Jak to teściowa została bez dachu nad głową
To było już dawno temu, ale pamiętam tę historię tak wyraźnie, jakby wydarzyła się wczoraj. Zawsze byłam przekonana, iż nie naszym obowiązkiem jest utrzymywać mojego szwagra wraz z rodziną czy wynajmować im mieszkanie. Chcę od razu zaznaczyć, iż byłam właścicielką trzypokojowego mieszkania w Warszawie, zanim jeszcze wyszłam za mąż. Kupiłam je w tak opłakanym stanie, iż ledwo stały ściany, a drzwi wejściowe po prostu oparte były o futrynę. Jednak cieszyłam się, bo cena była naprawdę przystępna, a resztę naprawy wykonywałam sukcesywnie.
Gdy poznałam mojego męża, Janusza, dwa pokoje były już wyremontowane, wstawiłam pierwsze meble i mieszkanie zaczynało nabierać domowego klimatu. Janusz był przystojny, wysoki, ale mieszkał wtedy w wynajętym pokoju na Pradze. Niedługo po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, zamieszkał ze mną. Po ślubie urządziliśmy pokoik dziecięcy, a niedługo potem urodziła się najpierw nasza Basia, potem synek, Staś.
Przez pewien czas wszystko układało się znakomicie, dopóki pewnej chłodnej jesiennej nocy nie pojawiła się moja teściowa, pani Wanda. Przyjechała z walizkami i rozpaczą w oczach. Łzy płynęły jej po policzkach, gdy mówiła:
Czy mogę u was zostać przez jakiś czas? Twój brat zadomowił się w moim mieszkaniu i przyprowadził do mnie dziewczynę. Mam nadzieję, iż im się poukłada i może ona zostanie jego żoną, a ja nie będę im przeszkadzać… Obiecuję, iż nie będę długo, pomogę wam! Będę odbierać dzieci z przedszkola, gotować obiadki. Nikogo nie mam, tylko was!
Trudno było odmówić, więc zgodziliśmy się i daliśmy jej największy pokój. Pani Wanda była już wtedy na emeryturze i rzeczywiście pomagała przy wnukach, ale do siebie wracać nie mogła, bo jej młodszy syn, mój szwagier Krzysztof, rozgościł się tam ze swoją nową wybranką. Mieszkał z nią razem z ich dzieckiem i jej synem z poprzedniego związku, w jednopokojowym mieszkaniu teściowej.
Krzysztof tuż po liceum pobrał się ze swoją pierwszą żoną, która pochodziła z małej miejscowości pod Siedlcami. Moi teściowie zdecydowali się wtedy sprzedać swoje większe mieszkanie za uzyskane pieniądze kupili sobie kawalerkę na Ochocie, a Krzysztofowi zafundowali dwupokojowe mieszkanie na Tarchominie. Niestety, już niedługo potem mój teść zaczął chorować i zmarł.
U Krzysztofa i jego pierwszej żony przyszła na świat dwójka dzieci, ale ich związek nie przetrwał rozwiedli się, a Krzysztof zostawił swoje mieszkanie byłej żonie, która już z nowym partnerem i trojgiem dzieci tam zamieszkała. Po rozwodzie Krzysztof wrócił do matki:
Mamo, zamieszkam na razie z tobą. Jestem wolny, jakoś to sobie poukładam, popracuję, może coś znajdę zapewniał.
Minęło kilka miesięcy i przyprowadził swoją obecną żonę, z którą zamieszkał w kawalerce pani Wandy. Tymczasem co weekend teściowa przywoziła do nas na Służew dzieci Krzysztofa z pierwszego małżeństwa oraz te nowe cały dom zamieniał się wtedy w prawdziwy chaos.
Po kolejnym roku zdecydowaliśmy, iż czas rozwiązać sprawę mieszkaniową pani Wandy. Po raz kolejny wybuchła płaczem, ogarniały ją histerie.
Musiałam siąść do rozmowy z Krzysztofem poprosiłam go, żeby się wyprowadził od matki i pozwolił jej wrócić na swoje jedyne mieszkanie. Krzysztof stanowczo odmówił, tłumacząc, iż jego pensja jest marna i nie da rady płacić choćby za wynajem w Warszawie. Cóż, patowa sytuacja.
Moje relacje z teściową zaczęły się pogarszać. Coraz częściej po pracy nie miałam ochoty wracać do domu. W końcu postawiłam sprawę jasno i zażądałam od męża, by załatwił matce sprawę mieszkania, bo inaczej złożę pozew o rozwód.
Janusz nie wiedział co robić, zupełnie nie miał pojęcia, jak rozwiązać tę sprawę przecież nie wyrzuci matki na ulicę.
Zaproponowałam, iż pani Wanda może wynająć kawalerkę, mamy na to oszczędności, więc nie zabraknie jej na czynsz. Ale teściowa stanowczo odmówiła mieszkania na wynajmie; upierała się, iż powinniśmy wynająć dwupokojowe mieszkanie dla Krzysztofa i jego rodziny, a ona wtedy spokojnie wróci na swoje miejsce.
Uważałam to za bezczelność i postawiłam sprawę ostro: jeżeli pani Wanda się nie wyprowadzi w ciągu tygodnia, jej rzeczy wylądują za drzwiami. Jakie miałam wyjście?
W mojej opinii nie jesteśmy odpowiedzialni za utrzymywanie rodziny szwagra ani tym bardziej za zapewnianie im dachu nad głową. W Polsce zawsze mówiono: Gość w dom, Bóg w dom, ale czasem trzeba powiedzieć: Dość.








