Kino ma dziwną relację ze starzeniem się. Starość to przecież potworność Cioci Gladys czy potwornie postarzonej złej czarownicy z "Królewny Śnieżki". Jednocześnie starość to też łagodne mentorstwo kopciuszkowej matki chrzestnej albo Ninny ze "Smażonych czerwonych pomidorów". Niezmienne jednak jest to, iż seniorzy rzadko kiedy otrzymują szansę zaistnienia jako bohaterowie niezależni; spychani są na drugi plan albo funkcjonują jako wygodne lustra, w których odbija się nasz lęk przed starzeniem. Podobnie jest z kinem dokumentalnym. Większość filmów o ludziach starszych to portrety sędziwych i zasłużonych albo niezwykle osobiste próby zatrzymania pamięci o własnych dziadkach. W tej atmosferze "Kumotry" Emilii Śniegoskiej to przyjemne przełamanie trendu – film, który obiecuje nie tylko oddać swoim starszym bohaterkom głos, ale też widzieć w nich więcej niż jedynie sam wiek.
Bronka i Hanka należą do mniejszości polskiej w Rumunii. Żyją w małej wiosce w Karpatach, gdzie na co dzień mają tylko siebie nawzajem. Dzieci dawno temu wyjechały do Hiszpanii, a wieś pustoszeje z dnia na dzień; niektórzy wyjeżdżają, inni zwyczajnie umierają. Kobiety są w stanie wymienić z pamięci wszystkich, którzy w tym roku odeszli, jest ich siódemka. Własną śmierć traktują zresztą jak przykrą, acz nieuniknioną ewentualność. Miejsca na cmentarzu są już od dawna wykupione, w końcu to już nie wiek na naiwne fantazje o wiecznym życiu. Ten dość przygnębiający początek to jednak zwykła zmyłka, "Kumotry" nie są w żadnym stopniu filmem o umieraniu. Na ekranie obserwujemy przecież jedynie drobny wycinek przyjaźni, która trwa od dobrych kilkudziesięciu lat. To właśnie kameralny świat dwóch kobiet, zbudowany przez lata wspólnego pożycia służy za trzon filmowego zainteresowania.
Jest w tej kameralności coś umownego. W pierwszej scenie Śniegoska otwarcie rozmawia ze swoimi bohaterkami, tłumacząc im, jak zachowywać się przed kamerami (patrzeć na siebie nawzajem, nigdy w kamerę, broń Boże nie na reżyserkę). Ten i kolejne reżyserskie zabiegi zakłamują rzeczywistość, balansując na granicy dokumentalności. Tytułowe kumotry przedstawiane są jako samotna wyspa na karpackich pustkowiach. Oko kamery celowo skupia się jedynie na Hance i Bronce, odfiltrowując innych mieszkańców wioski, tak jakby kobiety były jedynymi osobami na świecie. Nie licząc głosu reżyserki, jedynym obcym elementem, który potrafi przedrzeć się do introwertycznej rzeczywistości kobiet, jest bukowińska kapela, która podąża czasem za bohaterkami podczas ich górskich wędrówek, jeszcze bardziej podkreślając ich wyjątkowość. Redukcja karpackiej wioski do metaforycznego miasta duchów broni się jako element budowania języka dokumentu, który usilnie próbuje zrozumieć mikrouniwersum swoich bohaterek.
Rytm tego mikroświata wybijają codzienne obowiązki: zbieranie chrustu, rąbanie drewna, wyprawa po zioła czy czyszczenie grobów. Gdy ręce zajmuje robota, umysł może wędrować, przez co każda z tych chwil to okazja do rozmowy i refleksji. Ten sposób odmierzania czasu podkreśla niesamowitą bliskość i czułość między bohaterkami. choćby gdy cały świat zawrze po tym jak w Ukrainie – której granica leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od karpackiej wioski – wybuchnie wojna, przyjaciółki nie zmienią swoich przyzwyczajeń. Ucieczka oznaczałaby przecież rozłąkę. Rutyna codziennych spotkań wiedzie więc prym nad resztą "ziemskiego" życia; nie ustępuje choćby przed geopolitycznym trzęsieniem ziemi.
Jednocześnie z tych banałów codzienności wypływa esencja siostrzeństwa i przyjaźni. Hanka i Bronka między pozornie błahymi rozmowami o naturze czy pogodzie przemycają tematy głębsze – lęk przed śmiercią, przemoc małżeńska, pozycja kobiet w społeczeństwie. Niesamowita jest w tym ich umiejętność zachowania ciepła i humoru, choćby w obliczu tak posępnych przemyśleń. Rozmowom bohaterek towarzyszą zielone pejzaże Karpat nagrane przez Ewę Radzewicz, w których oprócz piękna przebija się poczucie górskiej samotności i maluczkości względem natury. Za sprawą tego kontrastu, mimochodem i bez żadnej nachalności względem widza, wyłania się metanarracja o trwaniu choćby wtedy, gdy wszystko wokół wygasa.
"Kumotry" to przede wszystkim cicha i kameralna opowieść o wielkich emocjach, w której dużo jest przestrzeni na kontemplację i osobiste odczuwanie. W napisach końcowych reżyserka dedykuje film swoim Babciom i można odnieść wrażenie, iż to samo poleca zrobić widzom. Chociaż główne bohaterki portretowane są z dużą dozą indywidualności, łatwo interpretować ich przeżycia przez pryzmat własnych babek. I mimo tego, iż dokument Śniegoskiej prawdopodobnie nie da rady samoistnie zmienić tego, jak kultura opowiada o starości, pozostanie on solidną cegiełką w walce o godność i nobilitację perspektywy seniorów.
Bronka i Hanka należą do mniejszości polskiej w Rumunii. Żyją w małej wiosce w Karpatach, gdzie na co dzień mają tylko siebie nawzajem. Dzieci dawno temu wyjechały do Hiszpanii, a wieś pustoszeje z dnia na dzień; niektórzy wyjeżdżają, inni zwyczajnie umierają. Kobiety są w stanie wymienić z pamięci wszystkich, którzy w tym roku odeszli, jest ich siódemka. Własną śmierć traktują zresztą jak przykrą, acz nieuniknioną ewentualność. Miejsca na cmentarzu są już od dawna wykupione, w końcu to już nie wiek na naiwne fantazje o wiecznym życiu. Ten dość przygnębiający początek to jednak zwykła zmyłka, "Kumotry" nie są w żadnym stopniu filmem o umieraniu. Na ekranie obserwujemy przecież jedynie drobny wycinek przyjaźni, która trwa od dobrych kilkudziesięciu lat. To właśnie kameralny świat dwóch kobiet, zbudowany przez lata wspólnego pożycia służy za trzon filmowego zainteresowania.
Jest w tej kameralności coś umownego. W pierwszej scenie Śniegoska otwarcie rozmawia ze swoimi bohaterkami, tłumacząc im, jak zachowywać się przed kamerami (patrzeć na siebie nawzajem, nigdy w kamerę, broń Boże nie na reżyserkę). Ten i kolejne reżyserskie zabiegi zakłamują rzeczywistość, balansując na granicy dokumentalności. Tytułowe kumotry przedstawiane są jako samotna wyspa na karpackich pustkowiach. Oko kamery celowo skupia się jedynie na Hance i Bronce, odfiltrowując innych mieszkańców wioski, tak jakby kobiety były jedynymi osobami na świecie. Nie licząc głosu reżyserki, jedynym obcym elementem, który potrafi przedrzeć się do introwertycznej rzeczywistości kobiet, jest bukowińska kapela, która podąża czasem za bohaterkami podczas ich górskich wędrówek, jeszcze bardziej podkreślając ich wyjątkowość. Redukcja karpackiej wioski do metaforycznego miasta duchów broni się jako element budowania języka dokumentu, który usilnie próbuje zrozumieć mikrouniwersum swoich bohaterek.
Rytm tego mikroświata wybijają codzienne obowiązki: zbieranie chrustu, rąbanie drewna, wyprawa po zioła czy czyszczenie grobów. Gdy ręce zajmuje robota, umysł może wędrować, przez co każda z tych chwil to okazja do rozmowy i refleksji. Ten sposób odmierzania czasu podkreśla niesamowitą bliskość i czułość między bohaterkami. choćby gdy cały świat zawrze po tym jak w Ukrainie – której granica leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od karpackiej wioski – wybuchnie wojna, przyjaciółki nie zmienią swoich przyzwyczajeń. Ucieczka oznaczałaby przecież rozłąkę. Rutyna codziennych spotkań wiedzie więc prym nad resztą "ziemskiego" życia; nie ustępuje choćby przed geopolitycznym trzęsieniem ziemi.
Jednocześnie z tych banałów codzienności wypływa esencja siostrzeństwa i przyjaźni. Hanka i Bronka między pozornie błahymi rozmowami o naturze czy pogodzie przemycają tematy głębsze – lęk przed śmiercią, przemoc małżeńska, pozycja kobiet w społeczeństwie. Niesamowita jest w tym ich umiejętność zachowania ciepła i humoru, choćby w obliczu tak posępnych przemyśleń. Rozmowom bohaterek towarzyszą zielone pejzaże Karpat nagrane przez Ewę Radzewicz, w których oprócz piękna przebija się poczucie górskiej samotności i maluczkości względem natury. Za sprawą tego kontrastu, mimochodem i bez żadnej nachalności względem widza, wyłania się metanarracja o trwaniu choćby wtedy, gdy wszystko wokół wygasa.
"Kumotry" to przede wszystkim cicha i kameralna opowieść o wielkich emocjach, w której dużo jest przestrzeni na kontemplację i osobiste odczuwanie. W napisach końcowych reżyserka dedykuje film swoim Babciom i można odnieść wrażenie, iż to samo poleca zrobić widzom. Chociaż główne bohaterki portretowane są z dużą dozą indywidualności, łatwo interpretować ich przeżycia przez pryzmat własnych babek. I mimo tego, iż dokument Śniegoskiej prawdopodobnie nie da rady samoistnie zmienić tego, jak kultura opowiada o starości, pozostanie on solidną cegiełką w walce o godność i nobilitację perspektywy seniorów.













