Harris Dickinson psoci. O pełnometrażowym debiucie „Łobuz” (może zawierać spoilery)

gazetafenestra.pl 2 tygodni temu
Harris Dickinson w roli reżysera po lewej stronie i Frank Dillane jako „Łobuz”. Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Urchin_cast_(2025).png, fot. Joost Pauwels (CC0 1.0)

Blondyn swoją ścieżkę aktorką rozpoczynał w brytyjskiej telewizji, skąd dalej przeniósł się na duży ekran kina. Harris Dickinson wcielał się w takie postacie jak brat w rodzinie Von Erich („Bracia ze stali”, 2023), modela na ekskluzywnym jachcie („W trójkącie”, 2022) czy uwodziciela naczelnej dyrektorki („Babygirl”, 2024). Jednakże tym razem to Dickinson stanął przed kinowym ekranem, realizując swój pełnometrażowy debiut. Czy psoty „Łobuza” spełniły oczekiwania filmożerców?

To nie pierwszy raz, kiedy Harris Dickinson próbuje swych sił za kamerą, z piórem w dłoni. Film „2003” zrealizowany pięć lat temu był początkową próbą brytyjskiego aktora i, można już powiedzieć – reżysera, w przelewaniu słów na papier, a scenariusz na obraz. Jednakże tzw. pierwsze koty za płoty powstały w formie krótkometrażowej i pozostawiły nie tyle niedosyt twórczości Dickinsona, co przedsmak przyszłych planów. W 2025 roku brytyjski aktor powrócił do świata dużego ekranu, prezentując „Łobuza” szerszej publiczności. Utwór rozpoczął swoją podróż w maju na Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie zdobył nagrodę za Najlepszego aktora (Frank Dillane w roli Mike’a) oraz Najlepszego filmu w sekcji „Un Certain Regard”. Tuż po gali, znanej na całym świecie, film wyruszył w dalszą wędrówkę. Do repertuaru polskich kin trafił dopiero w kwietniu bieżącego roku. Polscy widzowie musieli odczekać niemalże rok, aby móc powiedzieć „kupiłem bilet na ten nowy film Harrisa Dickinsona!”. I co też takiego zaoferował młody reżyser? Czy doświadczenie filmowe zostało przelane na „Łobuza”? Czy warsztat gwiazdy został w pełni wykorzystany, a może brakowało w debiucie dolania oliwy do ognia?

Epizody między ulicami

Harris Dickinson nie słodzi. Pokazały to perypetie, jakie towarzyszyły postaciom, w które się wcielał. Dramaty małe i duże, nadzieja i złamane serce, kompleksowy konflikt i hierarchia społeczna. To tylko garstka przykładów problematyki, otaczającej całokształt twórczości Dickinsona – od sceny po pióro. Stąd też historia „Łobuza” nie była zaskoczeniem dla tych, którzy Brytyjczyka widzieli na ekranie nie raz. Zaangażowany w tematykę społeczną, Harris na własną rękę podjął się dramatu jednostki w obliczu niesprawiedliwości i gorzkiej rzeczywistości. ale o niej później. Najpierw trzeba porozmawiać o „Łobuzie” jak o prezencie-niespodziance, gdzie opakowaniem jest fabuła, a podarunkiem sedno historii. Dickinson serwuje film jak herbatę, umieszcza łyżeczkę na porcelanowym spodku, ale cukru nie podaje.

Czarny ekran, na tle którego wybrzmiewa Słowo Boże głoszące zbawienie oraz uliczny harmider insynuują miejsce akcji. Aczkolwiek zarówno widz, jak i główny bohater nie budzą się na ławce czy bujnej trawie w parku. Oto odsłania się Londyn i mrówka w jego rzeczywistości, jaką jest Mike. Młody, uzależniony od narkotyków, mieszkający na ulicach dużego miasta Mike. Jest dla niego tak istotny i tak widoczny, co drepczący po chodniku insekt. To tutaj rozpoczyna akcję Dickinson – na londyńskich ulicach. I to wokół nich będzie rozchodzić się dramat. Ale nie będziemy rozmawiać o uczuciach oraz smutnych chwilach, wydaje się mówić reżyser, wprowadzając widza w gorzkie życie Mike’a. Początek utworu nie jest ani cukierkowy, ani przesadzony emocjami. Śledzi codzienne życie bohatera, na które składa się żebranie na ulicy o pieniądze, uciekanie przed narastającymi długami, a także konflikty z Nathanem – przyjacielem, również nałogowcem. Fabuła „Łobuza” na pozór wydaje się kolejnym filmem o nałogowcu i autodestrukcyjnych skutkach jego działań. Mike został adoptowany przez małżeństwo, które nie pełni szczególnej roli w jego życiu. Syna z przypisanymi rodzicami nie łączą wrogie relacje, ale i nie pozytywne. w tej chwili przebywa z dala od nich. Próbuje odnaleźć się w trudnej rzeczywistości, choć doświadcza więcej porażek niźli sukcesów. Mike, uzewnętrzniając swoją dziecinność, nadaje filmowi lekki, ironiczny ton. Jednakże jest to tylko maska, skłaniająca ku refleksji. Bohater oraz sytuacje, w jakie zostaje uwikłany, mogą wywoływać uśmiech na twarzy widza, ale i poprzez nie Mike uświadamia sobie swoją bezsilność wobec losu. Rzeczywistość mężczyzny została przedstawiona na samym początku utworu, pokazując jego nieprzerwane zmaganiana. Rzeczywistość, której struktura przypomina epizody. Należą do nich pobyt w „City View Lodge” oraz praca u Lynne.

Pierwszy epizod rozpoczyna się tuż po przejawie przemocy. Bijatykę o ukradzione przez Nathana pieniądze przerywa przechodzień. Tuż po uspokojeniu obu mężczyzn oferuje pomoc Mike’owi w postaci ciepłego posiłku. Ten, zgodziwszy się zaprowadzić ochotnika do miejscówki z bajglami, wykorzystuje okazję do kradzieży. Atakuje brutalnie mężczyznę i ze skradzionym zegarkiem biegnie do lombardu. Dynamiczna muzyka, jaka towarzyszy spieszącemu się nałogowcowi, chwilowo pozwala sympatyzować z bohaterem jako ofiarą własnych działań i społecznego systemu. Jednakże sprawiedliwości stało się zadość – Mike trafia do aresztu. To tutaj mężczyzna, a zarazem chłopiec, dostaje od losu pierwszą szansę na poprawę. Dzięki departamentowi pomocy osobom bezdomnym, bohater dostaje pracę w motelu jako pomocnik szefa kuchni. To tutaj poznajemy Mike’a – chłopca uwikłanego w dorosłe życie i zgłębiamy problematykę filmu o nałogowcu. Motel jest dla mężczyzny zetknięciem z rzeczywistością. Skokiem do lodowatej wody, o której wcześniej choćby nie przyszło mu myśleć. Jest wdzięczny za pracę oraz traktuje ją z dokładnością, ale i dziecinnością. Pokazuje swoje infantylne oblicze, jakim jest zapał do powierzonych obowiązków. Ma on charakter niemalże przygodowy – Mike z euforią wskakuje do śmietnika, by uklepać śmieci, choć nie zmusza go do tego szef motelu. Podchodzi ze szczerością do klientów, nie rozumiejąc kłopotów, w jakie sami siebie wpakowali, za co dostaje mu się po uszach. Natomiast sam kierownik obchodzi się z nim jak z dzieckiem, do czego niechętnie przyznaje się w rozmowie. Od Mike’a pała pozytywne nastawienie oraz ochoczość, które rażąco kontrastują się z realiami jego życia. Aczkolwiek prócz przeżywanej drugiej młodości z zaprzyjaźnionymi pracowniczkami, bohaterowi towarzyszy złość oraz rozczarowanie samym sobą. Negatywne emocje, jakie w nim buzują, sprawiają, iż nie potrafi radzić sobie z podłym losem. To przez nie Mike po raz kolejny traci pracę.

Drugim epizodem jest odbicie lustrzane mężczyzny, a dokładniej praca u Lynne. Dzięki niej poznaje on Francuzkę o imieniu Andrea, będącą archetypem hipisa. Zbieranie śmieci w parku staje się drugą, a zarazem ostatnią szansą od losu. Jednakże i ona przesypuje się przez palce Mike’a niczym piasek. Relacja z Andreą prowadzi do aktu wyniszczenia samego siebie. Nie jest cegiełką w murze, dokładającą się do budowy ostoi. Jest zlepkiem rozmów o marzeniach, które nigdy się nie spełnią, życiu bez perspektyw oraz nadziei na jutro z miejscem dla tzw. wyrzutków społecznych. Mike, tkwiący w chłopięcej bezsilności i znieważający przeszkody zagradzające mu drogę, zdaje sobie sprawę, iż nie może żyć w marzycielskiej nieświadomości. Nieważne, ile by próbował odciąć się od życia kłapiącego na niego kłami anijak długo poszukiwałby kolejnych szans – nie ma dla niego miejsca w tym wszechświecie. Bolesna oraz złośliwa prawda prowadzi do upragnionego przez mężczyznę katharsis. Popadając w obłęd i łamiąc trzeźwość, Mike przedawkowuje w tym samym miejscu, w którym dopadła go szansa od losu – na dachu bloku, będącego dla niego jedynym domem.

Fabuła nałogu a historia nałogowca

Fabuła jest takim opakowaniem ukrytego w środku, błyszczącego prezentu. Dickinson konsekwentnie prowadzi bohatera przez kolejne rozdziały, nie wymuszając afektywnej reakcji od widza. Skupia się na Mike’u i to jego historię doszlifowuje, zamiast podsuwać pod nos sztuczno-tkliwe rozmowy o mechanice świata. Kreuje dorosłego człowieka wyłamującego się poza ramy oczekiwań, jakimi są zaradność oraz pełna gotowość do egzystowania w społeczeństwie. Jednocześnie dodaje mu charakteru dziecka, które tak naprawdę nigdy nie było przygotowane do działania według zasad dorosłości. Mike nie jest ani protagonistą, ani łotrem. To postać szara, odzwierciedlająca człowieka z krwi i kości, czyli prowadzonego przez rozum oraz uczucia. Potrafiącego nabroić, ale i posprzątać po sobie. Akcja „Łobuza” płynnie zatacza koło, opowiadając o wyniszczającym nałogu poprzez postać samą w sobie a nie jej działania.

Frank Dillane rewelacyjnie zagrał Mike’a – dorosłego mężczyznę, któremu jednak daleko do dojrzałości. Pogubiony w życiu oraz skonfliktowany, wyłamał się ze schematu życia jednostki, jakim jest szkoła, studia i praca aż ciało padnie z wycieńczenia. To tutaj Dickinson ze współpracą z Dillane rozdziera barwne opakowanie prezentu i wykłada go na stół. Historia „Łobuza” nie opisuje okoliczności, w jakich bohater popadł w nałóg. Dach runął Mike’owi na głowę i teraz codziennie budzi się na ulicy. Po prostu. Czy „jak” oraz „dlaczego” jest ważne w obliczu tegoż utworu? A może skupmy się na „ja” oraz „w jakim”, wydaje się proponować reżyser. Oddał scenariusz chwili tu i teraz – rzeczywistości nałogowca, która nie jest jednakowa i schematyczna. Dla Mike’a nie ma od nałogu ucieczki ani powrotu do tamtych dni – beztroskich, nieskąpanych błędami. Prawdy o społeczeństwie nigdy za wiele, głosi „Łobuz”. Dickinson oddaje historię o życiu z nałogiem widzowi, który uzupełnia ją jak puzzle. Kryje się pod szatą prób głównego bohatera i wystawia na światło dzienne dramat jednostki, uwikłanej w niesprawiedliwość systemu oraz władz. Pokazuje, iż pomoc rzadko wynika z dobrotliwości, a jest performatywna – pięknie iskrzy się na banerach, w wiadomościach oraz w słowach pochwały. Jest skromną obserwacją przynależności pojedynczej jednostki do większego tła problemu – Mike nie jest jedyną osobą potrzebującą pomocy. Historia stanowi komentarz funkcjonowania dzisiejszych hierarchii społecznych oraz stawia wątpliwość, czy wszyscy posiadają równą szansę odnalezienia w niej siebie. Jednakże najważniejszym spoiwem historii oraz fabuły „Łobuza” jest pytanie, czy niemożność przemiany bywa uwarunkowana winą jednostki, czy może systemu świata?

Spróbuję, ale na końcu i tak się odrodzę

Do trzech razy sztuka, zdaje się mówić film Harrisa Dickinsona. Nie można rozmawiać o jego utworze bez wspomnienia metafizycznego wątku, który wplótł w perypetie nałogowca. „Łobuz” nie byłby taki sam, gdyby pozbawiono go tematu śmierci i odrodzenia, nawiedzających mężczyznę. Wyjaśnienie na temat tajemniczej postaci, pojawiającej się po raz pierwszy tuż po bijatyce przyjaciół, nigdy w filmie nie pada, ale nie zabrania snuć domysłów. Emanująca zagrożeniem, przypominająca tykanie zegara śmierć w uczłowieczonej wersji objawia się nałogowcowi trzy razy. Na początku daje o sobie znać – niepokoi Mike’a i zostawia po sobie ślad, aby o niej pamiętał. Po raz drugi mężczyzna spotyka ją w łazience, kiedy to kurs jego istnienia ostatecznie zbacza na ścieżkę autodestrukcji. Powraca zaś tuż po śmierci bohatera – w zaświatach. Prowadzi go przez korytarz aż do pomieszczenia pożegnania, ale i reinkarnacji. Spotyka tam Nathana, ubranego w długą, imitującą ubiór bóstwa szatę, który tuż po uścisku spycha go w nicość za drzwiami. Tenże metafizyczny element nadaje „Łobuzowi” wydźwięk niecodzienności i refleksyjności. Jak zły omen wisi nad nałogowcem, bacznie obserwując jego działania. Depcze po piętach, bo nie potrafi mówić – tylko w taki sposób może mu przekazać, co stanie się w niedalekiej przyszłości. Dickinson posługuje się mistyką, intrygując odbiorcę, który dopiero u apogeum filmu zaczyna główkować nad znaczeniem obcej postaci.

Nadciąga upragnione katharsis. Śmierć, odgórnie przepowiedziana losowi Mike’a, wita go u swych bram. Próbowałem, zdaje się mówić wzrokiem mężczyzna, kiedy pada w objęcie Nathanowi. Próbowałem, ale nie udało mi się, godzi się ze sobą bohater. To czas na odrodzenie – kolejny metafizyczny element utworu filmowego. Prócz mistycznej postaci, Dickinson wplata w opowieść ujęcia majestatycznej jaskini, otwierającej się na białe światło nieznanego źródła. Sekwencji tego czarującego miejsca jest w „Łobuzie” na domiar i ogarniają widza taką samą zagadką, co uosobiona śmierć. Jednakże tuż po wielu ekspozycjach skał oraz natury obrastającej głębia jaskini, rąbek tajemnicy zostaje uchylony. Nagle to Mike znajduje się w centrum czeluści – drobny jak mrówka, wpatrujący się we wpadające światło. Stoi niewzruszony, jakby został oczyszczony. Dickinson wpisuje odrodzenie jako drugi temat przewodni „Łobuza”. Mike zaprzepaścił wszelkie szanse na życie pozbawione udręk, próby naprawy nie spotykały się z sukcesem. Jednakże film nie daje podstawy, aby myśleć o dniu ostatecznym w sposób rozpaczliwy. Reżyser zasiał ziarno nadziei pokazując, iż świat nie kończy się tu i teraz, ale ciągnie się dalej. Choć zaświaty w debiucie reżyserskim milczą, tak jedno jest pewne – następnym razem można spróbować ponownie. Następny raz, owiany jedną wielką niewiadomą, nie będzie taki sam. Cykl życia domyka się. Ciało Mike’a, spadając w nicość, układa się wpierw w skulone, nowonarodzone dziecko, a potem maleje w oddali do embriona, by całkowicie zniknąć w morzu gwiazd i czerni.

Opinie na temat debiutu pełnometrażowego są podzielone. Jednakże nie da się zaprzeczyć, iż „Łobuz” umożliwił Dickinsowi znacząco rozwinąć warsztat. Zarówno Frank Dillane, jak i reżyser, pokazują, iż potrafią zaafektować widza. Frank dzięki kreacji Mike’a, zaś Harris poprzez zobrazowany scenariusz. Filmowi nie brakuje rozmachu w korzystaniu ze świata metafizycznego oraz łączenia go z rzeczywistością. Warto też docenić przedstawioną problematykę społeczną, jak i indywidualną. „Łobuz” to nie tylko refleksja nad ludzkim życiem oraz reinkarnacją, ale i swoista gra z bohaterem Mikem. Pierwsze koty za płoty, Harris pokazał, iż potrafi równie dobrze przemawiać przez film, co w filmie. Pozostaje wypatrywać kolejnych utworów – i dawać im szansę.

Aleksandra URBAŃCZYK

Idź do oryginalnego materiału