Jak ptak zwabiony na przynętę – Dziewczyny, za mąż wychodzi się raz na zawsze! Z mężem do ostatniego tchu, nie latać po świecie w poszukiwaniu “połówki”, bo zostaniesz jak nadgryzione jabłko. Żonaty facet – tabu, nie próbuj choćby flirtować! Moja babcia zawsze powtarzała: miłość jedna na całe życie i trzeba ją chronić. Rodzice są razem pięćdziesiąt lat – są moim wzorem i ja chciałam tak samo. Ale los napisał własny scenariusz… Zawsze rywalizowałam z siostrą o rodzicielską miłość, aż spotkałam Egora w klubie. On był kadetem, ja pielęgniarką, zakochaliśmy się od pierwszego tańca, niedługo ślub – byłam przy nim jak ptak idący za śpiewem wabika. Potem wojskowy garnizon, narodziny córki, lata 90, kłótnie, zniknięcia Egora, tajemnicze pieniądze, samotność… aż wrócił, prosząc o rozwód – miał syna z inną. Miłość do żonatego lekarza Dymka, odrzucenie własnych zasad, późniejsza decyzja o rozstaniu i zmiana pracy. I wreszcie – szczęście z moim drugim mężem, Wasią, który wychowywał syna po rozwodzie. Dzieci rosły razem, my trzymaliśmy się siebie trzydzieści lat. Jednak nigdy nie zapomnę: czasami, jak ptak idący za czyimś głosem, można się zgubić…

newsempire24.com 3 dni temu

JAK PTAK ZA SYGNAŁEM

Dziewczyny, raz się wychodzi za mąż i już na zawsze. Do ostatniego oddechu trzymać się ukochanego człowieka. Bo inaczej błąkań się człowiek po świecie i tylko gryziona pestka po jabłku zostaje.
Żonaty mężczyzna? Zakazany owoc. choćby nie próbujcie wchodzić w takie relacje. Myślicie: pobawię się trochę, rozstanę i po sprawie a wtedy już razem polecicie w przepaść, a szczęście chytrze was ominie.

Moi rodzice są razem od ponad pięćdziesięciu lat. Są dla mnie przykładem. Postanowiłam na zawsze: znajdę i będę chronić swoją drugą połówkę, pilnować jej jak źrenicy oka. Takich nauk udzieliła mi babcia i bezgranicznie jej wierzyłam.

Z koleżankami przypomniałam to sobie tuż po dwudziestce. Dziewczyny zaśmiały się chórem:
Nie rozśmieszaj nas, Kinga. Sama zobaczysz, jak pokochasz żonatego i jak łatwo będzie zrezygnować z niego…

Nie zdradziłam im jednak rodzinnych sekretów: iż mama przed ślubem urodziła moją starszą siostrę nie wiadomo komu. W całej wsi to był wstyd na wieki. Dopiero pięć lat później pojawiłam się ja już w legalnym małżeństwie. Ojciec zakochał się w niej do szaleństwa, razem przeżyli całe życie. Z naszej rodzinnej wsi musieliśmy wyjechać. Od młodości miałam więc zaklepane w sercu: żadnych pozamałżeńskich romansów, żadnych dzieci bez ślubu.

A los? Napisał dla mnie własny scenariusz.

Z siostrą Zofią nigdy się nie dogadywałyśmy. Zosia zawsze była przekonana, iż rodzice kochają mnie bardziej, a nie ją. Wieczna zazdrość. Obie podświadomie ze sobą rywalizowałyśmy o ich miłość głupota, ale trwała od lat.

Z Markiem poznałam się w klubie. Marek podchorąży, ja pielęgniarka. Tańce, rozpalone twarze, od razu zaiskrzyło. Po miesiącu ślub. Szczęście aż kipiało. Za Markiem chodziłam jak zaczarowany ptak za sygnałem.

Po skończeniu szkoły oficerskiej wyjechaliśmy na przydział do jednostki. Garnizon był daleko od moich stron. gwałtownie zaczęły się kłótnie, niezrozumienia, rozmowy na głos podniesiony. Nie miałam gdzie się poradzić, z kim wypłakać mama daleko, w Niemczech.

Urodziła się nasza Terenia. Lata dziewięćdziesiąte, wszystko niepewne.
Marek rzucił mundur i zaczął mocno zaglądać do kieliszka. Najpierw go żałowałam, pocieszałam. Mówiłam, iż będzie lepiej, byle przeczekać.

Marek jednym uchem słuchał:
Kinga, wiem, ale nie potrafię przestać. Wypiję świat nagle różowieje.

Potem Marek zaczął znikać bez zapowiedzi. Dzień, tydzień… Raz wrócił po miesiącu, rzucił na stół neseser wypchany plikami złotych banknotów.
Skąd to masz? pytam niespokojnie.
Co za różnica, Kinga? Bierz, wydawaj. Przywiozę więcej chwalił się Marek.
Walizkę schowałam głęboko. Nie tknełam ani grosza.

Znowu zniknął. Pół roku nie było po nim śladu. Wrócił chudy, zgaszony, wyczerpany. W oczach groźna pustka.
Kinga, zdejmuj te swoje złote błyskotki. Muszę jakieś długi oddać poważnym ludziom patrzył na mnie spod brwi.
Nie rozumiem, Marek. Te ozdoby dostałam od rodziców. Nie oddam, choćbyś groził.
Co się z Tobą dzieje? Przecież masz rodzinę krzyknęłam.

Nie krzycz! Sprawy zaszły daleko… Pomożesz mi, żono? zbliżył się do mnie.
Przestraszona, wyciągnęłam z kuchni walizkę:
Weź te swoje pieniądze. Damy sobie radę z Terenią bez nich.

Otworzył walizkę:
Brałaś coś stąd?
Ani grosza. Te pieniądze nie są nasze…
I tak za mało westchnął. Coś wymyślę.

A potem podarował mi noc pełną namiętności.
Kochałam go jak szalona, lgnęłam do niego, wszystko wybaczałam.
Następnego ranka znów zbierał się do wyjazdu.
Na długo, Marek? spojrzałam z nadzieją.
Nie wiem, Kinga. Czekaj pocałował mnie i wyszedł.

I czekałam. Rok, dwa
W szpitalu, gdzie pracowałam, zalecał się do mnie lekarz. Tomek był żonaty. To mnie powstrzymywało. A jednak sama unosiłam się jak w chmurze, zastanawiając się, co dalej byłam niby mężatką, ale Marek nie pojawił się od lat. Cisza, żadnych listów, żadnych wiadomości.

Zbliżał się Nowy Rok. Dookoła zapach pomarańczy, choinki, wszyscy radośni.
Dzwonek. W progu Marek.
Rzucam się w jego ramiona:
Wreszcie! Gdzie byłeś, Marek?

Poczekaj z tymi pocałunkami… Musimy się gwałtownie rozwieść. Mam syna. Nie chcę, by rósł bez ojca Marek kręcił się nerwowo.
Zatoczyło mi się w głowie. Został mi po nim tylko popiół po wielkiej miłości. Ale sama do tego zmierzałam. choćby nie mrugnęłam.
Dobrze, Marek. “Wylałej wody nie zbierzesz”, jak mawiają. Po świętach pójdziemy do sądu. Wszystko na opak.
Nie chcesz zobaczyć Tereski? U koleżanki jest. Przyprowadzę, jeżeli poczekasz. Tereska też zostanie bez ojca chciałam go ukłuć do żywego.
Wybacz, spieszę się. Innym razem uściskam Terenię wyszedł.
Już się nie pojawił. Marek nigdy więcej nie zobaczył się z córką. Ta rozmowa okazała się nikomu niepotrzebna. Bliscy stali się jak obcy.

Lekarz Tomek, wyczuwając moje osamotnienie, porwał mnie w wir zabronionej miłości. Przestało mnie obchodzić, iż ma żonę. Zakazy się zatarły.
Tomek był uroczy, wpadłam w jego sidła. Nasz romans trwał trzy lata. Prosił, żebym została jego żoną.
Nie, Tomku. Nie buduje się szczęścia na łzach twojej żony i córki. My idziemy różnymi ścieżkami z trudem wydusiłam.

Powstrzymałam ten szalony pęd, ale musiałam odejść z pracy i zmienić szpital. “Z oczu, z serca”.

Potem mój los przyprowadził do mnie Wacława.

On samotnie wychowywał syna. Jego była żona założyła nową rodzinę, a jemu zostawiła tylko Denisa. Poznaliśmy się, gdy leżał w moim szpitalu.
Ciągle żartował, przekomarzał się aż zażartował sobie ze mnie miłość.
Syn Wacława, Denis, miał siedem lat, moja Terenia osiem. Spotkaliśmy się chyba pod szczęśliwą gwiazdą. Wszystko nam się układało. Dzieci rosły, zmartwień przybywało. Z Wackiem zawsze wspólnie wszystko załatwialiśmy, dzieliliśmy się sekretami. Dobrze mi z nim. Pilnuję go jak własnego światła. Wacek mój blask.

Razem już trzydzieści lat…

Ostatnio Marek zadzwonił do mojej mamy i powiedział:
Takiej kobiety jak Kinga nigdy już nie spotkałem…

Idź do oryginalnego materiału