odbiera "Pozłacanemu wiekowi" świeżość.
Problem również w tym, iż buzujący życiem, kapitalistyczny Nowy Jork z końca XIX wieku to nie zamek angielskich arystokratów. Bardzo brytyjski Fellowes nie zawsze rozumie amerykańskość. Nadziewa się choćby na to, iż o angielskiej arystokracji można opowiadać w sielankowy sposób, bo jej kolonie znajdowały się daleko i łatwo usunąć z ekranu cały ogrom cierpienia, jaki zasponsorował ten wystawny tryb życia – ale o bogaczach z dziewiętnastowiecznego USA nie sposób mówić z pominięciem rasizmu i kapitalizmu, bo rasizm i kapitalizm dosłownie wyzierał zza okien ich luksusowych domów.
"Pozłacany wiek" jest w kwestiach społecznych konformistyczny i tchórzliwy. Od czasu do czasu o nie zahaczy, ale nigdy nie zatrzymuje się za długo. Wywodzący się z arystokracji Fellowes nie podda portretowanego świata głębszej refleksji, bo, po pierwsze, baśń nie lubi prawdy, a po drugie – za bardzo ten konserwatywny i elegancki mit lubi. Dlatego do wątku protestujących przeciwko wyzyskowi robotników już nie wróciliśmy po drugim sezonie, a serial upewnił się, by George Russell wypadł na ludzkiego pana, bo jako jedyny fabrykant nie pozwolił strzelać do swoich pracowników. Dlatego służba spędzająca cały dzień na pracy w domach pani Van Rhijn i pani Russell traktuje swoją pełnioną za marne grosze posługę z nabożnym powołaniem godnym czarnych niewolników z "Przeminęło z wiatrem", a honoru swojego państwa broni z zajadłością ultrasów trzecioligowego klubu piłkarskiego. Nie można przecież pokazać za dużo realiów, bo jako widzowie mamy lubić tych bogatych leni.
Z tego względu amerykańscy arystokraci sprzed ponad stu lat nie są także rasistami. Wątek Peggy Scott (Denée Benton) wychodzi ze słusznych założeń: chce pokazać, iż wbrew stereotypom czarni Amerykanie także mieli swoje elity, konwenanse, iż aktywnie rozwijali swoją kulturę, literaturę, prasę. Jednak trudno uwierzyć w czarną dziewczynę z dziewiętnastego wieku, która dziwi się za każdym razem, kiedy spotka się z rasizmem: jak wtedy, kiedy szokuje ją fakt, iż biały redaktor zgadza się opublikować jej artykuł, ale tylko pod pseudonimem, albo kiedy podczas wyjazdu do jednego z południowych stanów z przerażeniem odkrywa, iż przez cały czas istnieją tam pogromy.
Nikt poza postaciami epizodycznymi albo jednoznacznie negatywnymi nie okazuje jej wrogości. Złośliwa dla wszystkich innych pani Van Rhijn jest w Peggy wręcz zakochana: po pierwszym spotkaniu oferuje jej posadę osobistej sekretarki i miejsce w swoim domu, komplementuje ją za najdrobniejsze rzeczy i oburza na białego lekarza, który odmawia przyjęcia czarnej pacjentki, jakby nie miała pojęcia, jakie poglądy ma większość jej współczesnych. To wymaga zbyt dużego zawieszenia niewiary i umniejsza realnym krzywdom doznawanym przez mniejszości.
Peggy nie pomaga także to, iż jej wątek jest słabo zintegrowany z pozostałymi i pisany jakby od niechcenia. Zamiast opowiedzieć o zmaganiach młodej czarnej kobiety marzącej o szczęśliwym życiu w niesprzyjającym świecie, robi się z niej nieznośną i nienapotykającą wielu przeszkód Mary Sue, która pomimo żadnych zauważalnych oznak inteligencji najpierw bez wysiłku zostaje wybitną dziennikarką, potem odnosi spektakularny sukces jako pisarka, a każdy mężczyzna (oczywiście nie biały), który znajdzie się w jej otoczeniu, traci dla niej głowę. Równie papierowe jest jej otoczenie: wątek Brooklynu i zamieszkującej go czarnej społeczności potraktowano z drastycznie mniejszym zaangażowaniem od wątku białych elit, chociaż poświęcono mu dość sporo ekranowego czasu, przez co – niestety – pozostaje najbardziej dłużącym się elementem serialu.
Pomimo tego wszystkiego, co napisałam wyżej, oglądanie "Pozłacanego wieku" daje ogromną przyjemność. jeżeli tak jak Fellowes chcecie wierzyć w baśnie, to ten wystawny świat proszonych obiadów, pstrokatych kapeluszy i złośliwości prawionych w nienagannie elegancki sposób zapewni wam rozrywkę na długie godziny. Scenografia, kostiumy, zdjęcia, pieczołowicie odtworzony stary Nowy Jork przenoszą do wyjątkowo estetycznego świata. Kobiece bohaterki są dobrze napisane i jeszcze lepiej zagrane; mają przekonujące motywacje i relacje ze sobą, a co najważniejsze – chce się im kibicować. Zwłaszcza Marian i ciotka Ada złamią chyba choćby najtwardsze serca, chociaż to pani Van Rhijn i pani Russell mają najwięcej charyzmy i najlepsze riposty. Doskonałą robotę robi cała obsada, z Nixon, Baranski i Coon na czele.
Wydaje się też, iż "Pozłacany wiek" znalazł w końcu złoty – pozłacany – środek na swoje problemy. Sezon czwarty, który debiutuje w listopadzie, jest w mojej opinii najlepszym z dotychczasowych; chociaż może nie na wiele mu się to zda. Pod nową władzą w postaci Skydance dalsze losy serialu są niepewne. Fellowes, jakby przeczuwając, iż to może być pożegnanie, zadbał jednak o to, by każdy z ważnych wątków doprowadzić do jakiejś konkluzji, a każdą znaczącą postać pozostawić w dobrym miejscu i z widokami na przyszłość.
Bertha Russell, skonfrontowana z niedyspozycją męża, musi stoczyć najcięższą jak do tej pory walkę, a Carrie Coon najpewniej dorzuci do swojej kolekcji kolejną nominację do Emmy. Symbolem społecznej zmiany i być może najjaśniejszym elementem całego sezonu są wątki małżeństwa Oscara (Blake Ritson) z eks-pokojówką oraz ich wspólne intrygi, a także kariera lokaja-wynalazcy i jego coraz pewniejsze poruszanie się wśród towarzystwa.
Ze słabszych punktów: uwielbiam postać Marian, ale już mniej to, co wymyślili dla niej scenarzyści, którzy najpierw odebrali jej szare komórki, by wygenerować dramaturgię w związku z Larrym, a po tym, kiedy jej wątek zaczął skręcać w naprawdę ciekawą stronę, zakończyli całą aferę w nader konwencjonalny i konserwatywny sposób. Z triumfów: w czwartym sezonie dostaliśmy najlepszy epizod całego "Pozłacanego wieku", czyli kolację z prezydentem – majstersztyk.
Podsumowując, jeżeli serial HBO nie doczeka się pod rządami Skydance kontynuacji, to nic nie szkodzi: opuści bal z klasą i we właściwym momencie. Nie jest to typ zabawy, którą można ciągnąć w nieskończoność.
"Pozłacany wiek" to serial właśnie pozłacany – nie złoty. Niby z ważnymi nominacjami, ale bez większych nagród. Niby rozpoznawalny, ale z raczej średnimi jak na wysoki budżet wynikami oglądalności. Wszystko jest w tym serialu na bogato, warstwa realizacyjna zapiera dech w piersiach, aktorki zmieniają kostiumy co scenę. A jednak "Pozłacany wiek" w cztery lata od premiery wciąż pozostaje w cieniu "Downton Abbey", tej głośniejszej i ważniejszej produkcji Juliana Fellowesa. Podobieństwo do sagi o arystokratycznej rodzinie Crawleyów było celem "Pozłacanego wieku" – HBO chciało mieć serial w tym stylu, ale z akcją osadzoną w świecie amerykańskiej, nie brytyjskiej socjety. Fellowes przyjął propozycję i, czerpiąc garściami z anegdotek o życiu nowojorskiej klasy wyższej czasów belle epoque, stworzył "Pozłacany wiek".
Do świata serialu wprowadza nas Marian Brook (Louisa Jacobson), wrażliwa i inteligentna młoda kobieta, która po śmierci ojca przeprowadza się do Nowego Jorku do swoich ciotek – zasadniczej Agnes Van Rhijn (Christine Baranski) i nieśmiałej Ady Brook (Cynthia Nixon). gwałtownie przekonuje się o tym, iż jej rodzina z wielkiego miasta przywiązuje ogromną wagę do konwenansów i tradycji. Niezależna dziewczyna musi się dostosować do wymagań ciotki Van Rhijn. Niepisanym wrogiem nestorki arystokratycznego rodu jest jej sąsiadka, Bertha Russell (Carrie Coon). To kobieta z niższej warstwy społecznej, której mąż, George (Morgan Spector) dorobił się ogromnej fortuny na kolei żelaznej i należy do najbogatszych ludzi w mieście. Pani Russell jest zdeterminowana, by przekonać do siebie nieprzychylną nowobogackim elitę Nowego Jorku. "Pozłacany wiek" koncentruje się na losach obu rodzin, a także na życiu towarzyskim i obyczajowych skandalikach, zręcznie łącząc przy tym obyczajową fabułę z prawdziwymi wydarzeniami z historii Ameryki, takimi jak kulisy powstania opery Metropolitan.
Serial od samego początku mierzył się z pewnymi problemami. Najpierw pojawiły się preprodukcyjne przeszkody i castingowe roszady, potem przyszedł covid, i kiedy wreszcie "Pozłacany wiek" zadebiutował w 2022 roku, okazał się projektem odrobinę spóźnionym. Fellowes doskonale czuł telewizję, trochę gorzej rozumie streaming. "Pozłacany wiek" nie stał się serialem kostiumowym numer jeden także dlatego, iż mniej więcej w tym samym czasie wystartowali "Bridgertonowie" – i zmienili zasady gry. Widownia wybrała sensacyjność, lekkość, pazur i fantazję produkcji Netfliksa.
Konieczne okazały się zmiany. Od drugiego sezonu Sonja Warfield dołączyła do ekipy "Pozłacanego wieku" jako współscenarzystka. Nie chcę oskarżać mniej utytułowanej twórczyni o różne kuriozalne rozwiązania fabularne, które pojawiły się w tym czasie, bo sam Fellowes jest nierównym pisarzem. Jako scenarzysta ma na koncie zarówno wybitne "Gosford Park" Roberta Altmana, jak i koszmarnego "Turystę" z Angeliną Jolie. Jego pisarski temperament jest obyczajowy: błyszczy w dialogach, obserwacjach, charakterystyce postaci, dokumentowaniu codzienności. Gorzej wychodzi mu przedstawianie złożonych problemów, budowanie napięcia, suspens. "Pozłacany wiek" to taki serial, w którego świecie najmilej się po prostu "przebywa" – zżywamy się z bohaterami, towarzyszymy im jak przyjaciele. Dramaty i intrygi tkane dookoła najbardziej banalnych spraw niepostrzeżenie wciągają, ale po obejrzeniu czterech sezonów nie sposób nie zauważyć, iż "Pozłacany wiek" kręci się w kółko. Brak rozwoju postaci i powtarzalne wątki miejscami trącą telenowelą.
Pani Van Rhijn raz po raz doświadcza jakiegoś granicznego wydarzenia, które wymaga od niej nagięcia zasad i przyjęcia bardziej liberalnej postawy, by chwilę później zapomnieć o wyciągniętych wnioskach, bo przecież jej serialowa rola konserwatywnej starszej pani musi pozostać bez zmian. W każdym sezonie Bertha Russell wyznacza sobie nowy cel do osiągnięcia i w każdym sezonie wygrywa, przez co tracimy poczucie stawki, skoro choćby groźby bankructwa wiszące nad jej mężem zostają rozwiązane metodą deus ex machina.
Spadająca z nieba pomoc i wyjątkowo szczęśliwe zrządzenia losu to w ogóle plaga "Pozłacanego wieku". Dość powiedzieć, iż sytuacja, w której po śmierci ukochanej, najbliższej osoby okazywało się, iż w tajemnicy przed wszystkimi dysponowała pokaźnym majątkiem, ratującym rodzinę przed utratą pozycji społecznej, powtórzyła się w ciągu czterech sezonów aż dwa razy.
"Pozłacany wiek" często stawia przed bohaterami jakieś zagrożenie, tylko po to, by po wygenerowaniu emocji zażegnać je w jakiś absurdalnie prosty sposób. Kiedy w ostatnich odcinkach sezonu pierwszego jedna z bohaterek dowiedziała się, iż jej utracone lata temu dziecko przez cały czas żyje, to już na początku następnego sezonu nie tylko odkryła, iż jednak nie żyje, ale i nie gniewała się za długo na bliską osobę odpowiedzialną za tę śmierć, a cały wątek okazał się służyć absolutnie niczemu.
Wrażenie obcowania z telenowelą wynika też z pewnej powierzchowności poruszanych problemów. W trzecim i czwartym sezonie twórcy próbują nadać postaci George'a Russella odcienie szarości i wprowadzić kryzys do jego jak do tej pory idealnego małżeństwa z Berthą, ale [drobny spoiler z czwartego sezonu] okazuje się, iż za jego zmianę zachowania są odpowiedzialne uzależniające leki przeciwbólowe, których odstawienie powoduje momentalny powrót do normy i nie generuje żadnych negatywnych reakcji organizmu.
Trudno też nie zarzucać "Pozłacanemu wiekowi" wtórności względem "Downton Abbey". To dość paradoksalne sprzężenie zwrotne: z jednej strony "Pozłacany wiek" jest produkcją przede wszystkim dla fanów klimatów w typie "Downton Abbey", ale dla nich "Pozłacany wiek" będzie trochę taką gorszą wersją ulubionego serialu. Podobne spory, podobne napięcia klasowe, podobny podział na świat służby i świat państwa – recykling wątków nie przeszkadza w cieszeniu się opowieścią, jest jednak zauważalny i odbiera "Pozłacanemu wiekowi" świeżość.
Problem również w tym, iż buzujący życiem, kapitalistyczny Nowy Jork z końca XIX wieku to nie zamek angielskich arystokratów. Bardzo brytyjski Fellowes nie zawsze rozumie amerykańskość. Nadziewa się choćby na to, iż o angielskiej arystokracji można opowiadać w sielankowy sposób, bo jej kolonie znajdowały się daleko i łatwo usunąć z ekranu cały ogrom cierpienia, jaki zasponsorował ten wystawny tryb życia – ale o bogaczach z dziewiętnastowiecznego USA nie sposób mówić z pominięciem rasizmu i kapitalizmu, bo rasizm i kapitalizm dosłownie wyzierał zza okien ich luksusowych domów.
"Pozłacany wiek" jest w kwestiach społecznych konformistyczny i tchórzliwy. Od czasu do czasu o nie zahaczy, ale nigdy nie zatrzymuje się za długo. Wywodzący się z arystokracji Fellowes nie podda portretowanego świata głębszej refleksji, bo, po pierwsze, baśń nie lubi prawdy, a po drugie – za bardzo ten konserwatywny i elegancki mit lubi. Dlatego do wątku protestujących przeciwko wyzyskowi robotników już nie wróciliśmy po drugim sezonie, a serial upewnił się, by George Russell wypadł na ludzkiego pana, bo jako jedyny fabrykant nie pozwolił strzelać do swoich pracowników. Dlatego służba spędzająca cały dzień na pracy w domach pani Van Rhijn i pani Russell traktuje swoją pełnioną za marne grosze posługę z nabożnym powołaniem godnym czarnych niewolników z "Przeminęło z wiatrem", a honoru swojego państwa broni z zajadłością ultrasów trzecioligowego klubu piłkarskiego. Nie można przecież pokazać za dużo realiów, bo jako widzowie mamy lubić tych bogatych leni.
Z tego względu amerykańscy arystokraci sprzed ponad stu lat nie są także rasistami. Wątek Peggy Scott (Denée Benton) wychodzi ze słusznych założeń: chce pokazać, iż wbrew stereotypom czarni Amerykanie także mieli swoje elity, konwenanse, iż aktywnie rozwijali swoją kulturę, literaturę, prasę. Jednak trudno uwierzyć w czarną dziewczynę z dziewiętnastego wieku, która dziwi się za każdym razem, kiedy spotka się z rasizmem: jak wtedy, kiedy szokuje ją fakt, iż biały redaktor zgadza się opublikować jej artykuł, ale tylko pod pseudonimem, albo kiedy podczas wyjazdu do jednego z południowych stanów z przerażeniem odkrywa, iż przez cały czas istnieją tam pogromy.
Nikt poza postaciami epizodycznymi albo jednoznacznie negatywnymi nie okazuje jej wrogości. Złośliwa dla wszystkich innych pani Van Rhijn jest w Peggy wręcz zakochana: po pierwszym spotkaniu oferuje jej posadę osobistej sekretarki i miejsce w swoim domu, komplementuje ją za najdrobniejsze rzeczy i oburza na białego lekarza, który odmawia przyjęcia czarnej pacjentki, jakby nie miała pojęcia, jakie poglądy ma większość jej współczesnych. To wymaga zbyt dużego zawieszenia niewiary i umniejsza realnym krzywdom doznawanym przez mniejszości.
Peggy nie pomaga także to, iż jej wątek jest słabo zintegrowany z pozostałymi i pisany jakby od niechcenia. Zamiast opowiedzieć o zmaganiach młodej czarnej kobiety marzącej o szczęśliwym życiu w niesprzyjającym świecie, robi się z niej nieznośną i nienapotykającą wielu przeszkód Mary Sue, która pomimo żadnych zauważalnych oznak inteligencji najpierw bez wysiłku zostaje wybitną dziennikarką, potem odnosi spektakularny sukces jako pisarka, a każdy mężczyzna (oczywiście nie biały), który znajdzie się w jej otoczeniu, traci dla niej głowę. Równie papierowe jest jej otoczenie: wątek Brooklynu i zamieszkującej go czarnej społeczności potraktowano z drastycznie mniejszym zaangażowaniem od wątku białych elit, chociaż poświęcono mu dość sporo ekranowego czasu, przez co – niestety – pozostaje najbardziej dłużącym się elementem serialu.
Pomimo tego wszystkiego, co napisałam wyżej, oglądanie "Pozłacanego wieku" daje ogromną przyjemność. jeżeli tak jak Fellowes chcecie wierzyć w baśnie, to ten wystawny świat proszonych obiadów, pstrokatych kapeluszy i złośliwości prawionych w nienagannie elegancki sposób zapewni wam rozrywkę na długie godziny. Scenografia, kostiumy, zdjęcia, pieczołowicie odtworzony stary Nowy Jork przenoszą do wyjątkowo estetycznego świata. Kobiece bohaterki są dobrze napisane i jeszcze lepiej zagrane; mają przekonujące motywacje i relacje ze sobą, a co najważniejsze – chce się im kibicować. Zwłaszcza Marian i ciotka Ada złamią chyba choćby najtwardsze serca, chociaż to pani Van Rhijn i pani Russell mają najwięcej charyzmy i najlepsze riposty. Doskonałą robotę robi cała obsada, z Nixon, Baranski i Coon na czele.
Wydaje się też, iż "Pozłacany wiek" znalazł w końcu złoty – pozłacany – środek na swoje problemy. Sezon czwarty, który debiutuje w listopadzie, jest w mojej opinii najlepszym z dotychczasowych; chociaż może nie na wiele mu się to zda. Pod nową władzą w postaci Skydance dalsze losy serialu są niepewne. Fellowes, jakby przeczuwając, iż to może być pożegnanie, zadbał jednak o to, by każdy z ważnych wątków doprowadzić do jakiejś konkluzji, a każdą znaczącą postać pozostawić w dobrym miejscu i z widokami na przyszłość.
Bertha Russell, skonfrontowana z niedyspozycją męża, musi stoczyć najcięższą jak do tej pory walkę, a Carrie Coon najpewniej dorzuci do swojej kolekcji kolejną nominację do Emmy. Symbolem społecznej zmiany i być może najjaśniejszym elementem całego sezonu są wątki małżeństwa Oscara (Blake Ritson) z eks-pokojówką oraz ich wspólne intrygi, a także kariera lokaja-wynalazcy i jego coraz pewniejsze poruszanie się wśród towarzystwa.
Ze słabszych punktów: uwielbiam postać Marian, ale już mniej to, co wymyślili dla niej scenarzyści, którzy najpierw odebrali jej szare komórki, by wygenerować dramaturgię w związku z Larrym, a po tym, kiedy jej wątek zaczął skręcać w naprawdę ciekawą stronę, zakończyli całą aferę w nader konwencjonalny i konserwatywny sposób. Z triumfów: w czwartym sezonie dostaliśmy najlepszy epizod całego "Pozłacanego wieku", czyli kolację z prezydentem – majstersztyk.
Podsumowując, jeżeli serial HBO nie doczeka się pod rządami Skydance kontynuacji, to nic nie szkodzi: opuści bal z klasą i we właściwym momencie. Nie jest to typ zabawy, którą można ciągnąć w nieskończoność.


















