Kameralny klub, niewielka scena, publiczność, która najwyraźniej dokładnie wiedziała, po co przyszła. Bez wielkiej scenografii, za to z gitarami, pianinem, delikatnym wokalem i tym rodzajem muzyki, która najlepiej brzmi wtedy, kiedy można jej po prostu spokojnie posłuchać.
7 września na scenie BARdzo bardzo pierwsza pojawiła się Magda Kluz wraz z Krzysztofem Kawałko. Dwie gitary pięknie splatały się ze sobą, momentami brzmiąc niemal jak rozmowa. Było miękko, intymnie i trochę melancholijnie. W pewnym momencie Magda sama zauważyła: Jaka cisza! I rzeczywiście. Pomiędzy kolejnymi utworami, jak „Słowa”, „Zimno”, „Łza” czy premierowa „Skóra”,
klub jakby wstrzymywał oddech. Trudno się dziwić – ta muzyka nie próbuje zdobyć słuchacza, ona po prostu powoli go sobie bierze.
Potem przyszedł czas na Fairhazel, czyli Hugh Macdonalda, którego głos potrafi zrobić się naprawdę przejmujący. „Nocturnal Animals” od razu mocno wybrzmiało, a iż artysta właśnie skończył pracę nad albumem, dostaliśmy sporo nowości. Wśród nich „Tiny Little Things”,
„Made to Last (Future’s Past)” i kolejne premierowe piosenki. „The Seagull” miała szczególne tło – opowieść o babci artysty, która dożyła niemal 101 lat, i jej przyjaźni z mewą. I znów okazało się, iż czasem historia zostaje w głowie równie mocno jak sama melodia.
Wieczór należał jednak przede wszystkim do Kate Stephenson. Jej koncert był pełen wspomnień, zarówno zabawnych, jak i tych trudnych. Kate mówiła o tym, skąd biorą się jej piosenki, o relacjach, rozczarowaniach, własnych doświadczeniach.
„Fare Me Well”, „Tracksuit”, przy którym Kate zasiadła przy pianinie, „Summerfoot” wykonane wspólnie z Hugh i „Shoving” prowadziły nas przez kolejne fragmenty jej muzycznego świata. Kiedy poszła struna w gitarze, koncert na chwilę dostał choćby elementu improwizacji.
Było też smutne i bardzo osobiste „For the Daughter I’ll Never Have”, które adekwatnie nie potrzebuje dodatkowego komentarza. Z kolei za „Social Drown” stała opowieść o życiu w Nowym Jorku – mieście, którego Kate, jak sama przyznała, adekwatnie nienawidzi. Na bis ktoś z publiczności poprosił o ulubiony kawałek. Kate z euforią spełniła życzenie i zagrała na pianinie „Do You Still Live in New York”.
To był uroczy, spokojny i niezwykle nastrojowy wieczór. W kolejnych utworach pojawiały się uczucia długo noszone w sobie, rzeczy niewypowiedziane i historie, które najwyraźniej musiały znaleźć ujście w muzyce. Artyści nie tylko śpiewali, oni wpuszczali nas na chwilę do własnego świata. A kiedy zna się historię, łatwiej usłyszeć w muzyce coś więcej niż tylko melodię.
Relacja: Anka
















