Eryk Szkudlarz: Czy Drogi Czarnych wkraczają w Biały Ląd w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie to wystawa do czytania?
Oliwia Bosomtwe: Zależy jak na to spojrzeć, ekspozycja odsyła do różnych wydarzeń, osób i zjawisk. Ich wspólnym mianownikiem jest splot relacji politycznych z państwami afrykańskimi i patrzenia na Czarność w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Prace odsyłają do różnych aspektów tamtych relacji, począwszy od potępiania kolonializmu, przez fascynację sztuką kultur afrykańskich, po bezpośrednią współpracę polityczną. Sygnalizują tematy, które rozwijam w tekście kuratorskim i opisach prac. Jest to wystawa historyczna, więc kontekst pozwala lepiej zrozumieć prace, których warstwa wizualna może wydawać się nieoczywista.
Solidarności niedoskonałe, czyli socjalistyczna globalizacja. „O czym wspólnie marzymy?” w Zachęcie
Max Cegielski
Dlaczego taka formuła? Nie chciałaś zrobić przekrojowej wystawy polskich czarnych artystek i artystów?
Bardzo chciałabym kiedyś zrobić taką wystawę, natomiast Drogi Czarnych wkraczają w Biały Ląd to kontynuacja mojego przyglądania się przede wszystkim białemu polskiemu spojrzeniu na Czarność. Zależało mi na rekonstrukcji tematów związanych z zapomnianą przeszłością. W pewnym sensie ta wystawa opowiada o kontekście politycznym, który wpłynął na początki afrykańskich diaspor w Polsce. Ich pojawienie się jest związane z epoką PRL-u. Oczywiście, Afrykanie mieszkali w Polsce wcześniej, natomiast to właśnie w latach 60. pojawiła się oferta stypendialna PRL dla studentów z bratnich państw afrykańskich, a z nią ten szczególny model migracji. Niektórzy studenci zostali w Polsce i założyli tu rodziny. Chciałam się przyjrzeć ówczesnym narracjom polityczno-ideologicznym, zrozumieć, jak Polacy patrzyli na Czarność, czego szukali w zmieniającym się kontynencie afrykańskim. Chciałam lepiej zrozumieć kontekst, który wpłynął na istnienie moje i wielu innych czarnych Polaków.
Kwestie powiązane z Czarnością i Afryką Subsaharyjską na różne sposoby są częścią dzisiejszej polityki. Mamy za sobą różne debaty o rasizmie w języku i szkolnych lekturach, zwracamy coraz większą uwagę na głosy czarnej mniejszości. Wydarzyła się więc jakaś publiczna dyskusja.
Jest to więc w gruncie rzeczy wystawa o rasizmie?
Absolutnie nie. Można na niej szukać rasizmu, to znaczy zastanawiać się, w jakim stopniu i w jaki sposób pojawiał się prezentowym kontekście, ale nie był punktem wyjścia. Taka wystawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Moim celem było przyjrzenie się określonym relacjom geograficznie w określonej politycznie i historycznie epoce oraz sprawdzenie, co z tych relacji wynikało dla artystów, instytucji czy kultury wizualnej.
I jakie są wnioski?
Nie przedstawiam na wystawie zamkniętych interpretacji, to nie jest wyczerpujące omówienie tematu relacji PRL z Afryką Subsaharyjską. Ten temat jest bardzo bogaty, złożony i różnorodny, unikam jednoznacznych odpowiedzi. Na ekspozycji znajdują się zarówno prace artystów drugiej połowy XX wieku, którzy inspirowali się językami wizualnymi kultur afrykańskich, jak i takie, które nawiązują do konkretnych wydarzeń na kontynencie afrykańskim, czy wręcz próbują je komentować. Są też instalacje współczesnych artystów. Lubię myśleć, iż to nieduża wystawa otwierająca dyskusję.
Co trafiło w twoje ręce jako pierwsze? Współczesne prace Mai ∀. Ngom?
Znałam prace Mai wcześniej i zależało mi na tym, żeby jej opowieść o czarnym kobiecym ciele, o doświadczeniu bycia postrzeganą przez pryzmat stereotypów, znalazła się na tej wystawie. Jednak punktem wyjścia do stworzenia wystawy były dwie historie, które opisałam w książce Jak biały człowiek. Opowieść o Polakach i innych. Wówczas moją uwagę przykuły historie studentów z państw afrykańskich, którzy przyjeżdżali do Polski na stypendia i wymiany, także na uczelnie artystyczne, oraz losy pomnika pierwszego prezydenta niepodległej Ghany, Kwame Nkrumaha, który w latach 60. wykonała Alina Ślesińska, polska rzeźbiarka.
Studenci chętnie wybierali stypendia na kierunkach artystycznych?
Ten wybór nie był oczywistością. Państwa afrykańskie w pierwszych latach niepodległości były silnie nastawione na modernizację i industrializację, dlatego większość stypendiów dotyczyła kierunków ścisłych. W Polsce studiowała między innymi Libertina Amathila (z domu Appolus), pierwsza namibijska lekarka, a później pierwsza ministra i wicepremierka w historii kraju. Sfotografowana przez Jana Morka, została bohaterką jednego z reportaży opublikowanych przez czasopismo „The Polish Review”, którego kilka egzemplarzy umieściłam w czytelni MSN. To był magazyn propagandowy, który dystrybuowano w krajach Afryki. Miał budować pozytywny obraz PRL i zachęcać do przyjazdu potencjalnych stypendystów. Niezależnie od tego, czy wybierało się inżynierię, czy malarstwo, najpierw każdy ze studentów musiał odbyć roczny kurs języka polskiego w Łodzi. Niektórzy w mieście zostawali, na przykład studiując w szkole filmowej. Na wystawie można obejrzeć stworzone przez nich filmy.
Nie da się zmienić dekretem sposobu myślenia i patrzenia. Widać to między innymi w kolejnych wydaniach komiksów o Koziołku Matołku, które powstały jeszcze w czasach II RP. W powojennych wznowieniach cenzura wprowadziła pewne poprawki ideowe i geopolityczne, ale nie zmieniła rasistowskich przedstawień Afrykanów, a przecież w PRLu oficjalnie potępiano rasizm.
Jaka była Polska, do której trafiali? Teoretycznie byli mile widziani, ale zakładam, iż w praktyce mogło być inaczej.
To interesujący wątek, którym naukowo zajmuje się między innymi Przemysław Gasztold. Studenci z państw afrykańskich narzekali, iż czują się wyobcowani, ich relacje z polskimi studentami bywały napięte. Gasztold przywołuje informację o tym, iż jedną dziewczynę wyrzucono z jadącego pociągu, najprawdopodobniej był to atak na tle rasistowskim. W latach 80. zagranicznych studentów badał Paulo de Carvalho. Wówczas 19,6 procent badanych Afrykanów deklarowało, iż chciałoby zostać w Polsce. 37,9 procent wskazywało na złe doświadczenia podczas pobytu. Ten rasizm objawiał się w bezpośrednich kontaktach, natomiast mnie szczególnie interesowała rama ideowa związana z antyrasizmem i potępianiem kolonializmu, a później koniunktura na wyjazdy Polaków do niepodległych państw Afryki. Zdarzała się więc przemoc i różne incydenty, natomiast nakręcanie anty-czarnego rasizmu nie należało do ówczesnej agendy politycznej. Nie był on wówczas wywoływany przez dyskurs polityczny, nieco inaczej niż dzisiaj.
Dzisiaj mamy rasistowską politykę?
Myślę, iż kwestie powiązane z Czarnością i Afryką Subsaharyjską na różne sposoby są częścią dzisiejszej polityki. Mamy za sobą różne debaty o rasizmie w języku i szkolnych lekturach, zwracamy coraz większą uwagę na głosy czarnej mniejszości. Wydarzyła się więc jakaś publiczna dyskusja. W ostatnich latach do Polski przyjechało wielu afrykańskich studentów, zachęconych możliwością studiowania w języku angielskim. Często pracują w filiach globalnych korporacji, bardzo dobrze zarabiają i mieszkają w dużych miastach. Jest też druga strona medalu. W czasie eskalacji rosyjskiej agresji w Ukrainie w 2022 roku ci, którzy koordynowali działania pomocowe sygnalizowali, iż mniej chętnie pomagano niebiałym studentom, którzy uciekali z ukraińskich miast. Z kolei kryzys humanitarny na granicy z Białorusią, politycznie wykorzystywany do podkreślania narracji o obronie granic, jest w dużej mierze powiązany z kwestią koloru. Mam na myśli to, iż wielu ludzi, którzy utknęli lub zmarli w Puszczy Białowieskiej miało niebiały kolor skóry. To zresztą nic nowego, w czasie kryzysu migracyjnego w 2015 roku było podobnie – kolor skóry uchodźców łączył się z narracją o tym, iż są od Polaków odlegli kulturowo i podsycał niechęć do ich przyjęcia.
Na wystawie poza pracami afrykańskich studentów znajdziemy odniesienia do Wystawy Współczesnej Plastyki Nigerii z 1969 roku, V Światowego Festiwalu Młodzieży z 1955 czy wrocławskiego Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju. Wspominasz o wszystkim, co w PRL-u wpływało na postrzeganie Czarności i Afryki?
Oczywiście to nie wszystko, wystawa jest niewielka, a selekcja tematów niełatwa. Nie poruszam historii wystaw etnograficznych, między innymi popularnej objazdowej wystawy Afryka nieznana, ale bliska. Łączyła różne porządki, przede wszystkim była wystawą etnograficzną, ale prezentowała szereg informacji geograficznych, sztukę, przedmioty codziennego użytku. Kartony z projektami jej aranżacji znajdują się w kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zresztą polskie kolekcje etnograficzne skrywają wiele interesujących i nieoczywistych historii, co na wystawie udało się tylko zasygnalizować. Prezentujemy fragment filmu z obchodów stulecia Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, w których wziął udział Kwete Mboke, władca królestwa Kuba. Pokazujemy obiekty ze zbiorów kultur pozaeuropejskich Muzeum Narodowego w Szczecinie, niegdyś Muzeum Pomorza Zachodniego, które współpracowało z badaczami z Gwinei, szukając tam w ramach wykopalisk stolicy imperium Mali z XIII wieku. W Polsce badano i konserwowano znaleziska, a następnie odsyłano je do Gwinei; oba kraje liczyły na znalezisko, które zostanie objęte ochroną UNESCO.
Sen Polaków o własnej białości. Rozmowa z Witkiem Orskim
Dorota Jagoda Michalska
Kierowały nami kolonialne zapędy?
Po II wojnie światowej intensyfikują się ruchy antykolonialne, a Polska przynależy do bloku wschodniego, który oficjalnie potępia kolonializm. Zarazem wiele osób przynależących do środowisk artystycznych czy intelektualnych doskonale pamiętało lata 30., kiedy II RP była ogarnięta kolonialną gorączką. Powszechne były wówczas marzenia o koloniach na Madagaskarze lub w Liberii, a wyobrażenia na temat Afrykanów często były odbiciem zachodnioeuropejskich kolonialnych narracji. Zmierzam do tego, iż nie da się zmienić dekretem sposobu myślenia i patrzenia. Widać to między innymi w kolejnych wydaniach komiksów o Koziołku Matołku, które powstały jeszcze w czasach II RP. W powojennych wznowieniach cenzura wprowadziła pewne poprawki ideowe i geopolityczne, ale nie zmieniła rasistowskich przedstawień Afrykanów, a przecież oficjalnie potępiano rasizm. Te kwestie ciekawie analizuje Błażej Popławski.
Mówiąc o książkach dla dzieci, warto wspomnieć, iż kilka można znaleźć w czytelni MSN. Między innymi Małego Afrykańczyka Ewy Szelburg-Zarembiny.
To książka, którą po raz pierwszy wydano w 1959 roku. To taka mała książeczka, którą można podsumować jako antykolonializm dla najmłodszych. Opisuje codzienność chłopca pracującego przy uprawie goździków.
Ale przy tym powiela pewne krzywdzące schematy.
Myślę, iż jak na swój czas była to pozycja progresywna. Szelburg-Zarembina wychwyciła na przykład obecność diaspory indyjskiej. W strukturze społecznej brytyjskich kolonii jej przedstawiciele znajdowali się gdzieś pomiędzy, odpowiadali przed białymi kolonizatorami, ale nadzorowali czarnych pracowników i ten motyw pojawia się w książeczce. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy książka ma wady, wiele upraszcza. Są tam różne kolonialne klisze, co zresztą jest ilustracją wspomnianej trwałości takich wyobrażeń o Afryce, bo Szelburg-Zarembina urodziła się w 1899 roku. Z dzisiejszej perspektywy dobrze byłoby zamienić tytułowego Afrykańczyka na mieszkańca konkretnego państwa i pozbyć się słonia. Z drugiej strony, pewnie lepszy Afrykańczyk niż Murzynek.
Nałożyłem na tę książkę postkolonialną kliszę, a jest przecież dziełem z zupełnie innej rzeczywistości. Czy możemy w ogóle oceniać utwory sprzed siedemdziesięciu lat współczesnym kluczem?
Odrzucanie materiału historycznego dlatego, iż nie pasuje do dzisiejszej wrażliwości, utrudnia nam możliwość lepszego zrozumienia, w jakich okolicznościach powstawał. Procesy emancypacji nigdy się nie skończą, po nas również przyjdą kolejne pokolenia, które nas rozliczą.
Polacy odrzucili dorobek emancypacyjny PRL-u w latach 90.?
Lata 90. to symboliczna cezura, proces odrzucania realnego socjalizmu zaczął się wcześniej. Wraz ze zmianą ustrojową odrzuciliśmy większość tego, co wiązało się z poprzednim systemem. Aspirując do Zachodu, „odcięliśmy grubą kreską”, bez analizowania nie tylko podejście do mieszkalnictwa czy urbanistyki, ale także relacje z krajami afrykańskimi. To w latach 90. zamknięto wiele ambasad, które działały w tych państwach w okresie PRL-u. Ambasady w Ghanie do dziś nie uruchomiono ponownie. Patrzyliśmy na ten ogromny i różnorodny kontynent przez pryzmat kryzysu, wojen domowych i głodu. Powoli, bardzo powoli zaczynamy myśleć o Afryce inaczej. Łudzę się, iż zaczynamy dostrzegać, jak wiele może nam zaoferować kooperacja z tym regionem.






