„It’s Not Like That” w dawniejszej telewizji byłoby jedną z wielu familijnych produkcji. Współcześnie jednak ten oparty na tradycyjnym systemie wartości serial o codzienności, przyjaźni i miłości nie ma dużej konkurencji.
Moje spotkanie z „It’s Not Like That” stanowi w pewnym stopniu efekt niedoczytania. Wiedziałam, o czym opowiada serial i kto w nim gra, a choćby kojarzyłam, iż przed szeroką dystrybucją na Prime Video tytuł ten już od stycznia dostępny był w USA na jakimś niszowym amazonowym kanale. To, czego nie doczytałam, to fakt, iż chodziło o kanał Wonder Project, bo właśnie to studio współtworzy omawianą historię. Gdy się zorientowałam, miałam już zaczęty seans, na dodatek do recenzji. Pozostawało podążyć za tym, co sama czasem głoszę, i wyjść poza popkulturową „bańkę”, próbując wyzbyć się uprzedzeń. Zakładałam jednak, iż nie będzie to łatwe.
It’s Not Like That – o czym jest serial Prime Video
Wonder Project specjalizuje się bowiem w rozrywce opartej na wartościach i tematach chrześcijańskich (przykładem „Dom Dawida”), czyli w faith-based entertainment. Prawdopodobieństwo, iż z moim podejściem do religijnych instytucji, na dodatek związanych w mojej głowie dość ściśle z amerykańskim konserwatyzmem, odnajdę się w czymś produkowanym z jawnie prokościelnych pozycji, było niewielkie. Poza tym, kto wychowywał się w latach 90., od razu musi mieć skojarzenie z wzorowym w teorii, a dysfunkcyjnym w praktyce (i to choćby jeżeli weźmie się pod uwagę tylko serial, bez zakulisowego pedofilskiego skandalu) klanem Camdeów z „Siódmego nieba”. Zapowiadało się więc na, co najmniej, rozminięcie się ideowo z nowym „pastorskim” serialem.
„It’s Not Like That” (Fot. Prime Video)Tymczasem: niespodzianka. Ośmioodcinkowy 1. sezon „It’s Not Like That”, mimo iż niepozbawiony pewnych wad i niepozwalający mi w pełni wyzbyć się nieufności wobec wpisanych w niego założeń, wciągnął mnie w stopniu zaskakującym. Wręcz miałam poczucie, iż powinien być dłuższy – jak dawniej trzy razy dłuższe były takie właśnie familijne produkcje, w oczywisty sposób obecne w telewizji. Tymczasem „It’s Not Like That” uświadomiło mi, iż jego twórcy, Ian Deitchman i Kristin Robinson, którzy pracowali z Jasonem Katimesem przy „Parenthood” i „Tak to widzimy”, znaleźli niszę na polu jakiś czas temu porzuconym przez główny nurt.
„Parenthood” skończyło się jedenaście lat temu i ze świecą szukać godnych amerykańskich następców. Wiem, iż mieliśmy „Tacy jesteśmy”, ale tam mocno polegano na wielkich tragediach i kompozycyjnych sztuczkach. Powstają rodzinne sitcomy i tragikomedie – ale gdzie dramaty? „Durrelowie”, jakkolwiek genialni, też byli na wesoło (i na brytyjsko), poza tym skończyli się w poprzedniej dekadzie. Widziałam też zestawienia „It’s Not Like That” ze „Słodkimi Magnoliami„, te jednak wydają mi się pozycjonować bardziej jako „serial dla kobiet” (inna sprawa, iż zaraz Netflix wskrzesi już całkiem rodzinny „Domek na prerii”).
It’s Not Like That to nie tylko romansowa historia
Tymczasem dzieło Deitchmana i Robinson to prawdziwy serial familijny: z jasnymi wartościami, różnymi pokoleniami i – owszem – także romansami, ale jako elementem codzienności, a nie absolutną dominantą. Bez dorzucania elementów kryminału czy fantasy. I na tle taśmowo produkowanych przedstawicieli sztywnych gatunków, w tym thrillerów, gdzie rodzinna jest zwykle siedliskiem zła, albo satyr na bogaczy typu „Sukcesja”, nagle okazuje się, iż coś, co w dłuższej telewizyjnej perspektywie wydaje się najklasyczniejszym wyborem, w perspektywie bieżącej wyróżnia się odmiennością. I chyba, nieświadomie, tęskniłam za takimi historiami, skoro pastor Malcolm (Scott Foley, „Skandal”) nie zniechęcił mnie kazaniami.
„It’s Not Like That” (Fot. Prime Video)Punkt wyjścia wydaje się faktycznie romansowy. Wdowiec, Malcolm, i rozwódka, Lori (Erinn Hayes, „Kevin Can Wait”), wspierają się w trudach samodzielnego rodzicielstwa. Jej pomaga też wprawdzie były mąż, David (J.R. Ramirez, „Jessica Jones”), ale skoro po tym, jak przestał pić, uznał, iż ma dość małżeństwa, trudno mu w pełni zaufać. Lori przyjaźniła się ze zmarłą żoną Malcolma, Jenny (Tyner Rushing, „For All Mankind”), obie sąsiedzkie rodzinny zawsze było blisko, a teraz częste rozmowy sprawiają, iż między Malcolmem i Lori rodzą się silne emocje. Ale czy to miłość? Czy tylko emocjonalna zależność i porozumienie w żałobie?
Temat będziemy zgłębiać, zwłaszcza iż oboje spróbują umawiać się z innymi ludźmi. Jednak, co istotne, przy „It’s Not Like That” łatwo na długie chwile zapomnieć, iż powinniśmy się zastanawiać, czy tytuł nie kłamie. Bo chociaż Foley i Hayes mają świetną chemię, to ich potencjalne inne związki wcale nie są prostą przeszkodą na oczywistej drodze do związku. Co więcej: dorosłe romanse nie przesądzają o znaczeniu całej produkcji. W centrum są przede wszystkim dwie rodziny mierzące się z trudnymi zmianami, które wpływają na wszystkich, nie tylko na rodziców.
It’s Not Like That wskrzesza seriale familijne
We wzajemnym pomaganiu sobie przez członków obu rodzin, ale w i konfliktach między nimi „It’s Not Like That” świetnie się odnajduje. Czy syn Lori i Davida, Merrit (Caleb Baumann, „Parish”), powtórzy błędy ojca? A może ratunkiem okaże się najstarsze dziecko Malcolma, Flora (Leven Miranda), która walczy z własnymi problemami, ale nie zostaje tu do nich sprowadzona? Czy młodsza siostra Flory, Pam (Cassidy Paul), i młodsza siostra Merrita, Casey (Liv Lindell), mogą odzyskać dawną przyjaźń. A może dorastanie i trauma podzieliły je już na zawsze?
„It’s Not Like That” (Fot. Prime Video)Dawno (od nieodżałowanego „Klubu Opiekunek„?) nie widziałam tak dobrze poprowadzonej historii o dziewczynkach pomiędzy dzieciństwem i poważną nastoletniością. Każda z nich ma inną drogę do przejścia, a jeżeli jest w tym dydaktyzm, to zaskakująco subtelny. A przecież wzrusza jeszcze najmłodszy z trzódki Malcolma Jonathan (Cary Christopher, dziecięcy aktor z imponującym dorobkiem – ostatnio choćby hitowym filmie „Zniknięcia”), odreagowujący na swój grzeczny sposób. Młoda obsada, często jeszcze bez wielkiego doświadczenia, wypada naprawdę przekonująco (chociaż do Baumanna jakiś czas się przekonywałam), więc nietrudno zaangażować się w ten wątki.
Zwłaszcza gdy rodzice, kiedy nie zajmują się parafią, randkowaniem, nałogiem i zazdrością, zdadzą sobie sprawę, iż nie zawsze są tam, gdzie powinni, a to, iż jak na okoliczności wszystko idzie świetnie, to tylko ich myślenie życzeniowe, które dzieci ileś razy zburzą. Nie spodziewałam się, iż „It’s Not Like That” tak wieloaspektowo podejdzie nie tylko do konsekwencji ewentualnego związku Lori i Malcolma, ale też choćby do pytania o wpływ bycia pastorem na inne sfery życia, o żałobę czy o wspólne wychowywanie dzieci po rozwodzie. Odpowiedzi wydają się tu przemyślane, natomiast poszczególne postaci, chociaż przechodzą dość przewidywalne przemiany, to na nie zapracowują, a na dodatek wszystko w zgodzie z charakterem, którego nie zapomniano tu bohaterkom i bohaterom napisać.
It’s Not Like That – na chrześcijańskich fundamentach
Nie zamierzam udawać, iż nie bywa tu miejscami bardzo sentymentalnie w konwencjonalnym wydaniu. Święta jak z Hallmarku, finał zatytułowany (serio!) „Hope And Peace And Joy And Love”), trochę przemów w miejsce dialogów… A jednak o ile w gorszym serialu to wystarczyłoby, żeby mnie zniechęcić (zwłaszcza przy wspomnianym stresie pourazowym spowodowanym dzieciństwem z „Siódmym niebem”), o tyle przy „It’s Not Like That” spokojnie mogę przymknąć na to oko, bo mimo wad jest tu dużo emocjonalnej prawdy bez silenia się na sensacyjność zdarzeń – chociaż ileś znajomych telewizyjnych trików w przeciąganiu napięcia oczywiście da się dostrzec.
„It’s Not Like That” (Fot. Prime Video)Co więcej, osoby tęskniące za dramatycznymi serialami rodzinnymi mogą się bawić choćby lepiej niż ja. Wystarczy, iż mają inny światopogląd i nie usłyszą gdzieś z tyłu głowy głosiku, iż ta wizja skupionej wokół wiary wspólnoty jest niezwykle sugestywna i pozytywna, bo taka musi być w produkcji kręconej z motywacji tworzenia chrześcijańskiej rozrywki. I jasne, zrobiono to dość subtelnie, bo o ile dla postaci pewien system wartości i pewne zachowania (jak udział w mszach, modlitwy, niedzielne obiady, coroczne przygotowywanie koszyków dla ubogich) to oczywistość, to nie uświadczymy tu potępienia grzeszników i (niemal) nie będzie umoralniania.
Dobro, prawda, miłość, wybaczenie, ekumenizm (Malcolm ma świetne relacje ze swoimi odpowiednikami w świątyniach innych wyznań) zostają po prostu naturalnie wpisane w serial i w przekonania ludzi na ekranie. Ale przez to łatwo wpaść w pułapkę myślenia „jeśli tylko pójdziesz do kościoła, to też możesz mieć tak fajnie i być takim fajnym człowiekiem”. A iż obie rodziny, choć funkcjonują w jakimś zawodowym i szkolnym otoczeniu, adekwatnie nie konfrontują się z problemami społecznymi ani znaczącymi konfliktami wiary i innych wartości – mimo iż teoretycznie żyją w Atlancie w Georgii drugiej ery Donalda Trumpa – to taki ładny, zachęcający, skupiony na pozytywach obrazek łatwo serialowi utrzymać.
It’s Not Like That – czy warto oglądać serial
Najwyraźniej „It’s Not Like That” trafiło u mnie na okres zapotrzebowanie na takie ładne obrazki, miłych ludzi nie tylko w serialach komediowych i angażujące wątki wynikające z codzienności. Dlatego innym osobom spragnionym po przerwie takiej telewizji również polecam, bardzo też licząc, iż powstanie 2. sezon. Ale nie chciałabym chyba jednak w pełni zgłuszyć w sobie głosiku, który szepce, iż to nie tylko niewinna historia o rodzinie, ale też sprytnie pomyślane kościelne soft power z podprogową reklamą pewnego sposobu życia.
„It’s Not Like That” (Fot. Prime Video)I jasne, iż każda grupa, w tym wyznaniowa, ma prawo do swojej rozrywki, dopóki nikomu nią nie robi nią krzywdy. Tyle iż jeżeli opuszczone miejsce po różnych rodzinnych serialach wypełnią wyłącznie te może i urocze, ale do szpiku chrześcijańskie punkty widzenia (tu choćby idolkami dorastających dziewczynek są twórczynie chrześcijańskiego popu), to chyba trzeba będzie się zacząć martwić. Ale może jeszcze nie dziś.











