Tę historię zna prawdopodobnie każdy wielbiciel horroru. „Carrie”, debiutancka powieść Stephena Kinga wydana w 1974 r., niemal z dnia na dzień przyniosła młodemu autorowi sławę i fortunę. Dwa lata później została świetnie zekranizowana przez Briana De Palmę, a potem była filmowana jeszcze dwa razy, doczekała się choćby wersji musicalowej, nie mówiąc już o niezliczonych literackich i kinowych podróbkach. Po co jeszcze raz mierzyć się z tekstem tak przemielonym przez popkulturę? Mike Flanagan, showrunner nowego, mającego właśnie premierę w serwisie Prime Video serialu i reżyser czterech z ośmiu epizodów, odpowiada na to pytanie już w pierwszym odcinku. Powieść Kinga odczytał we współczesnym kontekście, oryginalną fabułę mocno rozbudował, zostawiając przy tym wszystkie elementy najważniejsze dla tej opowieści. A jednak serialowa „Carrie” może zaskoczyć choćby najwierniejszych fanów książki.
Zwierciadło codzienności
Mike Flanagan nie ukrywa, iż gdy dostał propozycję nowej ekranizacji książki, sam nie był przekonany do tego projektu. Film De Palmy uważa za wzorcowy, zdawał sobie też sprawę z tego, iż fani Stephena Kinga znają fabułę na wylot. Po ponownej lekturze uznał jednak, iż wie, jak pokazać tę historię na nowo, szczególnie iż sam zaczął się zmagać z lękiem, jak poradzi sobie w szkole jego starszy syn, który właśnie rozpoczął naukę w liceum.







