Folk metalowy maraton
Kultowa trasa Heidenfest powróciła! W tegorocznej edycji biorą udział zespoły Korpiklaani, Finntroll, Heidevolk, Trollfest oraz The Dread Crew of Oddwood, a europejska trasa miała aż cztery przystanki w Polsce: w Gdańsku, Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Ze względów logistycznych wybrałem się na ostatni z wymienionych koncertów będąc spragnionym folk-metalowych wrażeń.
Jako pierwsza wystąpiła grupa zza oceanu, The Dread Crew of Oddwood. Grupa zaprezentowała, krótki ale bardzo treściwy i żywy set pełen akustycznych pirackich pieśni. Od muzyki i tekstów nie odbiegał również piracki image muzyków. Przyznam też, iż był to jedyny zespół z tegorocznego zestawienia, którego twórczości kompletnie nie znałem. Po koncercie wymieniłem spostrzeżenia ze współtowarzyszami koncertu i zgodnie stwierdziliśmy, iż pierwszy zespół brzmiał trochę jak „Alestorm w wersji unplugged”. Koniec końców, dobre na rozgrzewkę.
Jako drugi zaprezentował się norweski Trollfest, który znany jest ze swojego „jajcarskiego” podejścia do występów. Tym razem panowie nie zawiedli: wyszli na scenę ubrani w różowe legginsy, sukienki i czapki i zaczęła się impreza. Od pierwszych dźwięków swojego folk/black metalu porwali do zabawy cały klub, a gwoździem programu był utwór „Pinacolada” podczas którego basista Trollfest zszedł ze sceny w publiczność i zrobił „pociąg”. To absolutnie rozbiło banki i zapisuje się wśród najbardziej wyjątkowych momentów w historii koncertów na których byłem. Zdecydowanie „różowe flamingi” z Trollfest wiedzą jak łączyć ekstremalne dźwięki z humorem i dobrą zabawą.
Trzeci w kolejności na scenę wkroczył holenderski Heidenfest. Tutaj już zrobiło się poważnie, a klimat viking/folk metalu skłaniał do chóralnego skandowania słów takich utworów jak „Ostara”, „Walhalla Wacht”, „Ygnwaz’ Zonen” czy „Vulgaris Magistralis”. Holendrzy potrafią znakomicie oddać klimat wczesnego średniowiecza, a dwaj znakomicie uzupełniający się wokaliści, Jacko De Wijs i Mat Van Baest niczym barbarzyńscy dowódcy dyrygowali tłumem, który w pewnym momencie wykonał trend spopularyzowany na koncertach Amon Amarth, czyli „wiosłowanie”. Kilkadziesiąt osób usiadło jedna za drugą imitując tę czynność trzymając się za barki sąsiada przed sobą. Heidevolk bez dwóch zdań zeszli ze sceny wrocławskiego klubu z tarczą.
Pierwszym z dwójki headlinerów tegorocznego Heidenfestu był Finntroll. Niestety, tuż przed początkiem trasy, zespół poinformował na swoich social mediach, iż wieloletni wokalista, Matthias „Vreth” Lillmåns nie weźmie udziału w trasie z powodów zdrowotnych. Na szczęście, Finowie znaleźli zastępstwo, którym okazał się pochodzący z Norwegii Mathias „Kistellah” Dahlsveen. Finowie śpiewający po szwedzku z Norwegiem na wokalu? To nie może się nie udać. Od pierwszych dźwięków Finntroll nie brał jeńców prezentując swój mroczno-fantastyczny black metal z elementami folku, a tymczasowy frontman nie zająknął się ani na minutę. Zdaję sobie sprawę, iż przygotowanie godzinnej setlisty nie należy do łatwych, ale Kistellah odnajdywał się w zasadzie w każdym utworze i świetnie łapał kontakt z fanami. Podczas koncertu nie zabrakło klasycznych utworów Finntroll jak „Trollhammaren”, „Solsagan” czy zagrany na bis z ostatniej płyty „Ormfolk”. Ostatniej, bo wydanej sześć lat temu „Vredesvävd”. Finntroll nie rozpieszcza nową muzyką swoich fanów, a w ciągu ostatnich szesnastu lat wydali raptem trzy albumy. Mam zatem nadzieje, iż w tym roku panowie zabiorą się do pracy i już niedługo dostaniemy od nich nową muzykę. Sam koncert zaś był znakomity.
Na koniec jeden z najważniejszych fundamentów muzyki folk metalowej, czyli Korpiklaani. Drudzy z reprezentantów Finlandii rozpoczęli swój występ tak jak należy i bardzo energicznie od utworów „Hunting Song” i „Wooden Pints”. Za nimi popłynęły kolejne szlagiery: „Man With A Plan” oraz „Happy Little Boozer”. Energia zespołu była niepodważalna, chociaż nie mogło się obyć bez pewnego „ale”. Wokalista grupy, Jonne, miał najpewniej tego dnia trochę słabszy dzień przez co jego głos nie był tak wyrazisty jak bym tego oczekiwał. Niemniej robił co mógł, aby zapewnić swoim fanom solidne show. Podczas tej trasy Korpiklaani zaprezentowało przekrojowy set złożony z utworów z całej swojej dyskografii z najnowszym albumem zatytułowanym „Rankarumpu” na czele. Nie zabrakło również akcentu coverowego w postaci „Gotta Go Home” z repertuaru Boney M. Na koniec zespół wykonał kultowy przebój „Vodka” i dłuższą chwilę żegnał się z fanami. Trochę żałowałem, iż tego wieczora w A2 nie wybrzmiały również inne „alkoholowe” przeboje jak „Beer! Beer!” czy „Jagermeister”. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Heidenfest 2026 przeszedł do historii, a dla mnie był to pierwszy koncert w tym roku. Całość bardzo udana, chociaż pięć zespołów w ciągu kilku godzin to nie jest łatwa przeprawa, szczególnie dla nóg ;). Niemniej, warto było szaleć tak. To był dobry wieczór.
M.D.












