(in)S & (tagra)M

filmweb.pl 2 miesięcy temu
Zdjęcie: plakat


"Wichrowe wzgórza" to film, który chce być albo znienawidzony, albo pokochany. Reżyserka Emerald Fennell już w pierwszej scenie demonstracyjnie seksualizuje trupa i robi nieprzyzwoite gesty, a potem regularnie flirtuje z poetyką szmiry i celuje w skandal. Zacznijmy od tego, iż tytułową XIX-wieczną posiadłość z klasycznej powieści Emily Brontë manifestacyjnie wykafelkowano tu na czarno i biało, zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz, na przekór historycznej wiarygodności czy wyobrażeniom pokoleń czytelników. Zabytek przykryty błyszczącą ceramiką to w sumie idealna metafora całego filmu. Zamiast ponurych szarości pierwowzoru – spektakl jaskrawych opozycji. Zamiast zakurzonej lektury obowiązkowej – S&M w wersji z Instagrama. Niestety: zamiast porywającego arcydzieła albo chociaż spektakularnej szmiry – tylko interesująca porażka.

Margot Robbie, Jacob Elordi
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

W tym sensie Fennell gładko wpisuje się w burzliwą tradycję ekranizowania książki Emily Brontë. "Wichrowe wzgórza" (1992) z Ralphem Fiennesem i Juliette Binoche były tak wierne literze oryginału, iż reżyser Peter Kosminsky musiał robić niefortunny speed-run przez fabułę. Kiedy Sinead O’Connor w roli Brontë-narratorki przechadzała się tam po zamglonych pagórkach, uprzedzając, iż "to nie jest opowieść do śmiechu", niechcący podpowiadała nam złośliwą ripostę, iż sorry, ale jednak w tym wydaniu trochę jest. Andrea Arnold wybrała odwrotną strategię: w swoich "Wichrowych wzgórzach" (2011) wzmocniła motyw Innego i wyrzuciła wszystko (sic) inne. Ale kiedy przyszło jej odegrać nuty romantyczne, nie pasowały one do drastycznie uziemionej tonacji. W efekcie film rozpadał się na dwie połowy: udaną i nieudaną. A to tylko pierwsze z brzegu przykłady niespełnionych ekranizacji.

Margot Robbie
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Problemem dla adaptatorów jest chyba to, iż choć Brontë snuje w swojej książce gotycki romans, robi to z dystansu, w zapośredniczeniu nie-do-końca-wiarygodnych narratorów, z perspektywy osób trzecich, w narracyjnym "szerokim kadrze" dwóch pokoleń. W rezultacie zamiast love story czytamy raczej rozlewającą się w czasie historię okropnych osób robiących sobie okropne rzeczy, ponury spektakl ludzkich marionetek na sznurkach historii i społeczeństwa. Zaryzykowałbym tezę, iż domaga się to ekranizacji bliższej "Faworycie" Lanthimosa niż którejkolwiek z filmowych wersji "Dumy i uprzedzenia". To chyba nie przypadek, iż ze wszystkich reżyserów świata akurat Luis Buñuel też nakręcił swoją wersję, zatytułowaną "Wzgórza wichrów" (1954). Fennell jednak podgrzewa, zamiast wychładzać. Z powieści Brontë wyciąga właśnie romans i zamiast oddalać obiektyw, opowiada w świadomie histerycznym, sensualnym zbliżeniu.

W wersji Fennell "Wichrowe wzgórza" to zatem opowieść typu "piękna ona i przystojny on, dzieliło ich wszystko". Ona to Catherine Earnshaw (Margot Robbie), rozpieszczona córka podupadającego szlachcica. On – przygarnięty przez jej ojca znajda Heathcliff (Jacob Elordi), towarzysz dziecięcych zabaw Catherine i parobek na dworze Earnshawów. W powietrzu wisi miłość i seks, spojrzenia się krzyżują, hormony buzują, ciała parują. Ale gorset ekonomii i etykiety gniecie niemiłosiernie. Klasowa dysproporcja skazuje bohaterów na niespełnienie i cierpienie.

Margot Robbie
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Gorset też nadaje się na metaforę całego filmu. W jednej ze scen Catherine prosi o zaciśnięcie sukni do bólu, a my oglądamy to w wielkim, perwersyjnym zbliżeniu. Jej przekomarzanki z Heathcliffem nabierają z czasem sadomasochistycznego wymiaru. Przypominają erotyczną grę we władzę i kontrolę, cykl wzajemnego kuszenia, podniecania i powściągania. Fennell gra w tę samą grę z widzem, bo choć z lubością ślizga się obiektywem po spoconych ciałach bohaterów, nakręciła erotyk bez ani jednej nagiej piersi czy pośladka. W zamian radośnie mnoży kolejne kosmate konotacje: ręka taplająca się w rozbitym glucie jajka, ślimak zostawiający ścieżkę śluzu na szybie, palec wetknięty do rybiej gęby w galarecie. Catherine, Heathcliffowi – i samej Fennell – po prostu Wszystko Się Kojarzy.

Niestety: jak na film, który tak ostentacyjnie stara się podniecać i szokować, "Wichrowe Wzgórza" mają zaskakująco stępione pazurki. Powtórzę: seks jest tu przykryty rumieńcem ironicznego dystansu i sugestywnych skojarzeń, które świadczą raczej o pensjonarskiej pruderii niż o prawdziwym wyuzdaniu. Scenografia i kostiumy idą w popartowy przesyt à la David LaChapelle albo Damien Hirst (jest choćby owieczka w formalinie) – ale przy okazji odgradzają nas zasłoną blichtru od nagich emocji. A wszędobylskie anachronizmy – twarze aktorów, które ewidentnie "widziały iPhone’a" czy piosenki Charli XCX na soundtracku – tylko dokładają się do tego efektu.

Jacob Elordi, Margot Robbie
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Fennell próbuje chyba wymyślić na nowo klasyczny hollywoodzki spektakl, uaktualnić rozmach "Przeminęło z wiatrem" pod kątem wrażliwości współczesnego widza. Stąd plakat stylizowany na klasyk Victora Fleminga, stąd ujęcia typu "Elordi na koniu na tle płonącego nieba". Ale reżyserka tylko produkuje sztuczność, której nie miało w swoich czasach "Przeminęło z wiatrem". W 1939 roku malowane tła i makiety budynków były kinowym stylem zero, hollywoodzkim chlebem powszednim. Powtórzone 87 lat później są już tylko cytatem, jawnie i dumnie sztucznym. Płaskim – i gładkim, jak defaultowy filtr na Instagramie. Tymczasem prawdziwe ostre krawędzie książki Brontë zostały skutecznie spiłowane.

Niech będzie: Margot Robbie jako humorzasta lalka Barbie i Jacob Elordi jako byroniczny Ken są tu całkiem wdzięczni. Zwłaszcza Elordi, który w brytyjskim akcencie wreszcie odnajduje to, czego brakowało mu, kiedy grał innego byronicznego Kena w serialu "Euforia". A jednak ten Heathcliff jest w dwójnasób wybielony – zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. W książce Brontë niejasne pochodzenie bohatera pracowało na jego status outsidera, wyrzutka, "Cygana"; Elordi jest białym Australijczykiem. Powieściowy Heathcliff był Obcy przez wielkie "O"; Elordi ma złoty ząb i kolczyk. Jakby tego było mało, Fennell otacza go postaciami pochodzenia wietnamskiego (Hong Chau jako Nelly) i pakistańskiego (Shazad Latif jako Linton), zupełnie ignorując rasowe napięcie na linii Heathcliff-świat, tak ważne w pierwowzorze. A to wciąż nie wszystko. W filmie Fennell ów rzekomo lucyferyczny, mroczny Heathcliff, zanim wywrze swoją okrutną zemstę, najpierw grzecznie… pyta o consent.

Jacob Elordi
  • Warner Bros. Entertainment Inc.

Dlatego trudno nie spytać, dlaczego Fennell zekranizowała akurat "Wichrowe wzgórza", skoro "Wichrowe wzgórza" zdają się niezbyt ją interesować. W którejś ze scen Isabella (Alison Oliver), jedna z niewielu postaci, na które jest tu interesujący pomysł, z egzaltacją opowiada komuś "Romeo i Julię" Szekspira. Pomyślałem sobie wtedy, czy Fennell nie wolałaby czasem sama opowiedzieć tej historii. Szekspirowski dramat byłby przecież dużo bardziej podatny na postmodernistyczne, teledyskowe podkręcenie. Sęk w tym, iż zrobił to już raz Baz Luhrmann, ewidentnie duchowy tata filmu Fennell (duchową mamą jest Sofia Coppola z czasów "Marii Antoniny").

Ale hej, jeżeli reżyserka chciała sprawdzić, jak wiele trzeba wyjąć z "Wichrowych wzgórz", żeby zmieściły się w rolce na Instagramie, to poniekąd odniosła sukces. I jasne: gdyby nowe "Wichrowe wzgórza" były zwyczajnie dobre, nie miałoby większego znaczenia, czy są również wierne. Jak wiadomo, dobre adaptacje często powstają na grobie oryginału. Ale czasem trup to tylko trup – choćby jeżeli ma erekcję.
Idź do oryginalnego materiału