Ło panocku, ależ po latach ten debiutancki płyt miażdży. Jeszcze przy fazie na industrialne metalowanko.
Last City Zero non stop pulsuje "żyjącym" bitem, co w połączeniu ze świetnymi, "żwirowatymi" wiosłami, wjeżdżającymi efektami, saksofonami i ciągnącymi się wokalami kolesia z EyeHateGod wciąga, niczym czarna dziura otwarta na środku brudnej ulicy w niebezpiecznej dzielnicy w zepsutym mieście. Totalne KEJ OŁ. Czuję, iż faza na podobne klimaty jeszcze trochę się u mnie powlecze.
Statystyki: autor: DiabelskiDom — 28 min. temu