Druga połowa canneńskiego festiwalu. Moment, w którym widownia wybacza już znacznie mniej. Lecimy na deficycie snu, cierpliwość działa w zupełnie innym rejestrze, a każde reżyserskie potknięcie czy przepowiednia festiwalowego snucia bez celu grozi kinofilską drzemką albo ostentacyjnym wyjściem z sali, żeby przewietrzyć głowę. Arthur Harari stąpa właśnie po tej cienkiej granicy ryzyka. Bo "The Unknown" na papierze brzmi fantastycznie – minimalistyczne sci-fi o tym, iż szybki numerek z przypadkowo poznaną osobą może doprowadzić do zamiany ciał. Chciałbym powiedzieć, iż Harari dowozi to jako pełnoprawne objawienie, ale choć pomysłów tu nie brakuje, film ostatecznie częściej dryfuje, niż naprawdę hipnotyzuje.
Początek wygląda jak okrojona z budżetu francuska wariacja na temat "Matrixa". Poznajemy Davida – przygaszonego faceta po czterdziestce, sadboya z introwertyczną aurą i twarzą człowieka, który dawno temu pogodził się z życiową rezygnacją. Nieco apatycznego, wycofanego spotykamy po raz pierwszy, gdy fotografuje publiczne przestrzenie miasta w poszukiwaniu nieistniejącego już miejsca uwiecznionego kiedyś na zdjęciach jego ojca. Gdzieś pomiędzy tymi kadrami pojawia się twarz Léa Seydoux – obiekt obsesji, która finalnie zmieni jego życie.
Chwilę później jesteśmy już w klubie, do którego zabierają Davida znajomi. Impreza o dość dziwnej energii, wokół ludzie w maskach. David od przypadkowo poznanej osoby dostaje pigułkę i bez chwili zawahania ją połyka. W tłumie nagle rozpoznaje Evę – kobietę ze zdjęcia. Rusza za nią jak Alicja za królikiem; jedna rzecz prowadzi do drugiej, aż chwilę później Eva szczytuje spazmatycznie na jego ciele. Następnego ranka David budzi się już jako Eva.
I wtedy "The Unknown" naprawdę zaczyna się bawić własnym konceptem. David ponownie rusza na poszukiwanie Evy, przeczesując paryskie ulice, tyle iż tym razem funkcjonuje już w kobiecym ciele. Kiedy w końcu trafia na trop samego siebie, okazuje się jednak, iż ten pociąg dawno już odjechał – karuzela cielesnych podmian trwa dalej, a w jego dawnym ciele mieszka już inna dziewczyna, Malia. W tym osobliwym układzie – David jako Eva, Malia jako David – zaczynają razem szukać pierwotnej Evy, a absurdalne doświadczenie stopniowo zbliża ich do siebie bardziej, niż mogliby przewidzieć.
Nad filmem nieustannie unosi się tajemnica, tytułowe "nieznane". Nie wiadomo, co adekwatnie zapoczątkowało cielesne podmiany, nie dostajemy też żadnego metafizycznego wyjaśnienia. David i Malia początkowo próbują szukać odpowiedzi na Reddicie, ale choćby gdy trafiają na ślady podobnych przypadków, prowadzi ich to wyłącznie do kolejnych ślepych zaułków – a tych w filmie Harariego jest mnóstwo. Tak samo wygląda zresztą sam Paryż. To miasto anonimowe, pełne złowrogo spoglądających alejek, pustych ulic i przestrzeni, które wydają się znajome, ale jednocześnie odpychają jakimś trudnym do nazwania chłodem. Bardziej psychologiczny niż pocztówkowy – bliżej mu do sennego techno-noiru niż romantycznej stolicy zakochanych.
A mimo to "The Unknown" w pewnym momencie bez ostrzeżenia skręca w stronę taniego melodramatu. Opery mydlanej z twistem godnym telewizyjnych produkcji pokroju "Trudnych spraw". I paradoksalnie nie mam z tym większego problemu, bo eklektyzm tej historii rządzi się własnymi prawami. Także formalnie film pozostaje dziwnym tworem – pełnym niepotrzebnych zbliżeń, dyskretnie podszytym efektem obcości i stale zmieniającym tonację. Raz ogląda się go jak zaginione dzieło Antonioniego, a chwilę później jak współczesną wariację na temat giallo, tyle iż wyprodukowaną przez TVN i oblepioną nieprzyjemnie lepką erotyką.
Najciekawsze dzieje się jednak wokół samego tematu tożsamości – konstruktu, który Harari wrzuca pod filmowy mikroskop i rozkłada na cielesne części pierwsze. David jako Eva staje się być może kimś zupełnie innym; obserwowanie, jak jego tożsamość powoli rozpuszcza się w nowym ciele, jest fascynujące samo w sobie. I nie chodzi wyłącznie o to, iż funkcjonuje teraz w ciele Léi Seydoux, której fizyczna obecność nie sprowadza się tutaj wyłącznie do uwodzenia i kokieteryjnych spojrzeń. Kiedy jednak dochodzi do sytuacji, w której David – już jako Eva – uprawia seks z własnym dawnym ciałem zamieszkanym przez Malię, film nagle wpada w prawdziwy kryzys tożsamościowy. Bohatera zaczyna odrzucać jego własny zapach, własna cielesność, wszystko to, co jeszcze chwilę wcześniej uważał za "siebie". I właśnie wtedy pojawia się najciekawsze pytanie filmu: czym adekwatnie jest tożsamość, skoro można tak łatwo stracić wobec niej poczucie przynależności?
Minimalistycznie prowadzona narracja bywa niestety ospała – choć być może to po prostu kwestia późnej godziny seansu – przez co odpowiedzi, których po drodze szuka Harari, nie przynoszą pełnej satysfakcji. Doceniam jednak jego upór w antysensacyjnym sposobie opowiadania i potrzebę poruszania się własnym rytmem. choćby jeżeli momentami jest to rytm ślamazarny, trudno odmówić mu autorskości. I chyba właśnie dlatego warto Harariego śledzić, bo jego twórcze obsesje i formalne próby sugerują, iż francuskie kino właśnie dorobiło się kolejnego bardzo osobnego głosu.
Początek wygląda jak okrojona z budżetu francuska wariacja na temat "Matrixa". Poznajemy Davida – przygaszonego faceta po czterdziestce, sadboya z introwertyczną aurą i twarzą człowieka, który dawno temu pogodził się z życiową rezygnacją. Nieco apatycznego, wycofanego spotykamy po raz pierwszy, gdy fotografuje publiczne przestrzenie miasta w poszukiwaniu nieistniejącego już miejsca uwiecznionego kiedyś na zdjęciach jego ojca. Gdzieś pomiędzy tymi kadrami pojawia się twarz Léa Seydoux – obiekt obsesji, która finalnie zmieni jego życie.
Chwilę później jesteśmy już w klubie, do którego zabierają Davida znajomi. Impreza o dość dziwnej energii, wokół ludzie w maskach. David od przypadkowo poznanej osoby dostaje pigułkę i bez chwili zawahania ją połyka. W tłumie nagle rozpoznaje Evę – kobietę ze zdjęcia. Rusza za nią jak Alicja za królikiem; jedna rzecz prowadzi do drugiej, aż chwilę później Eva szczytuje spazmatycznie na jego ciele. Następnego ranka David budzi się już jako Eva.
I wtedy "The Unknown" naprawdę zaczyna się bawić własnym konceptem. David ponownie rusza na poszukiwanie Evy, przeczesując paryskie ulice, tyle iż tym razem funkcjonuje już w kobiecym ciele. Kiedy w końcu trafia na trop samego siebie, okazuje się jednak, iż ten pociąg dawno już odjechał – karuzela cielesnych podmian trwa dalej, a w jego dawnym ciele mieszka już inna dziewczyna, Malia. W tym osobliwym układzie – David jako Eva, Malia jako David – zaczynają razem szukać pierwotnej Evy, a absurdalne doświadczenie stopniowo zbliża ich do siebie bardziej, niż mogliby przewidzieć.
Nad filmem nieustannie unosi się tajemnica, tytułowe "nieznane". Nie wiadomo, co adekwatnie zapoczątkowało cielesne podmiany, nie dostajemy też żadnego metafizycznego wyjaśnienia. David i Malia początkowo próbują szukać odpowiedzi na Reddicie, ale choćby gdy trafiają na ślady podobnych przypadków, prowadzi ich to wyłącznie do kolejnych ślepych zaułków – a tych w filmie Harariego jest mnóstwo. Tak samo wygląda zresztą sam Paryż. To miasto anonimowe, pełne złowrogo spoglądających alejek, pustych ulic i przestrzeni, które wydają się znajome, ale jednocześnie odpychają jakimś trudnym do nazwania chłodem. Bardziej psychologiczny niż pocztówkowy – bliżej mu do sennego techno-noiru niż romantycznej stolicy zakochanych.
A mimo to "The Unknown" w pewnym momencie bez ostrzeżenia skręca w stronę taniego melodramatu. Opery mydlanej z twistem godnym telewizyjnych produkcji pokroju "Trudnych spraw". I paradoksalnie nie mam z tym większego problemu, bo eklektyzm tej historii rządzi się własnymi prawami. Także formalnie film pozostaje dziwnym tworem – pełnym niepotrzebnych zbliżeń, dyskretnie podszytym efektem obcości i stale zmieniającym tonację. Raz ogląda się go jak zaginione dzieło Antonioniego, a chwilę później jak współczesną wariację na temat giallo, tyle iż wyprodukowaną przez TVN i oblepioną nieprzyjemnie lepką erotyką.
Najciekawsze dzieje się jednak wokół samego tematu tożsamości – konstruktu, który Harari wrzuca pod filmowy mikroskop i rozkłada na cielesne części pierwsze. David jako Eva staje się być może kimś zupełnie innym; obserwowanie, jak jego tożsamość powoli rozpuszcza się w nowym ciele, jest fascynujące samo w sobie. I nie chodzi wyłącznie o to, iż funkcjonuje teraz w ciele Léi Seydoux, której fizyczna obecność nie sprowadza się tutaj wyłącznie do uwodzenia i kokieteryjnych spojrzeń. Kiedy jednak dochodzi do sytuacji, w której David – już jako Eva – uprawia seks z własnym dawnym ciałem zamieszkanym przez Malię, film nagle wpada w prawdziwy kryzys tożsamościowy. Bohatera zaczyna odrzucać jego własny zapach, własna cielesność, wszystko to, co jeszcze chwilę wcześniej uważał za "siebie". I właśnie wtedy pojawia się najciekawsze pytanie filmu: czym adekwatnie jest tożsamość, skoro można tak łatwo stracić wobec niej poczucie przynależności?
Minimalistycznie prowadzona narracja bywa niestety ospała – choć być może to po prostu kwestia późnej godziny seansu – przez co odpowiedzi, których po drodze szuka Harari, nie przynoszą pełnej satysfakcji. Doceniam jednak jego upór w antysensacyjnym sposobie opowiadania i potrzebę poruszania się własnym rytmem. choćby jeżeli momentami jest to rytm ślamazarny, trudno odmówić mu autorskości. I chyba właśnie dlatego warto Harariego śledzić, bo jego twórcze obsesje i formalne próby sugerują, iż francuskie kino właśnie dorobiło się kolejnego bardzo osobnego głosu.


















