2 Czerwca wtorek w krakowskim Klubie Studio wystąpił Jack White z pewnością należy do tych wydarzeń, których ominąć po prostu nie można było. Gitarowy wirtuoz od pierwszego akordu zaserwował fanom widowisko na najwyższym światowym poziomie, udowadniając, iż warto było czekać na jego powrót do Polski.
Aby jednak w pełni doświadczyć tego szaleństwa, publiczność musiała dostosować się do twardych reguł gry. Na tym koncercie telefony miały być całkowicie schowane. Wszystko po to, by naprawdę przeżywać muzykę, skupić się na dźwiękach i nie rozpraszać uwagi powiadomieniami czy nagrywaniem wideo. Już przy wejściu do klubu telefony lądowały w specjalnych, zamykanych etui, a widzom pozostało po prostu słuchać i chłonąć każdą sekundę.
Jack to bez wątpienia wirtuoz, jakich mało. Bez trudu mógłby zapełnić stadiony czy wielkie areny w naszym kraju, jednak on świadomie stawia na autentyczność i intymność, które można wytworzyć tylko w klubach. Jak sam przyznaje, woli kameralne sale niż potężne przestrzenie. Od pierwszych dźwięków „Old Scratch Blues” jego gitara nie cichnie ani na moment, a on sam zabiera nas w hipnotyzującą, muzyczną podróż – bez zbędnych przerw, za to z genialnie płynnymi przejściami między utworami.
Ten człowiek nie potrzebuje pirotechniki, fajerwerków i zbędnych efektów – liczą się tylko energia i muzyka. To, jak komunikował się z zespołem i pokazywał muzykom, w którym kierunku mają iść, dało nam coś ekstra przy każdym numerze. Cały Jack: nigdy nie idzie szablonowo, nie trzyma się kurczowo największych hitów i zawsze czymś zaskakuje. Każdy jego koncert jest inny, a żadna setlista się nie powtarza. Tym razem pomiędzy utwory ze swojej najnowszej płyty „No Name” – energetyzujące „That’s How I’m Feeling”, nieco spokojniejsze „Underground” czy surowe „Archbishop Harold Holmes” – Jack wplótł oczywiście klasyki z repertuaru The White Stripes. Usłyszeliśmy m.in. „Dead Leaves and the Dirty Ground”, „Fell In Love With a Girl” oraz „The Same Boy You’ve Always Known”. Nie zabrakło też „Steady, as She Goes” grupy The Raconteurs, przy którym publiczność dosłownie szalała, oraz bluesowo-garażowego „I Cut Like a Buffalo” formacji The Dead Weather.
Jack nie zapomniał również o utworach z początku swojej solowej kariery – wybrzmiało nowoczesne i drapieżne „Freedom at 21” oraz przesterowane, ciężkie „Lazaretto”, przy którym temperatura na widowni znacząco wzrosła.
Na bis dostaliśmy riff gitarowy, którego nie sposób pomylić z niczym innym. Pochodzący z najsłynniejszego albumu The White Stripes, „Elephant”, utwór „Seven Nation Army” dosłownie rozniósł krakowski Klub Studio.
Na koniec artysta przedstawił muzyków towarzyszących mu na scenie: Bobby’ego Emmetta (klawisze), Dominica Johna Davisa (bas) oraz Patricka Keelera (perkusja). Zapowiadając samego siebie, Jack mocno zaakcentował swoje polskie pochodzenie i dodał, iż w Krakowie czuje się po prostu jak w domu. Fani wyszli z klubu zelektryzowani i absolutnie oczarowani. Wszystko dzięki stuprocentowemu skupieniu na muzyce – ten koncert to najlepszy dowód na to, iż telefony na występach live powinny częściej lądować w zamkniętych futerałach.
Setlista:
Old Scratch Blues
That’s How I’m Feeling
Dead Leaves and the Dirty Ground
All Your Love (I Miss Loving)
Love Interruption
Broken Boy Soldier
What’s the Trick?
Cannon
I Cut Like a Buffalo
Underground
Catch Hell Blues
The Same Boy You’ve Always Known
Freedom at 21
Fell in Love With a Girl
Steady, as She Goes
Instrumental Jam
Lazaretto
Archbishop Harold Holmes
Derecho Demonico
Sixteen Saltines
Seven Nation Army

Relacja : Daria














