IAN RANKIN: – Na pewno marzyłem o popularności, ale rzeczywiście początkowo chciałem pisać poważną literaturę, zdobyć Nagrodę Bookera albo inne wielkie wyróżnienie. A gdy pisałem „Supełki i krzyżyki”, pierwszą powieść o Johnie Rebusie, to nie myślałem o niej w kategoriach gatunku. Chciałem napisać coś w rodzaju wariacji na temat „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” Stevensona, tyle iż osadzonej we współczesnym Edynburgu. Już w czasie pisania przekonałem się jednak, iż kryminał jest całkiem użytecznym środkiem do pisania o problemach współczesnego świata, o moralności, granicy między dobrem a złem. I tak zostałem autorem kryminałów. To był przypadek, ale okazał się dla mnie bardzo szczęśliwy.
Pierwszą powieść o Rebusie napisał pan prawie 40 lat temu. Przez ten czas stosunek krytyków i akademików do kryminału uległ wielkiej zmianie. A pan dostał choćby za swoje zasługi dla literatury tytuł szlachecki.
Rzeczywiście krytycy, szkoły i badacze literatury zaczęli traktować kryminały poważniej. Kiedy zaczynałem pisać, nie dyskutowano o nich na uniwersytetach. W szkole nie można było napisać wypracowania o autorze kryminałów. Teraz ludzie znacznie łatwiej akceptują fakt, iż literatura komercyjna może być jednocześnie literaturą poważną.
To się zmieniło także dzięki samym pisarzom, którzy częściej traktują prozę gatunkową jako książki, w których można poruszać złożone problemy.






