Inne światy niż te – recenzja książki. Czy warto było to kończyć?

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Raz ma kilka miesięcy sięgam sobie po książkę Kinga, mam swoich faworytów, mam kilka, które pokonały mnie swoją brutalnością, ale zawsze na liście do przeczytania mam kolejną pozycję. Kiedy więc pojawiły się Inne światy niż te, oczywiście sięgnęłam po nowość króla horrorów.

I przyznam się na starcie: żeby przeczytać Inne światy niż te, musiałam gwałtownie nadrobić Talizman i Czarny dom. Sama Mroczna wieża nigdy mnie do siebie zbytnio nie przekonała, ale podejście do tego cyklu zrobiłam jednak jeszcze jako nastolatka. Od jakiegoś czasu chodził za mną pomysł drugiej szansy, a trylogia, która krąży wokół opus magnum Kinga wydała mi się dobrym pomysłem. Ale po kolei.

Jack Sawyer to już niemal sześćdziesięcioletni mężczyzna, który na dobre opuścił swój świat i osiedlił się w innym. Razem ze swoją – jak dowiadujemy się w pierwszym rozdziale – zmarłą już miłością jego życia. Dziecięcy bohater i dojrzały błyskotliwy detektyw to figury przeszłości. Jack z trzeciej części to chłopiec na posyłki niekompetentnego gubernatora miasta i wdowiec, który wciąż mówi to zmarłej przed dekadą żony. Nie widać w nim wiele z postaci, którą znamy.

Fot. Materiały promocyjne

Fabuła jak zwykle biegnie dwutorowo między dwoma światami. Dwójka nastolatków z oryginalnego świata Jacka rusza tam na mordercze tournee, a następnie przypadkiem przenika do Świata Pośredniego. Tam przejmuje ich przebudzona Gardziel, która zaczyna truć świat złem, przemieniając kolejne nastolatki w bezmyślnych morderczych wyznawców. Przebrzmiewa w tym również echo Mrocznej wieży, bo Jacka zaczyna się porównywać do Rolanda, i gwałtownie gromadzi się wokół niego zbieranina wątpliwych „bohaterów”, jego ka-tet – które znacząco przypominają towarzyszy Rolanda.

Gdybym miała wskazać nasłabsze ogniwo, powiedziałabym, iż jest to sam Jack. W moich oczach to po prostu nie jest ten sam bohater. Nie pamięta prawie nic z tego, co mu się przydarzyło. Nieustannie wspomina żonę, której czytelnik za bardzo nie poznał – cóż, poza tymi rzewnymi wspomnieniami. Nie chodzi o to, iż brakuje mu ikry, bo jest już starszy i bardziej schorowany – w tej książce brakuje mu celu, mimo iż wciąż porównujemy go do jednej z kluczowym postaci Kinga.

To zresztą też nie wydaje się zbyt udanym wyborem – i mówię to z perspektywy osoby, która nigdy nie dokończyła czytać Mrocznej wieży. Co chwilę przypomina się o tym, jak podobni są Jack i Roland oraz ich drużyny. Dużo wspomina się o echach i losie toczącym się kołem, co sprawia, iż napięcie jest na niskim poziomie. Albo znamy zakończenie przez Rolanda, albo jesteśmy w stanie rozgryźć schemat na wczesnym etapie. A przecież to zakończenie trylogii pisanej przez dekady. Czy nie powinno być jednak bardziej satysfakcjonujące, skoro ta opowieść była na tyle ważna, by trwać pod różnymi pretekstami od lat 80.?

Jestem bardzo ciekawa, jak Inne światy niż te wypadają z perspektywy czytelnika, który rzeczywiście czytał tę serię na przestrzeni lat. Mi brakuje tej perspektywy z racji przeczytania wszystkiego ciągiem. Ale o ile ktoś dorastał razem z Jackiem, to może odbiera go tutaj zupełnie inaczej.

Inne światy niż te domykają cykl pisany wspólnie z Peterem Straubem, natomiast książka powstała już po śmierci Strauba, a King zarzeka się, iż wykorzystywał jego pomysły. To już na starcie istotna różnica w stosunku do poprzednich części. Ja nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, iż to po prostu fabuła niedopasowana do tego świata. Niby wszystko zaczyna się od morderczych nastolatków, ale tak naprawdę nie mają oni tutaj znaczenia. Sam finał wraca do tego, co naprawdę dobrze znamy – więc nie oferuje nic nowego, tylko powtarza „sprawdzony” motyw. Może nostalgia odmienia to wrażenie? Być może, ale chyba nie na tym powinien opierać się ostatni tom prowadzonej latami serii.

Może jestem zbyt surowa przez brak tego wieloletniego przywiązania, którym prawdopodobnie może pochwalić się sporo czytelników. Co gorsza, uważam iż ten cykl na spokojnie mógł by skończyć się wyłącznie na Talizmanie, i lepiej na tym wyjść. Ale ja też w Kingu najbardziej lubię jego pojedyncze strzały fabularne, a nie przenikające się światy czy wiecznie powracający motyw dzieci w małych miasteczkach – prawdopodobnie oburzę tym zagorzałych fanów króla horrorów. Czy uważacie finał tej trylogii za satysfakcjonujący? Czy daje Wam to, czego szukaliście? Czy zamyka Wam wieloletni rozdział? Mi nie, ale szukam u Was, czytelnicy, drugiej perspektywy – innego świata niż mój.


Fot. Materiały promocyjne

Autorzy: Stephen King, Peter Straub

Tłumaczenie: Tomasz Wilusz

Wydawca: Prószyński i S-ka

Stron: 856

Data premiery: 6 października 2026 r.


Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka. Dziękujemy!

Fot. główna: Kolaż z wykorzystaniem oficjalnej okładki/Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Idź do oryginalnego materiału