Iwona, księżniczka Burgunda – recenzja spektaklu. Bezpieczny Gombrowicz

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Sztuka Iwona, księżniczka Burgunda była adaptowana na deski teatru wielokrotnie. Anna Augustynowicz po dzieło Gombrowicza sięga już po raz czwarty. Spektakl swoją premierę w Teatrze Ateneum w Warszawie odbył 16 maja 2026 roku. Nowa inscenizacja reżyserki, choć warsztatowo wykonana z wysoką precyzją, jest mało odważną realizacją z kilkoma urozmaiceniami.

Gdy spotkałem się z dramatem Gombrowicza na papierowych stronach, trafne spostrzeżenia twórcy od początku mnie zafascynowały. Iwona, księżniczka Burgunda powstała jeszcze przed II wojną światową – w 1938 r. A więc aktualność motywów i społecznej analizy zawartych w tekście bywa aż przerażająca. Główną osią, jak to bywa u Gombrowicza, jest Forma i jej dekonstrukcja. Autor wyprzedza teorie René Girarda (mimetyzm, kozioł ofiarny) i przedstawia je jako perypetie na królewskim dworze. Tych mechanizmów nie trzeba jednak poszukiwać zbyt daleko, gdyż są one obecne w naszej rzeczywistości od wieków.

Anna Augustynowicz swoją inscenizacją zapowiadała odczytanie sztuki m.in. poprzez tematy totalitaryzmu, tabu seksualności i cielesności oraz współczesnych napięć. I te kwestie rzeczywiście są w pewnym stopniu obecne. Tyle iż Augustynowicz, zamiast reinterpretować tekst Gombrowicza, dopisuje do niego konteksty. Choć reżyserka realizuje podstawowe założenia sztuki z pieczołowitą wrażliwością i uwagą, brakuje w tym jej spojrzenia. Każda ze scen została przeniesiona tak, jak można było to sobie wyobrazić. Paradoksalnie właśnie na tym „nowy” odczyt kapituluje.

Jako główne narzędzie Augustynowicz wykorzystuje hiperbolizację. Tę szczególnie wypatrzymy w aktorstwie. Debiutujący w Ateneum Maciej Musiałowski fenomenalnie wciela się w zadufanego, manipulującego i rozpieszczonego Księcia Filipa. Operuje głosem w sposób, który bezbłędnie obnaża infantylny, wręcz chłopięcy charakter tego pozornie groźnego drapieżnika. Karolina Charkiewicz jako tytułowa bohaterka bez słowa potrafi skraść całą uwagę poprzez swój mechaniczny chód i sztywną posturę. I tym właśnie tworzy fizyczną anomalię, która dworskiej śmietance coraz mocniej uwłacza. Chemia między Królem Ignacym (Przemysław Bluszcz) a Królową Małgorzatą (Maria Ciunelis) generuje z kolei świetną komedię, ale i duszne napięcie, które obnaża zmęczenie władzą i własnymi charakterami. Im większa antagonizacja Iwony, tym pozornie sformalizowane postacie coraz bardziej popadają w obłęd, a ich „upupienie” zyskuje na sile.

Jednak genialnie zarysowana psychologia bohaterów w spektaklu Iwona, księżniczka Burgunda to jedynie adekwatne odzwierciedlenie oryginału. Augustynowicz „współczesne konteksty” wprowadza w scenografii, kostiumach i opresyjnych rekwizytach. Król Ignacy dostaje w jednej scenie rękawice bokserskie, co sugeruje prymitywność władzy i jej tylko pozorną elokwencję.

Z drugiej strony mamy Iwonę prowadzoną na smyczy przez Filipa, co bezpośrednio wskazuje na manipulacyjny charakter ich relacji. Są to tylko przykłady, ale można je prosto skonkludować – reżyserka rzeczywiście pogłębia motywy z dramatu. Niemniej, od czasu do czasu Augustynowicz próbuje również dopisywać swoją interpretację na siłę. Na tle wydarzeń pojawia się rozpikselowana projekcja, która, jak twierdzi sama reżyserka, miała „pokazywać rozmytą tożsamość człowieka”. Rozumiem próbę połączenia czasów dworskich z wojennymi poprzez wyświetlenie, np. wojskowych samolotów. W efekcie uzyskaliśmy jednak wyjętą z kontekstu, niespójną próbę tłumaczenia świata.

fot. materiały własne – Krystian Wieczorek

Jest to kwestia o tyle szeroka, iż Augustynowicz swoją wizją stwierdza oczywistości. Choć robi to skrupulatnie i hipnotyzująco dla widza, pozostaje w strefie komfortu klasycznego spektaklu. kilka wspomaga tę wizję wprowadzenie „chocholego tańca”, który ogarnia w wielu momentach każdego z dworzan. Muzyka Jacka Wierzchowskiego rytmizuje ich ruchy i wprowadza prosty element komediowy, który utożsamić można ponownie z gombrowiczowską Formą. Humor występuje równie skutecznie w samych postaciach, jak i sytuacjach. Jest nietuzinkowy, czasem błahy… Prawdę mówiąc, taki, jaki być powinien.

Tak więc pochwalić należy również kostiumowe projekty Tomasza Armady. Te przykuły moją uwagę jeszcze na próbie medialnej. Książę Filip nosi połączenie dresu Nike i ubioru dworskiego, co mówi o tylko pozornym buntowniczym charakterze chłopaka. Z kolei Iwona przez cały czas nosi czarne okulary i czarny strój, które przynoszą mi na myśl Neo z Matrixa. Te potęgują jej rolę ślepego zwierciadła wobec przywar otoczenia. Księżniczka Burgunda zostaje odcięta od wszystkich postaci, zunifikowana (czarny strój) i sprowadzona do cielesnego popychadła (ciasny gorset). W zasadzie w tym kryje się jedno z niewielu odniesień do próby podjęcia tematu seksualności i estetyzacji. Ten ujawnia się również we wspomnianej posturze, jak i w relacji Filipa z Izą.

fot. materiały prasowe

O religijnych i politycznych wpływach reżyserka mówi przede wszystkim w finale. Wcześniej „sektę” sugeruje tylko powstający spisek, który jest tradycyjną częścią sztuki. Augustynowicz ponownie swoją interpretację traktuje bardzo dosłownie i bezpośrednio prezentuje bohaterów ubranych w tajemnicze szaty zakrywające całkowicie ich wizerunki, jak w filmie Oczy szeroko zamknięte Kubricka, ale bez masek. To wizja bardziej oniryczna i rzeczywiście lepiej oddaje charakter sytuacji, ale ponownie jest bardzo sztampowym motywem.

Pozytywny okazuje się minimalizm w oświetleniu i scenografii. Wojciech Kapela stosuje w dużej mierze białe światło, które współpracuje z jego szarymi projekcjami. Wydarzenia są na tyle barwne, iż taka oszczędność pozwala lepiej skupić się na clou opowieści. Podobnie scenografia Marka Brauna, która kończy się na kanapie, pudełku i krzesłach. To wystarczyło, aby stworzyć zrozumiałą, nieskomplikowaną przestrzeń. Taką, która szanuje bohaterów i ich groteskowy charakter.

fot. materiały prasowe

Próby odczytania dramatu Iwona, księżniczka Burgunda przez Annę Augustynowicz kończą się na ułatwianiu odczytania tekstu widzom poprzez przeniesienie jego motywów na współczesny język skryty w tle wydarzeń. Niestety nie znajdziemy tu nic rewolucyjnego. Spektakl jest warsztatową perełką – wybitne aktorstwo, przyjemne tempo i sprawnie dobrane otoczenie. Reżyserka boi się jednak ingerować w kod źródłowy i tylko uzupełnia treść o własne pomysły. W ten sposób jednym pozwala spojrzeć na dramat w kryteriach współczesności, innym – odbiera okazję do własnych przemyśleń. Iwona, księżniczka Burgunda w warszawskim Teatrze Ateneum to inscenizacja, którą zobaczyć warto. Nie spełnia ona jednak oczekiwań wobec zapowiadanych refleksji podejmujących tematy „od fabryk śmierci do współczesnych napięć społecznych”.


fot. główna: materiały własne – Krystian Wieczorek

Idź do oryginalnego materiału